O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

wtorek, 30 listopada 2010

Życie pod śniegiem.

Przyszedł do nas wczoraj. Zapowiadany, spodziewany, duży śnieg. Sparaliżował pół kraju. Nas odciął od reszty świata. W takich chwilach ludzie przechodzą prawdziwy test charakteru i umiejętności organizacji sobie życia. W tych momentach wiekszość konfrontuje swoje marzenia o życiu na końcu świata z brutalną rzeczywistością, która wymaga, abyśmy w takich chwilach radzili sobie sami.

-Dzień dobry- Chłop postanawia jednak przypomnieć o nas, odciętych drugi dzień od świata, szefowi śmieciarzy, który zimą ma obowiązek utrzymywać drogi w stanie zapewniającym kontakt z resztą kraju- Czy ja mogę porozmawiać z kimś odpowiedzialnym za odśnieżanie?
-A CO BOLI???- odpowiada panienka po drugiej stronie słuchawki.
Przez chwilę Chłop zastanawia się, czy przypadkiem nie połączył się z lekarzem rodzinnym.

Niestety, tak tu jest, że jak nie rzucisz do nich osobiście „kurwą”, to nie ma co liczyć na potraktowanie sprawy poważnie. Ową „kurwą” rzucić jednak trzeba osobiście w twarz naczelnemu śmieciarzowi, ale jak to zrobić, gdy nie można wyjechać z domu? Błędne koło. Jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, aby zniżać się do poziomu odbierania świata przez mniej lub bardziej ważnych śmieciarzy, „kurwy” więc nie lecą. Nie wierzymy za bardzo w zapewnienia, że jeszcze dziś zostaniemy odkopani. Telefon został wykonany profilaktycznie, bo za jakiś czas będziemy jednak musieli uzupełnić zapasy. Dziś, jutro, a może nawet i pojutrze możemy zająć się survivalem tu na miejscu.

I kontemplacją poczynań zwierząt zarówno domowych, jak i gości przylatujących pod okna sypalni.

Widok na dom i niewidoczną spod śniegu drogę

Widok z okna salonu

Widok z okna sypialni

Widok z podwórka na skalniak


suczki emerytki- Fiona i Triss- zastanawiają się, jak mają do licha kucnąć na siku w tych zwałach śniegu.

Ale i tak najbardziej przerąbane ma Gaja- szpic mały. Pokrywa śnieżna jest dwukrotnie wyższa niż ona. Zdjęcie pod okapem domu.


Ambiwalentne uczucia psiaków. niby chce się poharcować w śniegu, ale łapki szczypią już od mrozu.

Fiona. Tu zadziwiająco podobna do swej nieżyjącej już babci Bułeczki.




Nasz przyjaciel dzięcioł Duduś. 
Wreszcie udało mi się zrobić fotkę, jak posila się boczkiem za oknem naszej sypialni. 







sobota, 27 listopada 2010

Niż Genueński.

Pośród wielu przedziwnych, a nawet strasznych rzeczy i zjawisk, które mnie fascynują, niż genueński zajmuje jedno z czołowych miejsc. Być może nie powinnam przyznawać się do tego rodzaju uczucia, gdyż niże genueńskie stanowią przekleństwo w naszej szerokości geograficznej. Ale czy ja mogę cokolwiek na to poradzić? Nie mam wpływu na katastrofalne opady deszczu czy śniegu, które ów niż generuje.

Kolebką niżów genueńskich jest Ocean Atlantycki. Wędrują następnie nad Hiszpanię, potem nad basen Morza Śródziemnego, gdzie pochłaniają ogromne ilości pary wodnej. Następnie przemieszczają się w kierunku północnej części Włoch. W okolicach Genui zbaczają i udają się nad Europę Środkową. Tam, w zależności od kaprysu owego bytu, następuje dramatyczny zrzut olbrzymiej ilości wody, która w ciągu doby potrafi zalać, lub sparaliżować śnieżycami znaczną część kraju. Najczęściej ma to miejsce na pograniczu Polski, Czech, Słowacji, Niemiec.

Kilkukrotnie niż genueński i mnie sponiewierał. W sierpniu tego roku, akurat podczas nawałnic, które zalały cały region, przyszło mi wystawiać psiaki. Zmoczone dupsko jest jednak niczym przy stratach materialnych, jakie są udziałem tysięcy ludzi.
Kilka lat temu byliśmy blisko katastrofy. Niż genueński, który dotarł do nas w styczniu, zamienił się w huragan Cyryl. Wiał wiatr o sile 160 km/h, noc z powodu ciągłych błyskawic, była jaśniejsza od dnia. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak deszcz i śnieg padają poziomo. Z niepokojem, graniczącym raczej już z histerią, spoglądałam na kilka ogromnych topól rosnących tuż przy naszym domu. Cyryl robił z nimi, co chciał. Co chwilę odrywały się od nich większe czy mniejsze kawałki i lądowały na naszej posesji. Pilnowałam, czy któraś nich nie poleci w całości. A że wszystkie rosły nachylone w stronę domu, nie dziwcie się, że mieliśmy mokro w gaciach.





Tak wyglądało podwórko po większych wiatrach zanim wycięliśmy zagrażające nam topole.

Czereśnia za stodołą przestała istnieć. Rozerwało ją na pół. Niewiele brakowało, a wszystko przestałoby tu istnieć, bo jakimś niewytłumaczalnym sposobem pociski z gałęzi, części drzew co rusz losowo spadały wszędzie wokół, ale nie na budynek mieszkalny i zabudowania gospodarcze.
Gdy koszmar się zakończył, zarządziłam usunięcie topól i zakup nowego generatora prądu, gdyż Cyryl pozbawił nas elektryczności na kilka dni. Nie ma prądu-nie ma nic. Nie ma wówczas wody, nie ma ogrzewania, gdyż pompy w piecu zasilane są prądem. Wracamy do prymitywnych warunków.
Na pamiątkę „cudownego ocalenia” składam hołd niżom genueńskim celebrując ich przybycie, niczym święte dni.

Kiedy we czwartek wieczorem na mapie pogody ujrzałam sunącą ku nam z południa wielką białą masę chmur, poderwałam się z fotela. W mojej głowie powstało skojarzenie- niż genueński plus zima równa się zazwyczaj obfity opad śniegu. A co to dla nas oznacza? Przynajmniej przez tydzień nie wyjedziemy z domu. Szybko przejrzałam lodówkę, szafy, aby zorientować się, jakie zapasy musimy poczynić. Od wczoraj więc zamknęliśmy się w domu z zapasami umożliwiającymi nie tylko przeżycie, ale przede wszystkim umilenie sobie nadchodzących, być może trudnych pod względem komunikacyjnym dni. Na razie niż genueński zagrał nam na nosie. Podobno w regionie opady spowodowały lokalny paraliż dróg, ale u nas napadało symbolicznie. Nic straconego, na poniedziałek zapowiadają istny armagedon.

Rozpoczęłam celebrację. Wczoraj upiekłam muffinki oraz zrobiłam pseudorafaello. 

Dlaczego pseudo? W szale zakupów nie kupiłam budyniu-podstawowego składnika domowego rafaello, gdyż byłam przekonana, że mam go w ogromnym zapasie. Taką jednak miałam chcicę na rafaello, że pobudziwszy szare komórki, postanowiłam zrobić coś na wzór wykorzystując to, co znajdę w szafie. A w zapasach znalazłam krem do tortu, o którym nie pamiętałam. A to oznacza, że chyba długo już tam leżał. Daty przydatności do spożycia nie znalazłam na opakowaniu, być może zniknęła wraz z upływem terminu. Kto nie ryzykuje, ten nie ma. Tyle chemii dodają do tego typu produktów, że nie mam obaw o to, że się tak szybko zepsują. Ukręciłam krem zgodnie z instrukcją, dodałam do niego dużą paczkę wiórków kokosowych, wymieszałam. W foremce ułożyłam słone krakersy. Położyłam masę. Na masę znów krakersy i następna warstwa masy. Wierzch obsypałam wiórkami kokosowymi z drugiej torebki.
Nie mogłam doczekać się przedpołudniowej kawy do której podałam ciacho.

Pseudorafaello-palce lizać. Nie dorówna wprawdzie tiramisu, (nic nie dorówna tiramisu), lecz w smaku wyśmienite. W konsystencji trochę za suche, łatwo się rozpada, jednak nie rzutuje to na smak. Masa budyniowa jednak mocniej scala ciasto z krakersami.

Pieski też celebrują niż genueński. Ugotowałam im gar mielonego mięsa z makaronem. Będą miały przez kilka dni smaczny, ciepły dodatek do karmy.

Jaskier po smacznej kolacji, przybrawszy pozycję na weekend, celebruje z nami niż genueński :-)


wtorek, 23 listopada 2010

Wola Zręczycka.

Są takie miejsca, które dla ludzi stanowią „ziemię świętą”.
Chcę opowiedzieć Wam historię związaną z pewnym starym dworem, znajdującym się w jednej z maleńkich podkrakowskich wsi.


Kiedy po ślubie zamieszkałam z rodziną męża, niemal codziennie wysłuchiwałam opowieści o utraconym majątku w Woli Zręczyckiej. Słuchałam o życiu przed wojną w pięknym drewnianym dworku, przeglądałam stare fotografie. Szybko dotarło do mnie, że ta rodzina żyje nadzieją odzyskania utraconego dobra. Że dwór to nie tylko budynek, ale miejsce, do którego należą ich serca.
Miło mi poinformować wszystkich, iż po 20-tu latach procesowania się z państwem polskim, decyzją Naczelnego Sądu Administracyjnego, wyrokiem prawomocnym i ostatecznym (po dokonaniu stosownych procedur, które zajmą kilka miesięcy) dwór na Woli powraca w ręce rodziny.
Wzruszająca chwila.

Pozwólcie, że opowiem Wam to, czego nie znajdziecie w przewodnikach turystycznych. Jest w nich wiele błędów, gdyż większość dokumentów, jakie się zachowały, znajduje się w rękach rodziny. Żywa jest też pamięć o wydarzeniach, przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Rodzina Feillów-bezpośredni przodkowie mojego męża, który jest prawnukiem ostatniej właścicielki dworu, sprowadzili się na Wolę po zawierusze zwanej Wiosną Ludów. Na terenie Małopolski doszło wówczas do prawdziwej rzezi, przez co okolica się wyludniła. Tak pisał o znanych początkach dziejów rodziny jeden z przodków:

„Najstarszym protoplastą naszej rodziny, o którym coś słyszałem, był Jan Feill, Niemiec, obywatel francuski, ziemianin żyjący w Lotaryngii. Podczas rewolucji francuskiej, w roku 1790 uciekł do Austrii i za przywiezione pieniądze kupił w małym miasteczku Wiener Neudorf pod Wiedniem browar i kilkadziesiąt hektarów ziemi (...) Około roku 1860 Twój pradziadek Rudolf zmarł, a jego najstarszy syn Rudolf sprzedał browar i morgi w Wiener Neudorf i przeniósł się do Małopolski, gdzie kupił w powiecie wielickim trzy majątki ziemskie: Zręczyce, Wola Zręczycka i Zagorzany.Przy podziale rodzinnym Zagorzany objął Rudolf, Wolę Zręczycką Twój dziadek Antoni, a Zręczyce Aleksander”.

Na majątek w Woli składał się drewniany dwór, 30 hektarów ziemi rolnej oraz 150 hektarów lasu. Rodzina żyła w szczęściu i dostatku do wybuchu II wojny światowej.






stary dwór

Wcześniej, w latach 30-tych XX wieku, dwór uległ spaleniu. Na jego miejscu, wg projektu inż. Wł. Jenknera i inż. M. Bukowskiego wybudowano nowy drewniany budynek z przepięknymi piaskowcowymi kolumnami. Pierwotnie miał być otynkowany. Wojna jednak pokrzyżowała dalsze prace wykończeniowe.



budowa nowego dworu, zdjęcia z połowy lat 30-tych XX wieku

Podczas wojny, w lasach należących do majątku, ukrywali się partyzanci. Dla niemieckich okupantów był to trudny teren, bez powodu nie odwiedzali więc tych okolic zbyt często. Niestety, zostali zmuszeni przyjechać, gdy na pole należace do majątku, spadł amerykański samolot transportowy. Poturbowani piloci znaleźli pomoc we dworze. Umożliwiono też pochowanie po wszystkich zakamarkach transportu, który mieli na pokładzie. Cała wieś przez następne lata nosiła ubrania poszyte z amerykańskich spadochronów. Wrak samolotu został podpalony. Gdy dwór odwiedzili niemieccy okupanci, po kipiszu, jaki zrobili w całej okolicy, babcia wcisnęła im bajeczkę, że samolot transportu już nie miał, spalił się w wyniku uderzenia w ziemię, a pilotów nikt nie widział. Na szczęście uwierzyli, co pozwoliło zachować przy życiu całą rodzinę i mieszkańców wsi.

Wojna dobiegła końca, ale prawdziwy koniec świata spotkał rodzinę z ręki polskich „wyzwolicieli”.
Pod koniec wojny, we dworku ulokował się sztab marszałka Iwana Koniewa. Paradoksalnie Armia Czerwona, znana z najbardziej dzikich zachowań względem ludzi i mienia, nie przyłożyła ręki do rabunku dworu. Wręcz przeciwnie. Marszałek Koniew, który zrobił na babci spore pozytywne wrażenie, wszelkie akty wandalizmu lub okrucieństwa karał w iście azjatyckim stylu. W zależności od przewinienia, albo rozstrzeliwano bandytę na miejscu, albo wieszano na rynku w Gdowie.
W rodzinnych dokumentach zachowała się odręczna notatka Iwana Koniewa nakazująca pozostawienie majątku w rękach rodziny.
Majątek nie spełniał kryteriów dla nacjonalizacji ujętych w dekrecie PKWN. Był tam dwór, który spełniał rolę domu mieszkalnego dla licznej rodziny, 30 ha ziemi i 150 ha lasu. Teoretycznie nowa władza miała zabierać majątki ziemskie (lasy to osobna kategoria) powyżej 50 ha, ale pozostawiając w rękach właścicieli ich własne domy. W praktyce wyglądało to tak, że pewnego pięknego styczniowego poranka roku 1945, panowie w biało-czerwonych opaskach na ramieniu, weszli do dworu, dali rodzinie kilkanaście minut na spakowanie rzeczy podręcznych i nakazali opuszczenie majątku. Wydano też nakaz pod karą sądową, nie zbliżania się do wsi na odległość mniejszą, jak 15 km.
Zachował się dokument, w którym Stefan Feill występuje do władz o możliwość odzyskania rzeczy osobistych. Pozostał on bez odpowiedzi.

Dwór był miejscem zatrudnienia i oparciem dla ludzi ze wsi. Do tradycji należał zwyczaj, że mieszkanki dworu zostawały matkami chrzestnymi niemowląt chłopskich. I vice versa. Kobiety ze wsi zostawały piastunkami dworskich dzieci. Więź pomiędzy majątkiem a resztą wsi była na tyle duża, że chłopi po wypędzeniu rodziny, udali się do władz prośbą o możliwość ich powrotu do domu. Pod karą restrykcji, zastraszenia i w atmosferze mało serdecznej, zakazano ludziom podobnego rodzaju wystąpień.

Na odchodnym jedna z prababek, obłożywszy klątwą „wyzwolicieli”, powiedziała: „My tu jeszcze wrócimy”.
Cyżby jej słowa miały się teraz ziścić?

W przewodnikach napisano, że państwo polskie przejęło dwór w stanie zniszczenia. To nie jest prawda. Dwór nie ucierpiał podczas wojny. Budynek był nowo postawiony, odremontowany, życie toczyło się normalnym trybem.
Po wygnaniu rodziny, na podwórku, urządzono publiczne palenie książek z zabytkowej biblioteki. Na pytanie pewnego chłopa, który był świadkiem wydarzeń: „Ludzie, zastanówcie się, co wy robicie?” Padła odpowiedź: „A komu to potrzebne?”

Biblioteka została doszczętnie spalona, meble rozradziono na potrzeby miejscowych urzędów i zapewne też prywatnych urzędników. Ziemia została rozdana chłopom.
Obiekt nieremontowany stał i powoli popadał w ruinę.
W 1974 roku został podarowany Politechnice Krakowskiej, która zaadoptowała dwór na ośrodek kolonijny. Niestety, zamiast dbać o powierzone jej dobro, przystąpiono do dalszej dewastacji mienia:

-Rozebrano zabytkową zabudowę folwarczną.
-Dobudowano koszmarne mansardy, które zniszczyły pierwotną bryłę budynku.
-W holu, w miejsce przepięknej zabtykowej posadzki, położono ordynarne gierkowskie płytki.
-Zniszczono cudne piece kaflowe. Nie trzeba dodawać, że zabytkowe.
-Wyrąbano koszmarną dziurę przed domem i zalano ją betonem, na potrzeby jakiejś bliżej nam nieznanej inwestycji budowlanej. Na szczęście nie zrealizowanej.

I jeszcze, żeby tego było mało, okradła nas instytucja zwana Kościelną Komisją Majątkową.
Komisja owa, o której było głośno ostatnimi czasy, została powołana przez sejm w celu umożliwienia kościołowi odzyskania dóbr straconych po II wojnie światowej. Komisji dano nieograniczone prawo odbierania mienia państwowego, nie koniecznie odebranego kościołowi, na poczet swoich roszczeń. Decyzja Komisji Kościelnej była nieodwołalna, nie podlegało kontroli, co oni sobie odbierają. Nie interesowało ich, że toczą się sprawy sądowe osób prywatnych, że ktoś ma względem obiektów jakieś roszczenia. Nie informowano osoby użytkujące dane obiekty. W rezultacie doszło do wielu nadużyć. Między innymi łupem kościoła padła jedna z działek, należąca do dworu, na której zachowały się jeszcze smętne resztki zabytkowej zabudowy folwarcznej. Oczywiście, szybciutko działka owa została przez instytucję kościelną sprzedana osobie prywatnej, dzięki czemu jest ona nie do odzyskania. Można się jedynie starać o odszkodowanie. Za cud, przeoczenie, czy opiekę miejscowych duchów należy uznać, że kościół nie wyciągnął łap po cały dwór.


Obecnie dwór znajduje się pod opieką dzierżawcy. Cieszy oko odwiedzających, którzy mogą skorzystać z oferty noclegu, kawiarni, imprez okolicznościowych. Stanowi perełkę w regionie.

Kiedy dwa lata temu wyszła decyzja Wojewody Małopolskiego otwierająca rodzinie drzwi do starania się o zwrot majątku, w prasie pojawiły się sugestie, że po przejściu dworu w ręce prywatne, właściciele zniszczą jego charakter i bóg jeden wie, co z nim zrobią.
Wolą właścicieli jest zachowanie dotychczasowej funkcji obiektu. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielką stanowi on wartość historyczną i jaką jest perełką dla gminy.


Ciekawostka:
Przy dworze znajduje się kapliczka z datą 1879.
W przewodnikach sugeruje się, iż powstała wraz z dworem ot tak, bez specjalnej okazji. To nie jest prawda. Kapliczka jest młodsza od budynku który spłonął w latach 30 - tych. Ufundowała ją pierwsza właścicielka dworu z rodu Feillów, dla upamiętnienia tragedii, jaka rozegrała się w tym miejscu. Z powodu miłosnego zawodu, w tym właśnie miejscu, gajowy odebrał sobie życie.

Dopisek z dn. 20.01.2014.
Z uwagi na zaistniałe okoliczności zdecydowaliśmy się zamieszkać we Dworze. O naszym życiu, decyzjach i problemach powstał osobny blog, zapraszamy:

poniedziałek, 22 listopada 2010

Elektorat ławeczkowy

Niestety. Elektorat ławeczkowy jest nie do pobicia. Rysiek flaszkę postawił i jego wieś nakryła nas czapkami. Można było to przewidzieć i niczego więcej się nie spodziewałam. Zrobiliśmy niesamowity eksperyment na żywym organizmie, zdobyliśmy doświadczenie w jeszcze jednej dziedzinie życia, obcej nam zupełnie.
Nie było obciachu, bo zdobyliśmy większość głosów w dwóch wsiach. Wszędzie spotykaliśmy się z serdecznością i życzliwością (pomijając własną sołtys). Szkoda mi ludzi, którzy podobnie jak my, oczekują innej jakości na każdej płaszczyźnie lokalnego życia. Ale takie są prawa demokracji. Decyduje większość.

Wszystkim, którzy nas wspierali jawnie i tym, którzy kibicowali nam w skrytości ducha, serdecznie dziękujemy.

Załączam dedykację dla tych, którzy odczuwają, iż obudzili się w nowej/starej rzeczywistości, bez szans na zmianę, w marazmie i bez nadziei na lepszą przyszłość.
Pod słowo "bułgarskie" proszę sobie podstawić swoje własne :-)

czwartek, 18 listopada 2010

Rysiek i spółka.


Późny wieczór. Przewracam się z boku na bok. Po zebraniu wiejskim mam w głowie gonitwę myśli. Czy mogłam jeszcze coś powiedzieć? A może coś inaczej rozegrać? Myślę o obecnym radnym Rysiu i pani sołtys.
-Śpisz?- szturcham Chłopa
-No, już nie- i takiej odpowiedzi oczekiwałam.
-Słuchaj, tak sobie myślę: Gdybyś naprawdę został tym radnym, to co powie pani Viola? Przecież ona się zapłacze z powodu Rycha. Co ona zrobi?
-Będzie musiała mnie polubić. Jak pana Rysia. Nie wiem, czy nie będziesz zazdrosna. Wiesz, te nocne akcje w świetlicy...
Hm... o panią Violę nie jestem zazdrosna. Natomiast widziałam zdjęcie jednej z kandydatek z innego okręgu. Dziumdzia lat dwadzieścia, fotografia, jak z castingu do „Top Model”. Lepiej o tym nie myśleć. Znów przewracam się z boku na bok. Mózg zalewa fala wspomnień z dnia.


Nasz wiejski lokal publiczny, w którym odbywają się zebrania, tudzież bliżej mi nie znane hulanki i swawole, od kilku lat stał obdrapany, brudny, zaniedbany. Okoliczności remontu opisałam w poprzednim poście „Spisek”. Zapytałam panią sołtys, dlaczego remont został przeprowadzony na tydzień przed wyborami i na cztery dni przed przyjazdem burmistrza. Odpowiedź mnie zaskoczyła:
-A kiedy miał być?
W ogóle ostatnie wydarzenia, w które się wplątałam, jako pełnomocnik mojego Chłopa, niezwykle mnie zadziwiają. Mogę przygotować się na merytoryczną dyskusję, na wymianę poglądów, ale nie na głupie odpowiedzi. Wychodzi bowiem na to, że świetlica nie jest dla nas. Potrzebna jest raz na cztery lata, gdy burmistrz zaszczyca nas swoją obecnością. My możemy przecież bawić się, przeprowadzać zebrania w obdrapanym lokalu. Najgorsze jest to, że ludzie uznali to za normę. Tak było zawsze i dziwi ich fakt, że ktoś oczekuje innej jakości, że śmie upomnieć się o coś, co nam się należy.
Nie odkrywam tu Ameryki. Każdy z nas spotyka się z tym codziennie. U lekarza jesteśmy traktowani, jak śmieci. Urzędnicy uważają nas za zło konieczne i motłoch, który kręci się, brudząc korytarze. Ale u mnie właśnie nadszedł ten moment, że pochyliłam się nad tym mechanizmem w kontekście oni-włodarze, my-ludzie.

Wchodzę do świetlicy, gdzie ma odbyć się zebranie. Na pierwszy plan wysuwa się stół z wydzielonymi pięcioma miejscami. Wygląda jak ołtarz.  Przed nim pustka. Daleko, jak tylko pozwala kształt pokoju, stoją złączone stoły dla nas-dla mieszkańców wsi. Na ołtarzu stoją białe, eleganckie filiżanki. Podano też ciasta. Na stole zbiorczym stoją zgrupowane w kupki szklanki. Przy ołtarzu rozpoczyna się krzątanina. Młoda panienka nalewa do filiżanek kawkę, herbatkę. Czekam, czy ktoś nam coś zaproponuje. Otóż nie. Po co te szklanki?Zastanawiam się, czy nie ma tu przypadkiem samoobsługi, ale też by chyba zaprosili do częstowania się. Herbatki brak, po ciasto też nie ma jak sięgnąć. Siedzimy dwie godziny o suchym pysku.

Wiem, co teraz nastąpi, bo to drugie spotkanie przedwyborcze obecnego burmistrza, które oczywiście oficjalnie ma na celu podsumowanie mijającej kadencji. Jak cztery lata temu burmistrz nie miał konkurencji na stanowisko, nie był łaskaw zaszczycić nas podsumowaniem swojej kadencji. Burmistrz będzie teraz przez godzinę gadał o rzeczach, które nas nie dotyczą. O remontach, inwestycjach na terenie gminy. Będzie przekłuwał swoje liczne porażki na sukcesy. Zanim wejdę z nim w bezpośrednią konfrontację, mam sporo czasu na obserwację i przemyślenia.

Pani sołtys siada wraz z gośćmi przy ołtarzu. Jest to bardzo symboliczny gest. Ów stół stanowi granicę dwóch światów. Tu jesteśmy my, tam są oni. Pani Viola nie jest naszym człowiekiem. Nie utożsamia się z ludźmi z wioski, co udowodnia na koniec zebrania mówiąc, że jest jej wstyd za wszystkich, rzekomo niechętnych do pomocy. Nie rozumie, że w ludziach narasta bunt i sprzeciw. Zastanawiam się, czemu pani Viola ma czerwone, zapuchnięte oczy? I myślę, że miałaby je radosne, gdyby zrozumiała, że ludzie potrzebują pozytywnego wzmocnienia, pochwały i podzękowania, zamiast krytyki, ośmieszenia. Wymagają od swojego przedstawiciela poczucia bezpieczeństwa.
Mam lekkie wyrzuty sumienia. Nie przyłożyłam wprawdzie ręki do wyboru pani Violi na sołtysa, ale zdezerterowałam. Nie poszłam dwa lata temu na zebranie wyborcze, gdyż wiedziałam, że mieszkańcy zechcą wysunąć naszą kandydaturę na to stanowisko. Nie byłam wówczas na to gotowa. Stchórzyłam.

Ze zdumieniem patrzymy na teatrzyk, jaki odstawia pani Viola. Służalczym tonem dziękuje burmistrzowi za fundusze na remont świetlicy, jakbyśmy podatków na te cele nie płacili. Wręcza burmistrzowi i pani sekretarz gminy w dowód wdzięczności koszmarne stroiki. Odkąd zajmuję się dekorami, mam większe wymagania w stosunku do kiczowatych ozdób. Ludzie patrzą zdumieni na ten performance. Ktoś żartuje, czy też taki dostanie? Po czym wszyscy słyszymy, że pani sołtys wstydzi się za nas. Nie, nikt więcej nic od nikogo nie dostanie. Nie zasłużyliśmy, przynieśliśmy wstyd. Włodarze nie są z nas zadowoleni.

Miesiąc temu, z naszej inicjatywy, wystosowaliśmy w imieniu całej wsi prośbę o przekwalifikowanie fragmentu drogi wiejskiej z powiatowej na gminną. Nieszczęśliwym przypadkiem, w wyniku błędu, początek drogi należy do gminy, środek do powiatu, a koniec, ten pod naszym domem, znów do gminy. Prawo umożliwia, a nawet nakazuje gminom zabranie tych dróg, gdyż nie spełniają one kryteriów drogi powiatowej. Zniechęceni nic nierobieniem w tej sprawie radnego Ryśka i pani Violi, sami napisaliśmy prośbę do Urzędu Gminy, do wiadomości Starosty Powiatu, cytując paragrafy, o możliwości, czy nawet konieczności przekwalifikowania drogi na gminną. Nie mamy bowiem możliwości utrzymania drogi w należytym stanie. Z Urzędu Gminy dostaliśmy odpowiedź odmowną. Gmina nie jest zainteresowana przekwalifikowaniem tej drogi, bo będzie musiała o nią zadbać. Czekaliśmy na to zebranie, aby burmistrz osobiście stanął do konfrontacji z całą naszą społecznością. W międzyczasie okazało się, że Starostwo Powiatowe zarządało od Urzędu Gminy przejęcia tej drogi.
-No i co pan nam zrobił? Dlaczego pan to nam zrobił? Pan wie, jakie mamy wydatki? Jeszcze mamy wam drogę remontować? Niech powiat wam wyremontuje. Dlaczego my? A co my-gmina- z tego będziemy mieli?
-Pani sekretarz, to my jesteśmy „gmina”. My-ludzie na tym skorzystamy. To jest dla nas.
Otwarte ze zdumienia oczy pani sekretarz świadczą o niezrozumieniu. „Jak to wy- to gmina, przecież my -to gmina.”
„Francja to ja”-powiedział król Słońce.

Po półgodzinnym biciu piany o dziury w drodze, żądamy jakiegokolwiek działania, byle skutecznego. Jeżeli nie chcą przejąć tej drogi (jak mogą nam odmówić, skoro ludzie tego się domagają, a oni są tylko i wyłącznie urzędnikami), to mają znaleźć skuteczny sposób na rozwiązanie problemu. Droga ma być zrobiona, nie interesuje nas, czy przez Powiat, czy przez Gminę. Chcemy efektu. Wymuszamy na pani sekretarz nieszczerą obietnicę zajęcia się tą sprawą. Przyjechała do nas z zamiarem kategorycznej odmowy. Na razie mi to wystarczy.

Problem pozyskania funduszów unijnych leży mi na sercu, gdyż na Urząd Gminy nie ma co liczyć. Po zawiązaniu grupy inicjatywnej dla potrzeb programu Odnowa Wsi, nic w temacie się nie dzieje. Szlag mnie trafił, gdy dowiedziałam się, że do szkoleń dopuszczono dwie największe wsie. Nas pominięto. Jesteśmy malutką społecznością, ale to nie powód, by nas lekceważyć. Od roku próbuję porozmawiać o tej sprawie z radnym Rysiem i panią Violą,która z nadania burmistrza, nie z naszej woli, została liderką grupy. Słyszę od nich: „nie wiem”.
Na tę okoliczność wzięłam w obroty panią sekretarz. Byłam pewna, że fundusz nam przepadł. Po wysłuchaniu nikomu niepotrzebnych informacji na temat, jaka ta Unia zła, bo to tylko kłopot z tym dofinansowaniem, wydusiłam obietnicę, przy dwudziestu świadkach, a potem w cztery oczy, że znajdzie się możliwość szkoleń dla nas i będziemy mogli wykorzystać swoją szansę.

Czy my tak dużo wymagamy? Czy prosimy ich o rzeczy niemożliwe? Chcemy, aby nam nie przeszkadzano, nie ignorowano, nie pomijano. Chcemy wykorzystać każdą naszą szansę. Co chcemy osiągnąć? Trudno odnieść sukces, gdy wyskakuje się, jak królik z kapelusza. W sąsiednich wsiach nie jesteśmy znani, choć w kampanii wyborczej przyjęto nas z życzliwością. Nawet, jeśli teraz stary skład pozostanie, pokazaliśmy sobie i ludziom, że można zmusić urzędników, aby pochylili się nad małymi, ale dla nas kluczowymi problemami. Można rozmawiać z nimi merytorycznie, można negocjować, przyciskać, aby w ostatecznym rozrachunku dostać kilka obietnic i rozstać się w atmosferze wzajemnego, nawet udawanego szacunku. Myślicie sobie-naiwna, już oni wam drogę wyremontują, ha ha ha... Na początek wystarczy ta obietnica. To mała społeczność, spotykamy się na każdym kroku. Patrzymy sobie w oczy. Nikt nigdy z nimi tak nie rozmawiał. To mi wystarczy na początek.

A nasz radny Rysio? A ulżę sobie. Jego program wyborczy wygląda tak:
-Jeśli mnie wybierzecie, to założę wam bojler w świetlicy.
Obecnie Rysio spełnia we wsi rolę ciecia, szkoda tylko, że raz na cztery lata. Wycina krzaki, maluje, łata dziury w tynku, wstawia kozę i bojler do świetlicy. I mawia:
-Wy ludzie, powinniście się starać, aby włodarze byli z was zadowoleni.
-I cieszcie się z tego, co macie, bo w przyszłym roku nie będziecie odśnieżani.

I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego Chłop startuje w wyborach? Po prostu Rysiek go wkurwił!

środa, 17 listopada 2010

Spisek


... jaka wieś, taki spisek...

Wczoraj burmistrz zaszczycił swoją obecnością sąsiednią wieś, która przynależy do naszego okręgu wyborczego. Chłop, roznosząc listy do wyborców, spotkał się z dużą życzliwością i zainteresowaniem ludzi, postanowił więc wziąć udzial w owym zebraniu. Może rzeczywiście zdarzy się, że zostanie radnym. Będzie wówczas miał wstępny obraz, czego ludzie oczekują od decydentów, z jakimi problemami się zmagają. W pewnym momencie, podczas monologu burmistrza na temat, ileż to on zrobił dla gminy w mijającej kadencji, sekretarz gminy, ku ogromnemu zdziwieniu Chłopa, wyciągnęła z dokumentów nasz list do wyborców, a burmistrz powiedział, co następuje:
-Tylko obecny pan radny dba o wasze interesy. Na nikogo innego nie można w tej kwestii liczyć. Przykładem jest wyremontowana własnymi rękami świetlica- tu wskazał nasz wiejski lokal publiczny.
- Tylko radny i pani sołtys przy niej pracowali-mówił dalej.

Na te słowa Chłop wstał i poprosił o głos. Wyjaśnił, iż kandydowanie na stanowisko radnego nie ma nic wspólnego z osobistymi sprawami pomiędzy obecnym radnym, a nim. Po prostu pewne rzeczy widzimy inaczej i chcemy innej rzeczywistości, niż ta, jaką zastaliśmy 10 lat temu, a która trwa i trwa i końca nie widać.
Kwestia świetlicy dała wyjaśnić się bardzo prosto.
Na ostatnim zebraniu wyraziliśmy chęć odremontowania jej własnym nakładem pracy. Sama chciałam wziąć udział w malowaniu, bo bardzo lubię operować pędzlem. Nie ważne, czy robię decoupage, maluję ściany w pokoju, czy drzewka w sadzie. Radny, wraz z sołtyską, poinformowali nas, że nie możemy tego zrobić, gdyż na remont musi być przetarg. Zrobi to wyłoniona firma. I pewnego pięknego wieczoru, pod osłoną mroku, nakryliśmy panią sołtys wraz z radnym, jak w pośpiechu, niczym mróweczki, krzątali się przy malowaniu i porządkowaniu świetlicy.
Nawiasem mówiąc, panią sołtys i naszego radnego-kawalera lat 50, łączy jakaś tajemnicza więź, mam nadzieję, że tylko emocjonalna. Z resztą, co mnie to obchodzi, jaka. W każdym razie, gdy zwracamy się do radnego, pani sołtys poczytuje to za atak na jej pupila. Traktuje go jak chorego pieska, którym ma obowiązek się opiekować. Przeszkadza nam to w kontaktach z radnym i nie ukrywam, koszmarnie mnie wkurza.
Remont ów, przeprowadzony cichaczem, był elementem kampanii wyborczej, kto wie, czy nie samego burmistrza. Podejrzewam, że odbyło się to tak:
-Pani sołtys, tu są ekstra fundusze, weźmie pani radnego, nic nikomu nie powie, a potem powie się tym, co chcą głosować na konkurencję, a nie na naszego radnego, że oni nic nie robią, tylko nasz radny pracuje.
Nie podejrzewam bowiem naszej pani sołtys o taki spisek.
To są oczywiście moje przypuszczenia, mogło być troszkę inaczej. W każdym razie, nie ważne, kto był inicjatorem tej manipulacji, od razu spisek został przez nas zrozumiany i mieliśmy czas przygotować się na tę okoliczność. Chłop wytłumaczył zebranym, jak to z naszą świetlicą było. I komu było łyso? Argumentów drugiej stronie zabrakło.

Gdy wieczorem usłyszałam od własnego chłopa relację ze spotkania, mowę mi odjęło, że burmistrz przechowuje w swoich dokumentach nasz list. Widzę oczami wyobraźni, jak obecny radny biegnie z kartką w pysku na skargę do burmistrza. Dostarczyliśmy go radnemu pod same drzwi. Z listu jestem dumna. Chciałam zawrzeć w nim swoje rozczarowanie, w miarę możliwości, w kulturalny sposób. Jestem poruszona, że burmistrz pochylił się nad nim i podjął dyskusję. Tylko, że taką dyskusję powinien podjąć radny. W końcu Chłop nie kandyduje na stanowisko burmistrza i nie musi wchodzić z nim w bezpośrednią konfrontację. Ale z drugiej strony merytoryczna rozmowa robi dobre wrażenie. Chcąc czy nie, burmistrz wyświadczył nam przysługę.
Z drugiej strony, co to za metody, jeżdżenie po wsiach i opowiadanie ludziom, że mieszkańcy naszej wsi są aspołeczni, że nic nie robią, że udziela się jedynie pani sołtys i radny. W jakim świetle stawia to ludzi, którzy są bogu ducha winni, gdyż nikt ich nie poinformował o planowanych pracach?

Dziś rano, przed naszym własnym wiejskim zebraniem, Chłop wsiadł na rower i rozwoził ludziom swój list wyborczy. Zdał ludziom relację ze wczorajszego spotkania w sąsiedniej wsi. Ludzie mają własne problemy, z którymi się zmagają. Jak jeszcze usłyszeli o zarzucie lenistwa i braku ich zaangażowania w remont świetlicy, szlag ich trafił.

-Rozmawiałeś na temat świetlicy z panem Z?- pytam. Pan Z to również przesiedleniec z dużego miasta. Starszy człowiek, który emeryturę chciałby spędzić w spokojnym miejscu, niekoniecznie w cieniu wiatraków.
-Tak, rozmawiałem.
-Coś powiedział?
-Tak
Czekam chwilę, aby usłyszeć, co powiedział pan Z. Nie doczekałam się.
-No powiesz mi wreszcie, co powiedział?
-A to chuje!

---------------------------------------------------------------------------------------------------------
...relacja z dzisiejszego spotkania, a właściwie refleksje z nim związane, w następnym poście.




niedziela, 14 listopada 2010

Dekorki

Próbuję oderwać się od toksycznej atmosfery wiejskich i gminnych dąsów i ąsów związanych z tym, że ośmieliliśmy się wystawić kandydata na radnego. Przygotowuję się na niezłą awanturę, jaka wybuchnie, gdy we środę wieś odwiedzi obecnie panujący burmistrz, a ja pomacham mu przed nosem obietnicą listu do Marszałka Województwa w związku z wyjaśnieniem wyeliminowania nas z unijnego Programu Odnowy Wsi i jednoczesnym wmawianiu ludziom, iż ten program wieś posiada. Ale to będzie we środę. Obawiam się, że odbije się to na blogu, gdyż publiczne wyrzucenie z siebie emocji działa niezwykle terapeutycznie. Pewnie znów polecę jakimś Marilynem Mansonem. Działa na mnie lepiej niż psychotrop- wyciąga mnie z każdego dołka.

Ale dziś ma być o dekorkach, które sobie robię w ramach odprężenia.
Powiem szczerze, że nadal nieco mnie żenuje wstawianie moich prac dekupażowych na blog, gdyż przeglądam przecudowne prace innych blogerów i widzę nieprawdopodobną przepaść jakościową na swoja niekorzyść. Ja wiem, że każdy kiedyś zaczynał. Mogłabym schować te fotki do szuflady i poczekać, aż nabiorę większej wprawy, ale mówiąc szczerze, to diabli wiedzą, ile ja wytrwam i czy uda mi się wznieść na wyższy poziom? Póki co, cieszę się tym, co zrobiłam:




W szpargałach na strychu znalazłam dwa drewniane jaja pomalowane na ludowo. Zamalowałam, zatynkowałam i zdekupażowałam ;-)



Również ze strychu (oj, co też nie ma na tym strychu!) ściągnęłam jakiś czas temu pewien szklany klosz:

Zrobiłam w nim stroik. Gałązki modrzewia z ich malutkimi szyszkami, korzeń, świeca owinięta papierem z nadrukiem nut, parciany sznurek. Igły pożółkły, poszarzały, ale nie opadły. Stroik nadal bardzo ładnie wygląda.



piątek, 12 listopada 2010

Sweet dreams.

No i zaczęło się. Kampania samorządowa ruszyła pełną parą. Pierwszy raz mam okazję przyglądać się jej z bliska. I nie podoba mi się ten widok.
Metody, jakimi tu na wsi posługują się obecnie siedzące na stołkach osoby, przypominają złośliwości dzieci z piaskownicy. Tu nie walczy się na argumenty, ale na zrywanie plakatów, szykany i niestety, co najbardziej boli, na kołowanie prostych ludzi.
Włodarze założyli sobie, że w małych wsiach mieszkają prości, głupi ludzie, którzy uwierzą, gdyż nie potrafią zweryfikować, w każdy wciśnięty im kit. Kilka takich „kitów” zamierzam omówić z obecnie nam panującym burmistrzem na zbliżającym się zebraniu i uświadomić mu, że wieś, ludzie, ich potrzeby mocno się zmieniły na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. A jeśli ktoś tego nie rozumie, powinien się zamknąć w domu i zestarzeć.

Jeden z moich ulubionych utworów dedykuję tym wszystkim, którzy, aby osiągnąć zamierzony cel i zrealizować marzenia, muszą przedzierać się przez rynsztok i ujeżdżać grube świnie w każdym metaforycznym (a może i dosłownym) znaczeniu tego słowa.
Mam tylko nadzieję, że po upływie nadchodzącego tygodnia, nie popadnę w podobny obłęd.

wtorek, 9 listopada 2010

Ogarnij się babo!

Po powrocie z Wrocławia trudno mi wdrożyć się w swój normalny tryb życia. Jak zwykle mam ambiwalentne odczucia odnośnie spotkania z najbliższą rodziną i niemal jak zwykle za dużo spraw do ogarnięcia, które sobie zostawiłam przed wyjazdem do późniejszej realizacji.
Trzeba załatwić nowy dowód rejestracyjny na auto, bo w starym skończyło się miejsce na pieczątki. Pierwsze podejście odbyło się kilka dni temu. Myślałam, że to przysłowiowa „bułka z masłem”. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że procedura jest taka sama, jak przy rejestrowaniu nowo zakupionego auta. Pomimo, że samochód nie przechodzi z rąk do rąk, potrzebny jest dowód tymczasowy, zanim wydadzą nowy. Urzędnicy zawsze mnie zaskakują. Dziwię się jeszcze samej sobie, że idąc załatwić nawet najprostszą sprawę, nadal mam nadzieję na szybkie załatwienie formalności.

Ledwie wróciłam, okazało się, że Chłop cierpi na gorączkę przedwyborczą. Na „już” i na „natychmiast” zażądał zrobienia i wywieszenia plakatów wyborczych. List do wyborców mamy już gotowy od kilku tygodni. Potrzebowałam jeszcze hasła wyborczego i pomysłu na plakat.
Wiedząc, co się święci i nie lubiąc odkładać spraw na ostatnią chwilę, we Wrocławiu obmyśliłam projekt. Jest trochę niekonwencjonalny, ale liczę, iż będzie to nasz atut. Z plakatu nie wyjrzy bowiem kolejna czerwona, przepita, zmęczona uciechami tego świata gęba*, ale grafika w czerni i bieli przedstawiająca stylizowanego ptaka. Jest to kompromis spowodowany tym, że drukarka odmówiła współpracy z nieznanych powodów. Kolorowy tusz nie działa i nie wiem, czy to wina samej drukarki, czy kartridża. Źle drukuje też fotografie czarno-białe. Fizjonomia Chłopa więc nie zawiśnie. Plakat musi zatem rozbudzić w obywatelach umiejętność abstrakcyjnego myślenia, pobudzić wyobraźnię, umiejętność odczytania metafor i wyławiania archetypicznych skojarzeń, jakie niesie za sobą wizerunek ptaka. Nie wiem, czy za dużo nie wymagam od tutejszej społeczności. Mam nadzieję, że jak przerżniemy, to nie będzie to wina owej ptaszyny. Gdyż w tym wypadku mogę skończyć jak Kluzik-Rostkowska, niestety.
Ostatnio w TV widziałam plakat jednego z kandydatów na radnego z babeczką w bikini. Wydaje się więc, że nasz ptaszek przy tym, to szczyt wyrafinowania i dobrego smaku.

Wczoraj wieczorem zaczął padać śnieg z deszczem. Uświadomiło mi to, że zima jest realnym zagrożeniem dla naszych planów. Zanim Zapustę przykryje gęsta, biała pierzynka, mam do załatwienia kilka kardynalnych spraw, bez których wszystko się rypnie. Standardowe zakupy typu zapasy jedzenia i karma dla psiaków, to w porównianiu z resztą, mały pikuś. Czeka mnie jednak remont sypialni i potrzebuję materaca oraz wykładziny. I to jeszcze dopóki kurier jest w stanie tu dotrzeć.
Z wykładziną jest koszmarny problem. Jeśli myślicie, że w obecnych czasach można kupić wszystko, to moja wykładzina jest wyjątkiem. Nie odpowiadają mi ani ceny, ani wzory. Na cenę nie mam wpływu, ale skoro płacę, to chciałabym taką, jaka mi się będzie podobać. A wiele nie wymagam. Poszukuję ciemno-niebieskiej wykładziny, prostej, bez wzorów o szerokości 3 metry. Ręce opadają. Już się pogodziłam, że zakup będzie przez internet, choć wolałabym pomacać, co kupuję. Na razie nie mam nawet perspektywy, że pomacam po zakupie.
Z materacem powinno udać się bez scen. Sprzedawcę mam wybranego. Trzeba tylko wziąć się do kupy i kliknąć wreszcie „kup teraz”. Wymaga to psychicznego odblokowania się. W momencie kliknięcia klamka zapadnie. Trzeba będzie zabrać się za budowanie wymarzonego łoża z modrzewiowych bali. Bale suszą się od zeszłej jesieni i stoją od sierpnia okorowane. Uśmiechają się do nas i szepczą: "zbuduj z nas łoże..."

Wszystkie te sprawy, które na mnie spadły po powrocie sprawiły, że się „zawiesiłam” i nie wiem, od czego zacząć. Jednym słowem, potrzebuję natychmiast się ogarnąć i zebrać do kupy!

Wydarzeniem minionego weekendu był ów kurs decoupage’u, na który próbowałam dostać się już od września, a zawsze jakieś losowe wypadki mi to uniemożliwiały. W związku z tym sama sobie eksperymentowałam nie zważając na to, że mogę nabrać złych nawyków. Na całe szczęście zostałam rozgrzeszona. W decoupage’u można uprawiać chałturę. Można używać materiałów zakupionych nie w specjalistycznych sklepach, a w budowlanych. Można używać tych samych farb, którymi malujemy ściany, lub dajemy dzieciom do robienia obrazków. Byle były akrylowe. Z tej lekcji wyciągnęłam może zbyt daleko idące wnioski, ale uznałam, że i masę podkładową pod tynk mineralny, którą już przerobiłam na ceramice, mogę używać do moich pokręconych celów. W następnej kolejności zrobię sobie freski wykorzystując wiedzę nabytą na kursie i instrukcje z książki.
Dzięki przesympatycznej pani Eli, która nie dosyć, że zadbała o dokumentacje fotograficzną i pozwoliła mi użyć zdjęć na potrzeby bloga, mogę podzielić się z Wami atmosferą owych warsztatów.

Talerz wyszedł mi nadspodziewanie dobrze, z lusterka, które leży poniżej, nie jestem zadowolona. Wzór jest zbyt przytłaczający. Chciałam w domu zedrzeć wszystko i lusterko zrobić na nowo, ale Chłop podniósł wrzask. Jemu się podoba, hm...
Nie do końca jestem też zachwycona samą ideą  tych spękań w stylu country. Znam przyczynę. Wiele z moich domowych sprzętów prezentuje naturalny styl "country" :-) Nie muszę ich postarzać. A tak poważnie, to zdaję sobie sprawę, iż do crackli trzeba dojrzeć.



Ale talerz za to pięknie prezentuje się na starym kredensie:





Na fali entuzjazmu po kursie, zrobiłam sobie wczoraj szkatułkę. Podobno jest smutna. Wg mnie jest elegancka i bardzo pasuje do naszego wiejskiego otoczenia. Nie ukrywam, że na żywo prezentuje się o niebo lepiej, niż na fotografii:






I to tyle. Cóż, trzeba iść się ogarnąć :-)

*Na skutek nieszczęśliwego złożenia przeze mnie słów, podobno wyszło na to, że mój Chłop ma czerwoną, zapijaczona gębę. Nie jest tak póki co, ale Chłop mówi, że skoro już tak napisałam, to może on zacznie pracować nad takową? :-)

czwartek, 4 listopada 2010

Jaka epoka, takie dzieci.

...oczywiście w stylu vintage.
Każde pokolenie ludzi wygląda nieco inaczej. Dotyczy to również dzieci. Składają się na ten wizerunek zarówno ubranka, jakie wkładają na ich małe ciałka rodzice, artefakty, które dzierżą w rączkach, ale również miejsca, gdzie zdjęcia pamiątkowe są robione.
Dziś wpadły mi w ręce fotografie sprzed prawie stu lat i moje własne, robione trzydzieści lat temu. Moje-z lat 70-tych- wydały mi się byt szare na tle przedwojennych. Pobawiłam się więc trochę teksturami.
Najpierw jednak pokażę te, których zmieniać nie trzeba, gdyż same w sobie prezentują artystyczne walory.

Wujek męża. Zdjęcia z końca lat 30-tych. Futerko niestety prawdziwe, z jakichś ślicznych zwierzątek.


Babcia męża z charcikiem. Zdjęcie z około 1920 roku.

Ktoś z rodziny, niestety, nie rozpoznany.

Ta fotka już się pojawiła przy okazji posta o jabłkach. Ale szczególnie mnie ujmuje ta dziewczynka (babcia) z koszem jabłek.


I nasze szare lata 70-te. Tak je pamiętam. W sumie słabo pamiętam, bo świadomość otaczającego mnie świata zyskałam w roku 1979. Moim pierwszym wspomnieniem, który wiąże się z ogarnianiem rzeczywistości, jest ta data, gdyż nauczyłam się wówczas rozumieć kalendarz i odczytywać godziny z kuchennego zegara. Moje świadome dzieciństwo wiąże się z koszmarnie ciężkimi latami 80-tymi, kiedy sklepy świeciły pustkami, bananów nie było nawet na święta, a czekoladę (o koszmarnym smaku) robiło się w domu z margaryny i pseudo kakao z odpadów. Nie mieliśmy rodziny za granicą, nie dostawaliśmy paczek, nie byliśmy w żaden sposób uprzywilejowani. Dlatego w kwestii zdjęć wracam chętniej do nieświadomego dzieciństwa, beztroskich lat 70-tych, gdzie moim jedynym (ale za to traumatycznym) zmartwieniem było, czy mama odbierze mnie z przedszkola, zanim ostatnie dziecko pójdzie do domu. Ot, skutek uboczny znania się na zegarku :-) 
Z mamą na balkonie. Antyczny balkon to tekstura. Nasz był betonowy.


Ze starszą siostrą


Riannon w stanie larwalnym :-)


Z kuzynkami. Ja po prawej, w szytej przez mamę sukience w kratkę. Mam wrażenie, że gdzieś mój mózg zachował wspomnienie o tej sukience. 


Z siostrą pod blokiem ciotki.


Z mamą. Sądząc po minie świeżo zaliczyłam glebę i zastanawiam się, czy ryknąć, czy nie.



Tak! To ten czas przedszkolnej traumy :-)


I szczęśliwe chwile z siostrą na wsi w Beskidzie Żywieckim-rodzinnych stronach ojca. To jeden z niewielu momentów, gdy miałam ją tylko dla siebie. Większość czasu bowiem upływało nam na przechytrzaniu siebie nawzajem. Siostra bowiem miała towarzystwo prawie pokolenie ode mnie starsze. Co dwudziestolatki mogą robić z sześciolatką? Tylko się od niej opędzać. Co sześciolatka może robić dwudziestolatkom? Wkręcać się  w towarzystwo, nastawiać ucha i uczyć się od nich być dorosłą.

Wyjeżdżam jutro na cały weekend. Powdycham spaliny z wrocławskiej komunikacji miejskiej, wytarzam się na łonie rodziny, nauczę się wreszcie porządnie podstaw decoupage'u. Mam nadzieję przywieźć trochę inspiracji.
Obiecałam Wam pokazać wykończoną doniczkę. Tak właśnie sobie to wymyśliłam:


Do zobaczenia w przyszłym tygodniu ;-)