O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru Zapuścianka. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 4 psów i 1 kota. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

niedziela, 22 czerwca 2014

Coś się kończy, a coś innego zaczyna.

Jak zapewne zauważyliście, od pewnego czasu na tym blogu wieje pustką. Z chwilą podjęcia ostatecznej decyzji o sprzedaży naszego ukochanego domu, zmuszam się, by cokolwiek tutaj napisać. Tak nie powinno być. Pisanie ma być przyjemnością i wynikać z potrzeby serca, a moje serce jest już we Dworze na Woli Zręczyckiej. Moja prywatna magia w Tuskulum skończyła się. Mam nadzieję, że wkrótce obdarzeni nią pozostaną nowi właściciele tego miejsca. Kto to będzie, jeszcze tego nie wiemy. Nie będzie to Asia i Kuba, o których kiedyś Wam pisałam. A dlaczego- przeczytajcie tutaj.

Tacy byliśmy...
Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy 13 lat temu, w lipcu pojawiliśmy się pierwszy raz w Zapuście. Powitał nas starszy pan, właściciel domu od roku 1974. Pamiętam jego energię, błyszczące oczy, kiedy opowiadał, ile szczęśliwych dni spędził w tym miejscu ze swoimi dziećmi, wnukami. Mówił, jak bardzo trudno było mu podjąć decyzję o powrocie do Wrocławia. Jego żona pragnęła jesień swojego życia spędzić w mieście, a jego miejsce było przy niej. Tego dnia my wiedzieliśmy, że znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi. Czułam dobrą energię tego miejsca, widziałam przestrzeń, która była nam bardzo potrzebna, by swobodnie żyć.

Dziś, kiedy przychodzi mi spotykać się z potencjalnymi kupcami, jestem zdziwiona, jak wielu ludzi trafia do nas bez pomysłu na swoje życie. Tacy ludzie zadają nam pytania, które nie powinny padać- z czego wy tu żyjecie? My sprzedajemy gospodarstwo, nie pomysł na życie. Nasze źródła utrzymania nie powinny nikogo interesować, ponieważ nasz model życia jest nie do podrobienia. Źródło naszego utrzymania wynika z naszych pasji, nie z wyrachowania biznesowego. 

Kiedy my szukaliśmy domu mieliśmy kilka priorytetów, między innymi ten, że musi być to teren bezpieczny, wolny od zagrożenia powodziowego. Zamierzaliśmy zająć się naszą pasją- hodowlą golden retrieverów oraz prowadzić gospodarstwo agroturystyczne. Zwiedziliśmy dziesiątki domów sprawdzając, czy spełniają nasze kryteria. Dom musiał też być na tyle daleko od sąsiadów, by nie stanowili problemu ani dla naszych gości, ani dla naszych psów. W Zapuście znaleźliśmy wszystko to, czego szukaliśmy. Choć wpadliśmy w euforię, nie zawracaliśmy głowy właścicielowi, nie mieliśmy jeszcze bowiem funduszy na kupno nieruchomości. I wtedy stał się cud. Dwa tygodnie później dom we Wrocławiu znalazł nabywcę, po 2 latach od wystawienia go na sprzedaż. 2 września sprowadziliśmy się już do Zapusty i zaczęliśmy działać.

Zostalismy powitani chlebem i solą przez siostrę, która dotarła wcześniej :-)


Z

Z radości wyczynialiśmy różne dziwne rzeczy, takie jak:
 wariacka jazda na karuzeli zastanej na posesji oraz bieganie po pokrzywach:




 Uśmiech nie schodził nam z twarzy jeszcze przez dłuższy czas.
W zasadzie, to chyba tak nam już zostało.

Dom był w ¾ do generalnego remontu. Mieszkaliśmy, prowadziliśmy swoją działalność, jednocześnie remontując pokój za pokojem, niespiesznie, głównie zimą, poza sezonem, kiedy nic szczególnego się nie działo. Przybywały nowe pieski, rodziły się nowe pokolenia goldenków. Pojawiali się i wyjeżdżali kolejni goście, niektórzy zyskali status stałych, jeszcze inni zostali naszymi przyjaciółmi. Wraz z upływającym czasem wszystkim nam przybywało lat i doświadczenia. Gdy się sprowadziliśmy, byliśmy szalonymi dzieciakami po 20-stce. Tu dojrzeliśmy i nabraliśmy tzw. mądrości życiowej, tej prawdziwej, której nigdy nie zdobędzie się w mieście; o ludziach, o przyrodzie, o sobie samych. Zapomnieliśmy jedynie o tej ciemnej stronie ludzi, która ujawniła się nam w podlinkowanym wyżej wpisie. Z biegiem lat odchodziły od nas ukochane towarzyszki życia- Bułcia, Triss i Fiona, o której chorobie i pożegnaniu napisałam tutaj.
Tak zeszło nam 12 lat.

 Gdy oddaliśmy do użytku wyremontowane pomieszczenie dawnej obory, przeznaczone na muzeum, los zrobił nam psikusa. Sprawy tak się poukładały, że poczuliśmy się w obowiązku otoczyć opieką zabytkowy rodzinny dwór, który w przeszłości niesłusznie zagrabiony, właśnie udało się odebrać polskiemu państwu. Na rewitalizację tego zdewastowanego przez dziesięciolecia rządów PRL-u miejsca potrzeba znacznej kwoty pieniędzy. Jesteśmy skromnymi rolnikami, którzy nigdy nie dostąpią zaszczytu otrzymania kredytu. Decyzja zatem mogła być tylko jedna. Musieliśmy zdecydować o sprzedaży naszego ukochanego domu, a uzyskane fundusze przeznaczyć na remont Dworu Feillów.

I tak z chwilą sprzedaży domu w Zapuście, rozpocznie się dla nas nowy rozdział życia. Jak wspomniałam, sercem jestem już na Woli. Dlatego też zamykam tę przestrzeń, a stwarzam nową.

Chciałabym serdecznie i z całego serca podziękować wszystkim czytelnikom, tym co są z nami od 4 lat i tym nowszym. Rozpoczynając pisanie bloga byłam pewna, że robię to jedynie dla przyjaciół ze świata realnego. Nigdy nie przypuszczałam, że moja historia zainteresuje osoby, które nigdy na oczy nas nie widziały.

Wszystkich tych, którzy trwają przy nas i są ciekawi następnego rozdziału w naszym życiu, naszych agroturystycznych gości oraz krewnych, znajomych i przyjaciół informuję, że można nas teraz odnaleźć na blogu:

Dwór Feillów Wola Zręczycka

Serdecznie zapraszam.

Dopisek z dn. 30.11.2014. 
Domek jest już sprzedany. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak wyglądało ogłoszenie, zapraszam pod ten link:

wtorek, 13 maja 2014

Nie siedzę na tyłku.

Nie, jeszcze nie powróciłam z moich wojaży i jeszcze nie usiadłam na tyłku w Tuskulum. Za mną wspaniałe wakacje w Prowansji, które chciałabym choć w skrócie tutaj opisać, ale póki co, nie mam czasu, by usiąść nad tym w skupieniu. Za mną prawie dwutygodniowy pobyt we Dworze na Woli Zręczyckiej, który powoli oswajamy. Przede mną trzy dni na fotelu dentystycznym we Wrocławiu (ratunku!!! :-)

Spędzając czas we Dworze, który powoli staje się moim drugim domem, będąc poza zasięgiem Internetu, wieczorami opisywałam swoje wrażenia i marzenia związane z tym miejscem. Siłą rzeczy znalazły się one na blogu poświęconym temu miejscu, na który to blog powoli przerzucam środek ciężkości, jeśli chodzi o publikowanie.

Jeśli zatem jesteście ciekawi naszych prapoczątków w nowym miejscu, już dziś zapraszam Was do śledzenia bloga:

środa, 9 kwietnia 2014

Cieszymy się wiosną.

Być może jest to ostatnia nasza wiosna na Pogórzu Izerskim. Mając tego świadomość, intensywnie chłoniemy każdy z jej objawów. To, co niegdyś wydawało się oczywiste, z czego owszem, cieszyliśmy się, ale uważaliśmy za coś niezmiennego, nagle przybrało formy ostateczne. Być może ostatni raz na żywo widzimy posadzony przez nas, jako malutki krzaczek, kwitnący migdałowiec.


Widok z okna ściany szczytowej domu.


Żółte narcyzy są pospolitymi kwiatami wiosennymi. Tutaj, na Pogórzu Izerskim opowiadają historie. Kiedy wczesną wiosną chodzimy po lesie czy po obrzeżach wsi, to właśnie one pierwsze pokazują nam, gdzie kiedyś tętniło życie, gdzie był czyjś dom. Tam, gdzie są kwiaty i zdziczałe drzewka owocowe, tam dziesiątki lat temu ktoś rodził się, przeżywał radości i smutki, zakochiwał się, wychowywał dzieci, umierał. Na Pogórzu Izerskim nie tylko ludzie umierali, umarło też bezpowrotnie wiele domów. 


A oto mirabelki nasze ukochane. Rodzą takie niepozorne, średnio smaczne lekko mdławe owoce. Niektórzy lekceważą je, ponieważ pestka jest większa od miąższu. Nie opłaca się bawić w robienie przetworów. Nic bardziej mylnego. Smak dżemu z mirabelki wynagradza wszelki trud. Z resztą, a mówię to ja- osoba niezwykle leniwa jeśli chodzi o gospodarstwo domowe- pozyskiwanie miąższu nie jest wcale kłopotliwe. Tajemnicą, która sprawia, że dżem z mirabelek nie jest mdły, jak owoce z tego drzewa, jest dodanie do przetworów kwasku cytrynowego lub samej cytryny.



W tym roku podczas zimy na Pogórzu Izerskim panowała niezwykła jak na ten rejon susza. Przyczyną był brak śniegu w Górach Izerskich i brak jakichkolwiek opadów na Pogórzu. Zimą strumyk ledwo ciurkał. Wystarczyły trzy dni średnich opadów, a z naszego strumyczka na posesji zrobiła się mała rzeczka. Tę rzeczkę nazwaliśmy sobie kiedyś Tuskulanka. Mieliśmy w zamiarze zrobić kawał i wprowadzić tę nazwę do Wikipedii, ale już teraz, gdy jesteśmy jedną nogą w Małopolsce, nie ma to sensu. Tego strumienia będzie nam brakować najbardziej, ponieważ wszystko inne da się zaprowadzić na nowym miejscu zamieszkania.





Okolice Tuskulanki zakwitły zawilcami. W tej chwili jest ich cały dywan. Dolina strumienia wprost szaleje na biało. Białe zawilce przetkane są żółtymi.



Tutaj też coś lada moment zakwitnie. Na razie te zielone liście składają nam obietnicę.


Oto widok na dużą część doliny Tuskulanki. W lutym, wraz z naszymi następcami, rzetelnie ją oczyściliśmy z chwastów, krzaków dzikiego bzu, siewek, odrostów. Póki trawy nie ruszą na całego, delektujemy się tym widokiem. Potem czeka nas już praca nad ujarzmianiem zieleni. Oj, jak bardzo przydałaby się tu koza lub owca. A najlepiej całe stadko.


A oto najpiękniejsza obietnica. Kwitnący sad. Rozpoczyna się od wczesnych odmian czereśni, potem kwitnie kilka grusz. Na samym końcu sad wybucha kwieciem jabłoni. To najpiękniejszy widok na naszej posesji. Wyobraźcie sobie bowiem ponad setkę jabłoni kwitnących niemal równocześnie jedna przy drugiej. Nie wiem, czy ten widok będzie mi w tym roku dany, bo lada moment zacznę być w rozjazdach.


 Grusze



A oto jedyna samotna cebulica syberyjska na naszej posesji. Rośnie sobie w miejscu absolutnie nieciekawym, bo obok śmietnika. Przywieżliśmy sporo cebulek tego uroczego kwiatuszka, ale nie wiedzieć czemu, tylko ta jedna się przyjęła. Myśleliśmy że po kilku latach będziemy mieli na trawniku las cebulic syberyjskich, tymczasem od 13 lat każdej wiosny wychodzi z ziemi tylko ta jedna.


Zapewne wszyscy kochacie niezapominajki? "Niezapominajki są to kwiatki z bajki, rosną nad potoczkiem, patrzą modrym oczkiem...etc". Tak, pamiętamy ten wierszyk z dzieciństwa. Wszyscy kochają niezpominajki, tylko nie ja. Niezapominajki na naszej posesji to istna plaga egipska. Rosną wszędzie, rozsiewają się, jak chwasty, są nie do opanowania. Zawładnęły moim skalniakiem, z którego muszę je po prostu karczować, są w każdej szparze i pod każdym kamieniem. Gdyby nie walka z nimi, zadusiłyby wszystkie pozostałe kwiaty. Oczywiście, zostawiam parę kępek, a nasiona rozsiewam po sadzie. Niech tam wdzięczą się i mrugają tym swoim modrym oczkiem. Wystarczyło kilka dni ze słońcem, a one już kwitną.


No dobrze, to nie tak. Też kocham niezapominajki, ale nie na skalniaku, gdzie przysparzają mi roboty i zgryzoty, bo ujarzmić je trzeba, a przecież wyrywać te urocze kwiaty żal.

*****
W piątek, czyli już pojutrze, wyjeżdżam na wakacje na Lazurowe Wybrzeże. Wolę o tej wycieczce mówić, że wybieram się do Prowansji, ale ktoś mi kiedyś zarzucił, że to nie to samo. Lazurowe Wybrzeże brzmi tak jakoś lansersko, a ja przecież żadnego lansu nie uprawiam. Po prostu mam okazję na tani wyjazd z gronem miłych ludzi. Z takimi pojechałabym nawet do piekła. Prowansja brzmi przaśnie, swojsko i taka jest. Poza sezonem, kiedy deptaki są puste, nie odczuwa się na Lazurowym Wybrzeżu jego odrębności od Prowansji.
Nie wiem, kiedy się tutaj pojawię, ponieważ wracam w Święta, a potem będziemy krążyć pomiędzy dwoma domami. Ten rok będzie dla nas trudny i pełen chaosu. Póki od nowa nie zapuszczę korzeni, póty będę mieć mniej czasu na życie w sieci. Gdzieś jednak w końcu osiądę i mam nadzieję, że już na stałe. Choć powoli szykuję się do zamknięcia tego rozdziału mojego życia, nie żegnam się jeszcze. 

Tymczasem życzę Wam wszystkim wesołych i pogodnych Świąt Wielkanocnych.

piątek, 21 marca 2014

Markowa Rumunka w metropolii.

Opowiadanie krew w żyłach ścinające, z tym, że na wstępie należy dodać że:
- jaki kraj taka metropolia,
-jaka Rumunka takie toboły,
-jaka marka taka Rumunka.

Bywają w życiu takie momenty, że muszę wychylić swój nos z bezpiecznego Tuskulum i udać się w kierunku cywilizacji. Tym razem owa cywilizacja, w postaci pani dentystki, chwyciła mnie w objęcia z powodu kanałowego leczenia zęba. Rzecz to nieprzyjemna, zatem zbyt entuzjastycznie do wyjazdu i pobytu nie byłam nastawiona. Z reguły w mieście czuję się, jak ryba w wodzie, bo to moje naturalne środowisko, w którym wzrastałam. Podczas, gdy urodzone wieśniaki boją się przejść przez miejską ulicę z powodu prawdopodobieństwa wpadnięcia pod tramwaj, mnie- neowieśniaczkę- o drżenie przyprawia samotny spacer pośród wiejskich bezdroży i szeleszczące co rusz krzaki na wietrze. Jakoś zawsze wydaje mi się, że kryje się tam czterdziestu rozbójników.
Od miasta jednak już odwykłam, szybko zaczynam odczuwać zmęczenie i do szału doprowadza mnie zagęszczenie ludzi na kilku metrach kwadratowych.

Już dawno stało mi się obce robienie zakupów z torbami w ręku. U siebie po prostu podjeżdżamy pod sklep, robimy zakupy, pakujemy do auta i udajemy się do sklepu następnego, albo do domu. W mieście natomiast, jak nie masz auta, rzecz wygląda zupełnie inaczej, a jak jeszcze mieszkasz na czwartym piętrze bez windy, jak moja Droga Siostra, to masz już absolutnie przesrane. Możesz jedynie liczyć na to, że jakiś kataklizm uwolni cię z owej sytuacji zamieszkiwania w dwupoziomowym mieszkaniu na czwartym piętrze bez windy (ale z miejscem na windę!), jakiś może piorun z jasnego nieba, sputnik, zagubiony w czasie i przestrzeni Boeing 777, lub meteoryt, bo sam z własnej woli tego szczęścia się nie pozbędziesz. I niezależnie od tego, ile razy w ciągu dnia wysapiesz się po wspięciu się na swoje piętro, rąbniesz bezwładnie nosem o swoje drzwi i zajęczysz: „o Jezu, Jezu, już czas zmienić mieszkanie…”, „o Jezu, Jezu, o matko, kiedy ja wreszcie zmienię to mieszkanie…”
Z tego też powodu takie osoby, jak moja Droga Siostra, robią zakupy za jednym zamachem, taszcząc wszystkie toboły w rękach i na ramionach. I tak objuczone przemierzają sklep za sklepem. Jeśli jeszcze te osoby przeżyły głód lat 80-tych, to mają podwójnie przerąbane, bo mania robienia zakupów na zapas mnoży toboły do granic niemożliwości.


Pewnego popołudnia robiłyśmy zakupy z moją Drogą Siostrą w jednej z wrocławskich galerii. Tobołów miałyśmy co niemiara. Już miałyśmy wychodzić, kiedy patrzę, a moja Siostra bierze azymut na sklep obuwniczy.
-Czekaj- mówię- zostanę na ławce z tymi bambetlami, a ty idź i obejrzyj sobie spokojnie te buty.

Moja Droga Siostra wykonała rzut okiem na ławkę, na sklep i zmierzyła wzrokiem odległość. Oceniła, że jak wejdzie do sklepu, straci z nami (tzn. ze mną i tobołami) kontakt wzrokowy. Na pewno przez ten czas ktoś mnie: okradnie/ poderwie/ przeleci/ zgwałci/ porwie/ nawróci na wiarę świadków Jehowy… (niepotrzebne skreślić). Albo ja sama: ucieknę i porzucę toboły/ dostanę ataku histerii/ dam komuś po ryju/ umrę z tęsknoty… (niepotrzebne skreślić).

-Nie!- rzekła- idziemy razem!

Moja kochana siostra, niska, okrąglutka, obwieszona, jak choinka wszelkiej maści torbami, na cyckach wiszą jej cztery pomelo (bo sezon się kończy i na pewno dla niej zabraknie!), ledwo przecisnęła się przez bramkę sklepu.
Jęknęłam rozdzierająco i postanowiłam włączyć swoją funkcję złośliwości.

-Wiesz co, z tymi bambetlami wyglądasz, jak Rumunka z Dworca Centralnego.

Oj, nie spodobało się to mojej Drogiej Siostrze, nie spodobało, ponieważ bardzo dba o PR („no przecież torby mam markowe!”). Zmarszczyła brwi, rzuciła na mnie bezgłośną klątwę, odwróciła się na pięcie i na powrót przecisnęła się przez bramkę. Poszłyśmy do domu.

Zapomniałam, że moja siostra jest czarownicą i że ta „Rumunka” srodze się na mnie zemści.

W dzień wyjazdu do domu, czyli w dniu wczorajszym, w ciepły słoneczny poranek, usiłuję zapakować zgromadzone zakupy i zawieźć je bezpiecznie do domu. Wiem, że nie będzie to łatwe, bo mam zapakowane po brzegi dwie torby. Dobrze, że przystanek tramwajowy jest tuż pod blokiem. Tramwaj podwiezie mnie pod dworzec autobusowy, z Gryfowa odbierze mnie Chłop. Tego dźwigania mam niewiele, tylko zejść z czterech pięter, wsiąść w tramwaj i podejść kilkadziesiąt metrów od tramwaju na dworzec. Złe przeczucie jednak mnie nie opuszcza. Jestem sama, Droga Siostra zostawiła kartkę: „jak zmieścisz, zabierz jeszcze łososia z lodówki”. O w dupę jeża chyba- myślę sobie- bo nigdzie indziej miejsca już nie mam. 

I nagle ogarnęło mnie wzniosłe uczucie miłości i współczucia. Jak to tak. To ja się obżeram u siostry cztery dni łososiem na przemian z halibutem, a Chłop tam w Zapuście kolejny dzień z rzędu wpierdala bułki z salami z Biedronki. No tak nie może być!!!

 Pomyślałam sobie, może się przepakuję, to zabiorę łososia dla biednego Chłopa.
Jednym z moich zakupów były solidne buty trekkingowe, takie wysokie, wygodne, za kostkę. Pomyślałam sobie, że jak włożę na siebie owe buty a zapakuję laczki Lasockiego, w których miałam jechać do domu, to zyskam miejsce na łososia. Jak sobie pomyślałam, tak zaczęłam realizować plan. Torba dziwnie się wybrzuszyła, kiedy wszystko zostało zapakowane. Cisnę, cisnę… pierdut… spieprzył się zamek. Pękł. No pięknie! Myślę. Zeszyłabym, ale nie wiem, gdzie jest igła z nitką. Myślę. A może się naprawi? Nie naprawi się. Myślę. Wiem, gdzie siostra ma torby podróżne. A może zmieszczę obie torby do większej torby podróżnej? Przestałam myśleć, zaczęłam działać. Zmieściłam. Zaczęłam myśleć, czy aby nie będzie mi za ciężko. Przecież muszę tylko się zwlec z czwartego piętra, dalej sobie poradzę. Uff… mam jeszcze 10 minut. Postanowiłam przez ten czas oszacować straty. I na 8 minut przed wyjściem odkryłam, że jestem idiotką. Torba moja miała jeszcze drugi zamek, po przeciwnej stronie, który bez problemu zamknąłby ją, no chyba, żeby również pękł. Trzy minuty spędziłam na rozważaniu, czy blondynką trzeba się urodzić, czy jest to cecha nabyta. Doszłam do wniosku, że jest to stan umysłu, z którego się nie wyrasta. Na przepakowanie się było już za późno. Aby nie dokonywać już więcej żadnych odkryć, dźwignęłam torbę, jęknęłam, pierdnęłam i wyszłam z mieszkania.

Nie pytajcie, jak zeszłam z tym obszernym bagażem na dół, bo zwyczajnie nie pamiętam. Było to okropne doświadczenie. Przy życiu trzymała mnie jedynie myśl, że idę w dół i już niedługo wsiądę w tramwaj. Ciesząc się jak jakaś głupia, po chwili już siedziałam na przystanku i konwersowałam szczebiotliwym głosem z jakąś miłą starszą panią o pogodzie. Tak upłynęło nam kilka minut oczekiwania na tramwaj nr 9. Byłam na przystanku na skrzyżowaniu ulic, już widziałam wyraźnie numer tramwaju, już wraz z tłumem ruszyliśmy, by ustawić się przy torach, gdy wtem… ta 9-tka na skrzyżowaniu nie podjechała na przystanek, tylko skręciła w ulicę równoległą. I poszła w pierdu…


Pomyślałam sobie „Jezu… (no tak naprawdę to nie pomyślałam „Jezu”, tylko „kurwa”) mam 40 minut do odjazdu autobusu, jak dostanę się na dworzec? Siłą bezwładności, wraz z osłupiałym tłumem, rzuciłam się na drugą stronę skrzyżowania. A może ta pieprzona dziewiątka na nas czeka na tamtym przystanku? Gdzie tam, ani jej widu, ani jej słychu. Co robić? Tłum się rozpierzchł. I ja próbowałam się rozpierzchnąć, ale spróbujcie się rozpierzchnąć dzierżąc w objęciach wielki i ciężki tobół! Stałam pod Ogrodem Botanicznym, na skrzyżowaniu Sienkiewicza i Wyszyńskiego i w głowie miałam jedną tylko myśl: każda minuta jest droga. 
Nie wiem, co ja sobie myślałam, że dojdę na piechotę do dworca z tym tobołem? No to chyba za dwa dni i na pewno nie będę żywa. 

W sytuacjach kryzysowych moje szare komórki udają się na spoczynek w najdalsze zakamarki umysłu, aby przypadkiem się nie spotkać. Nie wymyśliłam nic ponad to, że muszę dowlec się do jakiegoś większego przystanku i dojechać do dworca innym środkiem komunikacji. Jedyny znany mi większy przystanek znajduje się przy Hali Targowej. Jezus Mario, to 15 minut marszu bez bagażu!!! 

Mimo zbliżającej się godziny 11 przed południem, w pięknych okolicznościach przyrody, gdzie prażące słońce nadawało ton, w grubym swetrze, zimowym płaszczu i powłóczystym szalu,  eleganckich spodniach od Marks and Spencer i kurwa, w trampkach na nogach (no bo przecież tylko do tramwaju schodzę!) zarzuciłam sobie na kark wielką podróżną torbę, przesunęłam na brzuch i chwyciwszy ją w obie ręce, ruszyłam przez Ostrów Tumski, na przełaj pod Halę Targową. 

Nie ma takich słów, którymi mogłabym wyrazić to, jak się wówczas czułam. Pod Katedrą dotarło do mnie, że daleko tak nie zajdę. Moje dwie szare komórki zaczęły się budzić z letargu, pomyślałam, że normalni ludzie wezwaliby taksówkę. Zaczęłam się rozglądać za taksówkami, ale oczywiście, jak potrzeba, żadnej nie było. Dzwonić nie chciałam, bo nie miałam numeru do korporacji i też nie wiadomo, ile bym czekała, aż podjedzie. W sytuacjach kryzysowych nauczyłam się liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Wiedziałam, że nie mam szans, aby zdążyć na autobus, który odjeżdża za pół godziny, będę musiała czekać na autobus, który odjeżdża o 14.40. Co ja biedna pocznę przez te kilka godzin? Gdyby nie ten przeklęty tobół, poszłabym do mamy, a tak pozostaje mi jedynie usiąść przy dworcu na ławce, gdzie zaczepiać będą mnie pijaki, żebraki i Rumuny, a bezdomne psy będą sikać mi na nowe markowe trampki i szarpać nogawki. Tak użalając się nad sobą, klnąc na złośliwość losu dowlekłam się pod Halę Targową zdziwiona, że jestem żywa, choć taka trochę nie teges. Język stanął mi kołkiem, bo od wysiłku spociłam się i odwodniłam. Z tego też powodu nie zdoławszy grzecznie przeprosić, staranowałam z rozpędu staruszkę. I wtedy właśnie, w tej sekundzie, kiedy stopę postawiłam na przystanku, stał się cud większy, niżby chóry anielskie zstąpiły z nieba. Podjechała dziewiątka. Było pięć po 11-tej, a to oznacza, że w niezłym tempie pokonałam drogę od Ogrodu Botanicznego przez Ostrów Tumski. Resztkami sił wtarabaniłam się do wagonu, skasowałam bilet, sklęłam pod nosem jakiegoś gówniarza z białymi słuchawkami w uszach (Pokemon jeden cholerny!), który podsiadł mi miejsce siedzące, kucnęłam, przykryłam tobół obszernym płaszczem, bo nie byłam pewna, czy jego rozmiar kwalifikuje się na opłacenie dodatkowego biletu. Dopadłam miejsca siedzącego na następnym przystanku. W zwolnionym tempie chwyciłam torbę, wkopałam ją pod siedzenie i padłam. Byłam uratowana. Dojadę do domu na czas, nakarmię Chłopa łososiem, nie rozdziobią mnie kruki i wrony samotnej na Dworcu Głównym PKS.

Nie jestem pewna, czy wysiadka z tramwaju i tych kilkadziesiąt metrów, jakie dzieliły mnie od przystanku do stanowiska z autobusami nie było gorsze do przejścia, niż 15 minut świńskiego truchtu przez ćwierć miasta. W tramwaju adrenalina opadła, mięśnie się rozluźniły i poczułam, jak mnie wszystko boli przy każdym ruchu ręką, głową i przy głębszym oddechu. Nie tylko nie spóźniłam się na autobus, ale miałam jeszcze 14 minut do jego odjazdu. Kupiłam sobie wodę i zaczęłam dochodzić do siebie, choć ból mięśni utrzyma się jeszcze kilka dni. Trzy godziny później rzuciłam się w ramiona stęsknionego Chłopa. 
Znów znalazłam się w bezpiecznym i cichym Tuskulum.


poniedziałek, 10 marca 2014

Żal dupę ściska.

Gmina Olszyna reklamuje się hasłem „Urokliwy i wyjątkowy zakątek Polski”.  Jest to według mnie jakiś ponury żart. Prawda jest taka, że symbole dawnej świetności tej miejscowości powoli, ale systematycznie i planowo znikają z krajobrazu.



Pisałam jakiś czas temu o zagrożonych wyburzeniem resztkach majątku, które bez problemu można byłoby wyremontować. Żal ścisnął mi serce i nie tylko serce, kiedy spojrzałam na archiwalne, zrobione przed dwoma laty fotografie stajni (powyższe zdjęcia). Tego typu obiekty powinny być chronione przez konserwatora. Niestety, zamiast ochrony, skazuje się je na zniszczenie. Po tym obiekcie nie został już kamień na kamieniu. Jakieś dwa tygodnie po naszej wizycie, przyjechał spych i zniwelował teren. Przez półtora roku nic się nie działo, aż tu nagle wyrosła buda będąca częścią przetwórni lokalnego producenta mięsa. Nie mam nic przeciwko temu producentowi, ponieważ bardzo sobie chwalę jego wyroby, niemniej jednak widok budy na miejscu historycznego i pełnego uroku majątku, źle działa na moje poczucie estetyki.


Po zniszczeniu majątku, włodarze gminy zabrali się za systematyczne wyburzanie wspaniałego zabytku techniki, jakim była słynna na cały świat fabryka mebli Roberta Ruscheweyha. Budynki fabryki były w bardzo dobrym stanie, decyzja o ich dewastacji jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Krążyły wieści, że burmistrz chce sobie w tym miejscu wybudować rynek. Olszyna jest miastem zaledwie od kilku lat. Była to zawsze duża, bogata, przemysłowa wioska i nigdy nie było w niej żadnego rynku. W każdym razie wyburzenia trwają, z każdym miesiącem fabryki ubywa, a był to niegdyś symbol i duma tej wsi. Z reguły w dzisiejszych czasach tego typu zabytki i lokalną historię wykorzystuje się do reklamowania miejscowości. W Olszynie te pamiątki się niszczy. Pozostają po nich tylko fotografie. Zainteresowanych zapraszam na wirtualny spacer po fabryce mebli w Olszynie i zapoznanie się z historią tego kiedyś ciekawego miejsca. Niestety, nie można tego powiedzieć o dzisiejszej Olszynie.


A tak wygląda to dziś:







Zwróćcie uwagę na kuriozum, jakim jest plac zabaw. Jest tam tablica z napisem, że plac zostanie oddany do użytku na wiosnę. Póki co, bytują tam żule.

Jeszcze za moich czasów, a mieszkam tu zaledwie 12 lat, 
fabryka działała, a bydynki były w świetnym stanie.

Pewnego pięknego dnia, podczas poszukiwania jakichś rzeczy w obszernej stodole, Chłop doznał oświecenia. Przybiegł z rozwianymi szatami, błyskiem w oku i rzekł takie oto słowa:
-My mamy w stodole stół z fabryki Ruscheweyha.
-No jak to? Przecież nie kupowaliśmy żadnych mebli w Olszynie? Został po poprzednich właścicielach?
-Przyjechał z nami z Wrocławia.


Osłupiałam. Wydało mi się to dosyć pokrętne. Stół, niewątpliwie w stanie opłakanym, skoro znalazł się w stodole, a nie w domu, powrócił był na ojczyzny łono? Otóż tak. "Zdobyty na Niemcach" we Wrocławiu stół, stał tam sobie do roku 2001 w jadalni i stopniowo podupadał na kondycji. Zabrany w pośpiechu do Zapusty (nowy nabywca dał nam na wyprowadzkę 2 tygodnie!), będąc w stanie mało reprezentacyjnym, został zrzucony bez sentymentu do stodoły, jako stary strupel, którego jeszcze żal wyrzucić, ale w sumie to nie warto się nad nim pochylać. Ot, stół jak stół, jakich wiele na allegro. 
Kiedy Chłop przeglądając stare katalogi fabryki Ruscheweyha odkrył, że to dzieło z tej fabryki, stół przeszedł proces rehabilitacji. Rehabilitacja polegała na tym, że przez kilka lat kiwaliśmy się nad tym meblem przy każdej wizycie w stodole i obiecywaliśmy mu renowację. No, wiecie, rozumiecie jakoś się nie składało.
Aż w końcu przyszedł ten moment, że dokonując wizualizacji przyszłego umeblowania jednego z dworskich saloników, ujrzałam oczyma wyobraźni na środku pokoju ów stół. Rehabilitacja się dokonała, czas na renowację i rewitalizację porzuconego, jak cała fabryka Rucheweyha, stołu. Słowo się rzekło, Chłop został zagoniony do roboty. Początkowo jęczał i popiskiwał, że bez stolarza się tu nie obejdzie, że nie da rady, że zżarty, że brzydki. Jak już sobie pojęczał, to okazało się, że doskonale sami damy sobie radę. Zajęłam się czyszczeniem, retuszowaniem kolorów oraz woskowaniem, a Chłop naprawą, czyli szpachlowaniem, docinaniem brakujących elementów i klejeniem.





Po lewej: kula od nogi po poklejeniu i szpachlowaniu, 
po prawej: kula po retuszu, olejowaniu i woskowaniu. Taki będzie efekt końcowy.

Stół jest wielki i zapomniałam wcześniej dodać, że dębowy. Przy złożonych blatach może zasiąść przy nim swobodnie 6 osób (140 cmx100). Rozłożony mieści już osób 16 (400 cm x 100 cm). Mechanizm rozkładający to prawdziwe cacko. Pieścimy nasz stół już od tygodnia, ale jeszcze sporo roboty przed nami. Ta praca oraz wiosenne porządki są przyczyną mojej małej ostatnio aktywności w sieci.


sobota, 15 lutego 2014

Potrzebujemy pomocy.

Odkąd Hana i Mika stworzyły bloga "Dzika kura w pastelowym kurniku" z wielką przyjemnością się tam rozgościłam, niczym kwoka na grzędzie, by uczestniczyć we wspólnym darciu pierza. Pierze drze się i fruwa obficie, a ja śmieję się do rozpuku z obecnych tam kakuarów, sokawki i innych cudaków, wzruszam wścibiając nos w pachnącą cynamonem walizeczkę i… włączam się w szczerą z serca płynącą pomoc dla Domu Tymianka. Gospodyni Hana zdecydowała się być wolontariuszką Tymianka, a my zgromadzone przy niej kury, postanowiłyśmy włączyć się w akcję. Spontaniczna aukcja, która trwała zaledwie dobę, czy dwie, pozwoliła zgromadzić dla Domu Tymianka ponad 1200 zł, jeśli mam aktualne dane. Ten namacalny dowód ludzkiej dobroci uzmysłowił nam wszystkim, że w kupie siła.  A co będzie, jeśli akcję będziemy powtarzać co miesiąc i rozgłosimy ją na naszych blogach? A co będzie jeśli włączą się w nią czytelnicy nie tylko Pastelowego Kurnika, ale i innych blogów?

Takie kolczyki wystwiłam na aukcji dla Tymianka i są już u Kasi w Alzacji :-)
A kaska za nie, na koncie Tymianka :-)

Potrzebujemy Waszej pomocy, by nakarmić kolejne głodne zwierzęta, którym w życiu się nie poszczęściło. Kiedy patrzę na rozkosznie niewinne miny moich psiaków, nie chcę wiedzieć, ani pamiętać, że gdzieś w świecie ludzie trzymają psy na łańcuchach i nie zawsze napełniają im miski jedzeniem. Czasem trzeba jednak przejrzeć na oczy, wyjść ze swojego wyidealizowanego świata i pochylić się nad tym tematem. Pomoc polega na tym, że poszukujemy zdolnych dziewcząt i chłopaków, którzy będą chcieli przeznaczyć jakiś własnoręcznie zrobiony gadżecik na licytację. Poszukujemy też oczywiście nabywców na owe rękodzieło. Każdy znajdzie coś dla siebie. Na aukcji, która już się odbyła, licytowaliśmy biżuterię, dekupaże, obrazki, rzeźby, serwety, torebki, filiżanki. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.

Zaglądajcie proszę na bloga Hany i Miki, gdyż następna licytacja odbędzie się już w okolicach połowy marca. Ja już szykuję następne gadżety dla Tymianków, by zdążyć na czas.

Nasz blogowy kolega Rafał poprosił mnie o pomoc w rozpowszechnieniu informacji na temat jego niepełnosprawnej przyjaciółki Asi. Asia jest bardzo dzielna. Mimo poważnego stanu pracuje i zachowuje pogodę ducha. Można podejrzeć jej życie tutaj

Potrzebujemy Waszej pomocy, by wspomóc Asię w walce z nieuleczalną chorobą. Każdy zgromadzony grosz zapewni jej większy komfort w codziennych zmaganiach. Pomoc polega na przekazaniu na konto fundacji, która opiekuje się Asią 1% podatku. Jeśli nie macie jeszcze rozdysponowanych tych pieniążków, w imieniu Asi, Rafała i swoim, serdecznie proszę- pochylcie się nad tym ludzkim cierpieniem i tragedią. Wszystkie szczegóły znajdziecie na blogu u Rafała.


Asię można też wspomóc przekazując jej darowiznę o dowolnej porze roku. Szczegóły również pod powyższym linkiem i niżej.

Nie chcę jedynie prosić o pomoc i o dalsze rozpowszechnienie informacji, ale i się do tej pomocy dołożyć. Z tej racji, iż nie mogę podarować Asi 1%, gdyż jako rolnika, rozliczenia skarbowe mnie nie dotyczą, chciałabym wzorem spontanicznej akcji dla Tymianka podarować na jej rzecz tę oto dzierganą własnymi rączkami- zakładkę frywolitkową w sam raz dla miłośników czytania prawdziwych książek. Osoba, która do niedzieli do północy wylicytuje zakładkę za cenę wywoławczą, lub większą, będzie zobowiązana przekazać należność za zakładkę na rzecz Asi na poniższe  konto. Natychmiast po otrzymaniu potwierdzenia wysłania przelewu, gadżecik trafi do nowego właściciela.

Fundacja Avalon - Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym,
ul. Michała Kajki 80/82/1, 04-620 Warszawa,
nr konta: 62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
tytuł wpłaty: Joanna Czapla, 773

Cena wywoławcza zakładki to 40 zł, co jak kiedyś wyliczyłam, stanowi kwotę zbliżoną do większości jednego procenta z przeciętnego polskiego podatku.





Kochani, wyciągajcie rączki po zakładkę, Asia naprawdę potrzebuje naszej realnej pomocy. Licytujcie i na maila i tutaj, jak Wam wygodnie.

Niedziela 16 luty- aktualizacja.

Moi Kochani! Hana ma serce wielkie, jak Katedra Notre Dame w Paryżu. Nie dosyć, że zalicytowała, jako pierwsza moją zakładkę (jeśli ktoś chce przebić, to czekamy do 24.00 :-) to jeszcze podarowała na aukcję dla Asi swój obraz- suchy pastel, pachnący darami jesieni.

wymiary: 23x34
Cena wywoławcza: 70 zł.

Termin licytacji-do 15 marca! Od momentu pojawienia się pierwszego chętnego, czekamy dobę do zakończenia licytacji.
Serdecznie zapraszamy :-)

czwartek, 30 stycznia 2014

Problem płciowy.

Perspektywa rychłej, mam nadzieję, przeprowadzki wymusza na nas szybkie i skuteczne rozwiązanie kilku spraw. Jedną z nich była decyzja, co dalej z hodowlą? Aktualnie na stanie mamy trójkę emerytów- Fionę lat 12, Jaskra lat 11, Gaję lat 10. Wymienione suczki są wysterylizowane, Jaskier zachował swoje klejnoty na skutek histerycznej reakcji Chłopa:

- Mnie też utniesz, jak będę stary???!!!
-A cóż w tym złego? Przecież to jest profilaktyka problemów z prostatą!

Skoro suczki sterylizuję, odpuściłam Chłopu i psu. Najwyżej będę miała na kogo zrzucić winę, jak coś z powodu tej decyzji stanie się pieskowi. Na raka jąder umarł jego ojciec. Wiem, że samo myślenie w ten sposób, to chwyt poniżej pasa, ale oburza mnie nierówne postrzeganie płci nawet w przypadku psów. Bez większych scen faceci godzą się na sterylizację suk, chociaż to jest bardzo poważna operacja związana z zagrożeniem życia, natomiast kosmetyczny zabieg likwidacji jąder wywołuje u panów zdecydowane reakcje histeryczne.

Tak, czy siak, została mi jeszcze Mantra, lat 7, która teoretycznie do ósmego roku życia mogłaby rodzić nam maluszki. I tu pojawia się słowo teoretycznie, bowiem zaszedł ciąg przyczynowo-skutkowy, który uniemożliwił w praktyce doczekanie się dalszego od niej potomstwa.
Po pierwsze, po dwóch cesarskich cięciach nasz weterynarz zasugerował, że trzeciego nie chciałby robić. Po drugie, Mantra poza czasem krycia, zapadała na ropomacicze, które trzeba było leczyć farmakologicznie. Po trzecie, trudno będąc na walizkach odchowywać szczenięta otaczając je właściwą opieką i troską.

Wszystkie te argumenty, szczególnie kwestia zagrożenia ropomaciczem, zaważyły na decyzji poddaniu Mantry sterylizacji. Zima jest czasem ku temu najlepszym, ponieważ mamy święty, niczym nie zmącony spokój, nie rozprasza nas robota na zewnątrz, gdyż prócz spacerów z psami, nie mamy powodów, by wychodzić z domu. Możemy wtedy dopilnować, by suczka nie wygryzła szwów z rany, a mając ją na oku dzień i noc, zareagować, gdyby doszło do jakichś komplikacji pooperacyjnych.


Jestem ogromną zwolenniczką kastracji/sterylizacji zwierząt. Dzięki takiemu zabiegowi unika się wielu kłopotów, od niechcianych szczeniąt/kociaków, po zagrożenie śmiertelnymi chorobami. Nie wiem, jak dziś wygląda świadomość o słuszności kastracji/sterylizacji, ale kiedy my sterylizowaliśmy pierwszą suczkę, przeglądałam fora i ze zgrozą odnotowałam, jak wielu ludzi histerycznie reaguje na ten zabieg. Dla mnie to źle pojęta miłość do zwierzęcia, jako członka rodziny. Wystarczy przecież przez 10 dni przypilnować psa, by nie zrobił sobie po operacji krzywdy ściągając szwy, czy rozlizując ranę. Zważywszy na fakt, iż ropomacicze jest bardzo częstą chorobą, na którą umierają suczki po siódmym roku życia, sterylizacja może zaważyć na zdrowiu i życiu zwierzęcia.

Mantrę wysterylizowaliśmy dokładnie w czwartek tydzień temu. Weterynarz miał problem, ponieważ po cesarskich cięciach suczka miała zrosty. Na szczęście wszystko poszło dobrze, Mantra doszła już do siebie całkowicie. Jutro po południu szwy zostaną zdjęte, a fartuszek powędruje do szafy. Suczka znów będzie, jak nowa. Od tej chwili druga połowa życia upłynie jej na beztroskiej zabawie.


Jestem ciekawa, jakie Wy macie zdanie na temat sterylizacji/kastracji? Czy znacie racjonalne powody, by być przeciwko? A może myślicie o tym, ale macie obawy przed zabiegiem?