O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

niedziela, 23 grudnia 2012

Już czas...

Stroiki porobione...





Pierniki ozdobione...


Sernik upieczony...


Pierogi i uszka ulepione...


Zatem już czas, aby trzeci już rok z rzędu  na blogu złożyć Wam wszystkim świąteczne życzenia...


czwartek, 20 grudnia 2012

Frywolna, czy zdolna?


Jeśli na blogu nic się nie dzieje oznacza to, że dużo dzieje się w realu...

Po tej całej paranoi opisywanej w kilku poprzednich wpisach, związanej z numerkiem w Agencji, nastał czas względnego spokoju psychicznego. Emocje się wyciszyły i zapanowała sielanka. W poniedziałek  (dzień przed końcem terminu) udało się złożyć wniosek o dofinansowanie projektu i w tej chwili już od nas nic w tej kwestii nie zależy. Czekamy na decyzję z LGD. Może być trudno, bo w tym naborze było bardzo dużo wniosków.

Fakt, że miałam ostatnio na uczelni zajęcia tydzień po tygodniu spowodował dziwne zawinięcie się czasoprzestrzeni. Jak wróciłam z ostatniego zjazdu okazało się, że zostało zaledwie kilka dni do Świąt, a ja w ciągle jestem w lesie. Święta spędzamy sami, niemniej jednak bardzo lubimy tworzyć dla siebie świąteczny i miły nastrój.


Upiekłam zatem całe pudło pierniczków, które czekają jeszcze na ozdobienie lukrem. Nie wiem, czy zdążą zmięknąć do Świąt. Pożremy je niezależnie od stanu skupienia, nawet w postaci twardzieli :-)
Lepienie pierogów i uszek do barszczu wciąż jeszcze jest przede mną.

W ostatni weekend wyjechałam ledwo wydostając się spod śniegu...




 ...a jak wróciłam zastałam brzydką jesień.


Pobyt we Wrocławiu wykorzystuję na uzupełnienie swoich zasobów, przede wszystkim tych związanych z hobby. Mam taką ulubioną pasmanterię, gdzie można dostać cały asortyment kordonków Aida do frywolitki. Zrobiłam sobie zapas: 


W pasmanterii rozbawił mnie sprzedawca:
-Bo wie pani, jak kiedyś ktoś pytał się o frywolitkę, to ja myślałem, że ma na myśli frywolną kobietę...
-Ależ jedno drugiego przecież nie wyklucza!- nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła czegoś takiego :-)
-Tak... -zamyślił się sprzedawca. -Frywolna i jednocześnie zdolna...

Z tych cudnych nitek dziergam sobie to i owo. Tym razem postawiłam sobie wysoką poprzeczkę. Postanowiłam zrobić serwetę.


Jeśli uda mi się ją zrobić w całości, to naprawdę uwierzę, że wystarczy tylko chcieć, aby móc.
Na razie mam tyle:




Od Tofalarii z bloga Opowieści Tofalarii otrzymałam kilka dni temu niesamowity prezent. Jest to stara gazetka z przykładami frywolitek. Jako, że pisana jest w niemieckim gotyku, pierwszy do niej dosiadł się Chłop :-)



Na razie mam wszystkie czółenka zajęte robótkami, ale przy najbliższej okazji coś postaram się z tych wzorów wykorzystać. Gazetka na pewno będzie eksponatem w naszym muzeum, bo przecież tematycznie bardzo pasuje. Mamy też na wystawie przedwojenne czółenko do frywolitki.
Za prezent bardzo dziękujemy, sprawił nam ogromną radość :-*

Jak widzicie, u nas spokojnie i twórczo zrobiło się ostatnimi czasy. Jeśli jednak chcecie nieco dynamiki, sensacji i przygód, zapraszam na Korzystne Zakupy i moją opowieść, jak Max Factor zrobił ze mnie gwiazdę filmu.
:-)

czwartek, 6 grudnia 2012

Numerek w Agencji.


Wczoraj Chłop przyniósł  numer z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dla naszego Muzeum. Natychmiast stał się moim Bohaterem. A było to tak...

W poniedziałek postanowiliśmy uderzyć w miejsce do tej pory nie ruszane, w GUS, aby uzyskać przynajmniej REGON. Wydawało się to być najłatwiejsze. Problem polegał jedynie na tym, że GUS mamy w Jeleniej Górze- 35 km od domu, a od piątku w naszym regionie panuje prawdziwa zima.









 Z tej oto przyczyny ustaliliśmy, że do Jeleniej Góry pojedzie sam Chłop, ponieważ podróż w takich warunkach nie gwarantuje szczęśliwego powrotu do domu. Mając gospodarstwo zagubione w śniegach i zwierzęta pod opieką, trzeba nauczyć się tak działać, by zminimalizować skutki ewentualnych kłopotów.

Telefoniczna rozmowa ze znudzoną urzędniczką w GUS-ie dawała  wiele nadziei na sukces:
-Uaaaa... słucham?- rozległo się w słuchawce najpierw głębokie ziewnięcie, a potem pojawił się jakby przebłysk zainteresowania- A to powstało, jakieś nowe muzeummmm...?

Na miejscu nie było już tak łatwo. Pani urzędniczka upierała się bowiem, aby nas zarejestrować jako spółkę cywilną, bo oczywiście nigdy nie spotkała się z takim przypadkiem, jak prywatne muzeum.

I tutaj chciałam serdecznie podziękować właścicielowi prywatnego Muzeum Oręża i Techniki Użytkowej w Kobyłce za spontaniczną i bezinteresowną pomoc polegającą na przesłaniu nam wszystkich swoich dokumentów związanych z prywatnym muzeum. Dzięki temu, że Chłop podstawił pod nos pani urzędniczce zaświadczenie o numerze identyfikacyjnym REGON dla wyżej wymienionego muzeum, nagle okazało się, że wystarczy wpisać odpowiedni numerek w odpowiednie miejsce i zostaliśmy zarejestrowani we właściwy sposób.

Nawet mi się nie chce tego roztrząsać, na kim spoczywa obowiązek orientowania się, w którą rubryczkę należy wpisać jaki numerek, bo najważniejsze że sprawa została załatwiona. Dalej poszło już z górki. Regon Chłop Mój Bohater :-) otrzymał na miejscu i można było spokojnie przedyskutować sprawę NIP-u w skarbówce.

Urzędniczka w skarbówce mając REGON i odpowiednie numerki w odpowiednich rubryczkach łatwiej zorientowała się w sytuacji. NIP Chłop Mój Bohater :-) odebrał we wtorek, upewniwszy się wcześniej, że obowiązują nas najbardziej, jak tylko to możliwe, uproszczone księgi rachunkowe. Za późno było by jechać do terenowego oddziału ARiMR po wymarzony i najpotrzebniejszy numerek, zatem Mój Bohater odłożył sobie sprawę numerka z Panienką z Agencji  na środę.

-To nie jest żadna Agencja! Agencja, to jest w mieście. Tutaj, na tym zadupiu, to jest najzwyklejszy, ordynarny burdel! – rzekł Chłop Mój Bohater, kiedy oznajmiłam, że dzwoniła do niego w sprawie numerka Panienka z Agencji akurat w czasie, gdy załatwiał w skarbówce NIP.- A czego chciała?
-Nie wiem, nie chciała ze mną rozmawiać. Ciekawe, dlaczego...? :-)

Na miejscu w ARiMR, w obecności naczelnika, okazało się, że ŻADEN numer konta nie jest potrzebny do rejestracji (na tydzień przed planowaną wypłatą środków należy go podać), a potrzebny jest jedynie REGON. Gdybym tam była, na pewno by mnie trafił szlag na miejscu.
Panienka z Agencji usiłowała wprawdzie jeszcze wyegzekwować od Chłopa pełnomocnictwo w sprawie reprezentowania Muzeum i w jej blond głowie nie mogło się pomieścić, iż musiałby sobie Chłop sam to pełnomocnictwo wystawić. 
Panienka z Agencji, mimo, że namieszała w sposób niewyobrażalny i spowodowała totalny chaos w naszym życiu przez blisko tydzień, była wciąż: nieuprzejma, obrażona i burkliwa. Naprawdę, powinna zmienić rodzaj Agencji, w której pracuje, bo wyraźnie ta praca nie daje jej satysfakcji :-)
Ale w Agencji mamy już wreszcie swój numer i to jest najważniejsze.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni!
Przy okazji dowiedzieliśmy się z przepisów, że muzea mogą prowadzić każdą działalność przeznaczając środki na cele statutowe. Dochody są zwolnione od podatku, właścicieli nie obejmuje obowiązek innego niż do tej pory ubezpieczenia. Mogę zatem spokojnie bez obaw o to, że zawinie mnie skarbówka, czy ZUS, sprzedawać rękodzieło, organizować warsztaty i przeznaczać dochody na renowację zabytków, ponieważ robi to muzeum, jako instytucja, a nie ja, jako osoba fizyczna.
Wracamy zatem wkrótce na jarmarki.
Dziękuję wszystkim tym, którzy trzymali za nas kciuki i którzy nie uwierzyli, że się poddam! :-)

Dziś Mikołajki. Być może niektórzy pamiętają, że do tego dnia czekał na mnie prezent przesłany przez czytelnika.


Jak się domyślam, jest to szablon drukarski. Będę potrzebowała jeszcze kilku informacji, aby trafił do naszej muzealnej gablotki. Czytelnikowi -Andrzejowi K- przesyłam ogromne podziękowania.

sobota, 1 grudnia 2012

Panienka z Agencji.

Obiecałam panience z naszego terenowego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, że upublicznię sposób, w jaki urząd obsługuje swoich klientów, ale zanim napiszę o wczorajszych próbach zdziałania czegokolwiek, odpowiem tutaj na Wasze uwagi w komentarzach pod poprzednim wpisem.

Nie możemy posłużyć się numerem producenta rolnego, przypisanego do gospodarstwa. Może się nim posługiwać jedynie osoba fizyczna, czyli Chłop oraz ja.  Jednostka  organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej, ale mającą zdolność prawną (jakkolwiek głupio to nie brzmi) starając się o dofinansowanie z PROW, musi mieć nadany osobny numer.

Poprzedni wniosek składaliśmy na osobę Chłopa, ale pozmieniały się przepisy. Drastycznie ograniczono zakres działania osobom fizycznym. Osoba fizyczna może się jedynie ubiegać o dofinansowanie na cele promocji i organizacji lokalnej twórczości kulturalnej, aktywnego trybu życia lub kultywowanie miejscowych tradycji, obrzędów, zwyczajów, języka, zawodów i rzemiosła.
Naszym natomiast zamiarem jest cel: promocja lokalnego dziedzictwa kulturowego i historycznego.  Wchodzi to całkowicie w zakres działania naszego Muzeum oraz łączy się z kierunkiem moich studiów.  Osoby fizyczne nie mogą się ubiegać o dotacje dotyczące tego celu, instytucje jak najbardziej. Dodam jeszcze, że gdyby dziś przyszło nam składać wniosek o remont Muzeum, również musielibyśmy zrobić to, jako instytucja.
Początkowo myślałam, że uda mi się jakoś przeredagować wniosek i dociągnąć go do tych ograniczonych celów, ale naprawdę wiele straciłby na swojej wartości i punktacji. Mijałby się też z moimi celami związanymi z pracą i publikacją spraw dotyczących naszego Muzeum.

To jest naprawdę frustrujące. Wczoraj byłam wściekła i nie chciałam pisać złośliwych emocjonalnych tekstów, dziś czuję, że chyba pierwszy raz w życiu poddam się, bo system mnie pokonał.

W czwartek wieczorem, po naszych pierwszych dwóch wizytach w oddziale ARiMR (a nawet w trzech wliczając to oddział nie nasz) nie dowiedzieliśmy się niczego, czym moglibyśmy się pokierować załatwiając ten numer. W czwartek byłam wyrozumiała, wszyscy byli mili, wszyscy radośnie i rozkosznie odpowiadali, że nie mają pojęcia, jak system to przyjmie, czy możemy nie mieć NIP i/lub REGON. Jedyną pewną sprawą, jaka się wydawała i przy której panienka z Agencji się stanowczo upierała, to była konieczność posiadania „firmowego” na Muzeum konta. Skupiliśmy się zatem na tym problemie tracąc czas i zawracając głowę sympatycznemu pracownikowi banku BZ WBK, czy możemy mieć konto „firmowe” bez NIP-u i/lub REGON-u i czy potraktują nas jako organizację „non-profit”. 
I w ten czwartek wieczorem Chłop wyszperał w jakichś głębokich czeluściach internetu instrukcję wypełniania wniosku o nadanie numeru z ARiMR. Instrukcję, którą owa panienka z Agencji powinna albo była przeczytać ze zrozumieniem, albo udostępnić nam do wypełnienia tego wniosku. W instrukcji stało jak byk, że należy podać numer konta należącego do wnioskodawcy, pełnomocnika lub reprezentanta. 
Ręce nam opadły. Chłop rzekł, że on to wszystko pierdoli i idzie spać. Ja się zagotowałam, o śnie nie było już mowy i wysmarowałam to, co przeczytaliście sobie wczoraj.

W piątek rano podreptaliśmy radośnie do naszego banku założyć sobie subkonto zgodne z ustalonym przez nas i ministerstwo regulaminem. Dziś sobie przypominam, że mocno negocjowaliśmy z ministerstwem ten punkt domyślając się, że w konto imienne na Muzeum będzie trzeba inwestować. 
To nie jest tak, że ja nie wierzę w darowizny. Ja po prostu chcę, aby ktoś wpłacając na konto Muzeum jakieś kwoty miał pewność, że nie pójdą one na prowadzenie rachunku, a rzeczywiście na renowację jakiegoś zabytku. Poza tym, do licha ciężkiego, nie prowadzę działalności dochodowej i nie chciałabym jeszcze do interesu dopłacać, skoro nie muszę.
Założyliśmy bez problemu subkonto i wyruszyliśmy poprzez śniegi do naszego oddziału ARiMR. Dodam, że mamy do pokonania 15 km w jedna stronę.
-No widzisz-rzekł optymistycznie Chłop- Wszystko już teraz powoli się układa.
-Nie, moim zdaniem nic się nie układa.
-Mamy przecież instrukcję i pokażemy panience palcem ten punkt. Z dokumentami się nie dyskutuje.
-Zakręceni kontem bankowym, zapomnieliśmy sprawdzić w instrukcji, czy obowiązuje nas NIP i/lub REGON.

Kiedy panienka z agencji nas ujrzała, zrobiła marsową minę i nawet nie odpowiedziała na „dzień dobry”.
-I co, wyjaśniła się sprawa z kontem?- zapytałam „słodko”.
-Nie, a co się miało wyjaśnić? –odburknęła, a ja już wiedziałam, że awantura będzie tylko kwestią czasu.
-A bo nam się wyjaśniło- rzekłam pokazując palcem i czytając na głos punkt w instrukcji.
Pannę zatkało.
-Czy mogłaby pani wprowadzić teraz konto w system i sprawdzić, czy przyjmie nas bez NIP-u lub/i REGON-u.
-Nie, ja niczego nie będę wprowadzać.
-Ale dlaczego?- zdziwiłam się. –Wczoraj była pani gotowa to zrobić przy nas i rozchodziło się jedynie o problem konta.
-Nie, ja tego nie zrobię!
-Dlaczego?
-Rozmawiałam z naczelnikiem i on to musi zatwierdzić, ja niczego nie mogę sama zrobić. Wasze muzeum jest w organizacji i dlatego odmówiono wam nadania NIP-u, bo wy nie istniejecie.

Kurwa…

Najpierw w miarę spokojnie wytłumaczyłam panience, że nie składaliśmy jeszcze wniosku o nadanie NIP-u, ponieważ od niej próbujemy się od wczoraj dowiedzieć, czy ten NIP jest nam potrzebny do czegokolwiek związanego z numerem ARiMR lub/i składaniem wniosku o dofinansowanie projektu z PROW, bo nam do naszej działalności nie jest potrzebny. Nie będziemy go zakładać tak sobie, dla rozrywki. Uzyskanie od nich tej informacji jest dla nas absolutnie kluczowe i właśnie ten urząd jest zobowiązany do udzielenia nam tej informacji.
Potem długo i już niezbyt spokojnie, bo jestem bardzo uczulona na temat, czy my istniejemy, czy nie,  mówiłam o umiejętnościach urzędników czytania ze zrozumieniem, umiejętnościach posługiwania się przepisami oraz jej osobistej obsłudze petenta. Wtedy właśnie obiecałam jej, że sprawę upublicznię, podam do prasy, a to, czy nie pójdzie oficjalna skarga na poziom pracy oddziału  do „góry” zależeć będzie tylko i wyłącznie od naszej rozmowy z naczelnikiem. Naczelnika nie dopadłam, bo był na urlopie. Z naczelnikiem, ani z nikim innym w tym urzędzie, rozmawiać już nie będę, ponieważ musiałabym wziąć ze sobą cep. Z naczelnikiem porozmawia sobie Chłop.

Po wyjściu z ARiMR-u podeszliśmy do Urzędu Skarbowego zapytać o nadanie NIP-u. Oczywiście, nie ma sprawy, skarbówka zawsze jest chętna do rejestracji nowego petenta. Wprawdzie najpierw powinniśmy mieć REGON (ja pierniczę!), ale bez tego też nas zarejestrują.
Ze skarbówką nie mieliśmy nigdy do czynienia, zatem nie rozumieliśmy rubryczek. Pani mówiła coś o jakichś citach, pitach i książkach rachunkowych, nie pojmując specyfiki naszej absolutnie niedochodowej Instytucji. Zabraliśmy papierki do domu, aby zorientować się, jakie konsekwencje wiążą się z nadaniem NIP-u, czy nas ZUS nie dopadnie, o co chodzi z tymi księgami rachunkowymi?

-Wiesz, to chyba będzie trudniejsze niż prowadzenie działalności gospodarczej- rzekł wieczorem Chłop, który kilka godzin spędził w necie szukając informacji na temat rachunkowości muzeów.
-Dlaczego?
-Bo jak mamy zarządzać czymś, czego nie ma?

Na granicy zdrowego rozsądku i absurdu, pojawiają się urzędnicze abstrakcje.

Nie wiem. Po prostu nie wiem, jak prowadzić księgi rachunkowe dla instytucji, która nie ma dochodów, nie prowadzi działalności gospodarczej,  jej majątek jest całkowicie prywatnym majątkiem Założycieli i jest tylko i wyłącznie utrzymywana z ich środków?
A żeby było ciekawie, w instrukcji nadawania numeru ARiMR stoi, jak byk, że NIP jest obowiązkowy
I znowu jesteśmy w czarnej dupie…


P.S. Być może przed chwilą Chłop znalazł wyjście z sytuacji.
Art. 12, ust.1.1 Ustawy o rachunkowości mówi: Księgi rachunkowe otwiera się na dzień rozpoczęcia działalności, którym jest dzień pierwszego zdarzenia wywołującego skutki o charakterze majątkowym lub finansowym.

W razie kontroli skarbówki ksiąg rachunkowych, powiemy im, że nasze Muzeum jest dopiero w organizacji i jeszcze nie istniejemy...
:-D

piątek, 30 listopada 2012

Muzealny matrix.


Sytuację, w jakiej tkwię od wczoraj, można z czystym sumieniem nazwać „czarną dupą” systemu. Wpadliśmy w jakiś koszmarny dół i nie widzimy na razie światełka w tunelu. 

A było to tak...
Zachciało mi się złożyć kolejny wniosek na dofinansowanie pewnego projektu z PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich) związanego z naszym Muzeum. Nie będę pisała, jaki to projekt, bo po pierwsze jest innowacyjny i nie chcę, aby ktoś mi ukradł pomysł (innowacyjne projekty są wyżej punktowane), a po drugie na razie blado widzę samą możliwość złożenia wniosku. Na szczęście mam trochę jeszcze czasu i naprawdę liczę na to, że jakoś z tego wszystkiego wybrniemy. Po trzecie, nie mam oczywiście żadnej pewności, czy wniosek przejdzie, zatem póki nie zostanie pozytywnie zweryfikowany, przynajmniej przez LGD, nie zamierzam rozgłaszać swoich planów.

Przy konsultacjach w LGD okazało się, że zmieniły się przepisy i wniosek na nasz projekt nie możemy złożyć, jako osoba fizyczna, czyli Chłop, tylko jako instytucja Muzeum. To nawet lepiej, pomyślałam sobie, bo to podniesie prestiż zarówno naszego Muzeum, jak i doda powagi projektowi. Wniosek napisaliśmy, wyszła sprawa jednego drobiazgu- numeru producenta rolnego. Myśleliśmy, że skoro Muzeum jest prywatne, możemy przenieść prywatny numer na prywatną instytucję. Chłopa jednak tknęło przeczucie i zażyczył sobie pokazania palcem punktu, który o tym mówi. I tu się okazało, że nie. Muzeum musi mieć własny numer producenta rolnego, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. 
-Z tym nie ma żadnego problemu- rzekła miła dziewczyna z LGD. -Dostaniecie go od ręki.  
Jakoś w to nie uwierzyłam i miałam niestety rację. Podreptaliśmy zatem do oddziału ARiMR (Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa) zapytać o nadanie numeru producenta rolnego dla Muzeum. I się zaczęło...

Muzeum nasze jest jednostką organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, ale mającą zdolność prawną i procesową. Jest to sformułowanie, nad którym łamią sobie głowy „ojcowie prawa”. Naszą zdolność procesową wykazaliśmy już dwukrotnie. Raz wygrywając sprawę w Sądzie Administracyjnym o nałożenie na dolnośląski urząd WKZ (Wojewódzki Konserwator Zabytków) grzywnę za olewanie naszego wniosku, drugi raz (i jest to informacja świeżutka, jak poranne bułeczki) również wygrywając w tym samym Sądzie sprawę o wydanie nam przez dolnośląski urząd WKZ dokumentacji związanej z zabytkami archeologicznymi z terenu Pogórza Izerskiego. Wyrok został wydany w tę środę -28 listopada. Przynajmniej teraz nikt już nie będzie miał wątpliwości, czy nasze Muzeum istnieje, czy nie. Skoro instytucja wygrywa sprawy w sądzie, to chyba istnieje, chociaż po dzisiejszym dniu (a raczej wczorajszym, sądząc po porze) niczego już nie jestem pewna.

Pani w oddziale terenowym ARiMR, jednym i drugim, bo po drodze nam było do nie naszego, oczywiście pierwszy raz spotkała się z takim tworem, w dodatku z Muzeum. Dowiedziawszy się, że nie posiadamy ani NIP-u, ani REGON-u, bo na kij nam to, skoro nie prowadzimy działalności gospodarczej i nie pobieramy żadnych opłat za wstępy, słusznie zauważyła, że musimy mieć wyodrębnione konto, aby ten numer dla Muzeum uzyskać. Tak, mamy ten wymóg w regulaminie i powinniśmy byli już to wreszcie załatwić. Podreptaliśmy zatem do swojego oddziału banku BGŻ, żeby nam założyli subkonto na Muzeum. W banku sympatyczny pan i sympatyczna pani powiedzieli nam, że subkonta na Muzeum nam nie założą, subkonto może być jedynie na osobę prywatną, posiadacza konta. Fajnie, tylko w jaki sposób odróżnić oba konta od siebie? Jaką w takim razie będzie miał pewność ktoś, kto wpłaca datek na Muzeum, a wypisuje przelew na osobę prywatną, że kwota zostanie rzeczywiście przeznaczona na renowację zabytków? Pani zaproponowała nam konto firmowe, czyli z pełną opłatą za jego prowadzenie, ale i tak nam nie chciała go założyć, bo nie mamy NIP-u lub/i REGON-u. Poprosiła o kopie regulaminów (ministerialnego i wewnętrznego), obiecała, że się jeszcze popyta, zorientuje, bo nigdy nie mieli takiego przypadku. 
Ja pierdzielę! No dobrze, skoro tak...

Rankiem dzisiejszego dnia znaleźliśmy się w Lubaniu w Urzędzie Skarbowym mieszczącym się w pięknym  zabytkowym budynku „Dom Pod Okrętem”. O zabytkach będę opowiadać kiedy indziej, w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody. Kiedy w okienku przedstawiliśmy naszą sprawę, zrobił się mały popłoch i gdzieś z dalszych czeluści została wezwana kolejna miła pani. Zapoznawszy się z tematem rzekła, że nigdy nie miała do czynienia z taką sprawą, zadzwoniła gdzieś „wyżej”.  Jaką uzyskała poradę, nie wiadomo. Rzekła, że nie potrzebujemy NIP-u, skoro nie będziemy występować o REGON. „Ale nam nie chcą zarejestrować konta w banku bez NIP-u!”. „Bzdura”- rzekła miła pani, zrobiła kopię regulaminu podpisanego przez Ministra i jakoś tak się złożyło, że pełni wątpliwości wyszliśmy ze Skarbówki nie wiedząc, czy NIP jest nam potrzebny, czy nie.

Kolejnym urzędem był nasz terenowy oddział ARiMR, gdzie już nieco zrozpaczeni udaliśmy się w celu nadania dla Muzeum numeru producenta rolnego. Sympatyczna pani, po zreferowaniu sprawy, oczywiście rzekła, że nigdy się z takim przypadkiem nie spotkała i musi porozumieć się z organem nadrzędnym we Wrocławiu. Zrobiła kopię regulaminu, odmówiła nadania numeru bez posiadania konta bankowego na instytucję. Jak rzekła, system jej nie przyjmie konta imiennego, musimy mieć konto z nazwą Muzeum. Właśnie w tym momencie wyczułam, że znaleźliśmy się w owej „czarnej dupie” systemu.

Udaliśmy się zatem do banku WBK. Bardzo lubię ten bank i ten oddział w Lubaniu. Długi czas mieliśmy tam konta, póki Chłop nie uparł się, że BGŻ ma na miejscu i jest mu wygodniej z niego korzystać. Sympatyczny pan oczywiście rzekł, że nigdy nie spotkał się z takim przypadkiem, ale był gotów założyć nam konto firmowe bez żadnego NIP-u czy REGON-u, jedynie na podstawie regulaminu uzgodnionego z Ministrem. Jednak nie bardzo chcieliśmy opłacać konto, które przecież będzie puste, bo nie wierzę w żadne darowizny. Sympatyczny człowiek zrobił sobie kopię regulaminu w celu konsultacji z radcą prawnym, czy może nas podciągnąć pod organizację non-profit, co i tak nas nie urządzało, bo puste konto będzie i tak pełnopłatne. Zwrócił nam słusznie uwagę, że w regulaminie naszym stoi, iż nie musimy mieć konta z nazwą Muzeum, a jedynie ma być to wyodrębnione konto Założycieli, czyli jak najbardziej subkonto wchodzi w rachubę. 
Ja pierdzielę... No dobrze, założymy sobie subkonto i spełnimy wymogi określone regulaminem, ale jak przeskoczyć fakt, że w celu nadania numeru w ARiMR wymagane jest konto z nazwą Muzeum?

Z obłędem w oczach, w strugach deszczu wróciliśmy do oddziału ARiMR z prośbą, aby miła pani przy konsultacji z „górą” wzięła pod uwagę ten konkretnie punkt regulaminu, który nie zobowiązuje nas do posiadania wyodrębnionego na Muzeum konta.

Do domu wróciliśmy ze wszystkimi oznakami kołowacizny, nic nie załatwiwszy. Ja w dodatku poczułam narastający ból migrenowy, który nie opuścił mnie do końca dnia. O naszym zagubieniu świadczyło zadane przez Chłopa przy kawie pytanie:
-Ale co my w takim razie potrzebujemy? 
Na szczęście kontrolowałam sytuację.
 -Numer! Potrzebujemy numer z ARiMR, który jest nam niezbędny do wniosku oraz na przyszłość. Pilnie potrzebujemy też konta.

Podczas dnia spływały do nas informacje z odwiedzanych urzędów i instytucji, które miały skontaktować się w naszej sprawie „z górą”. Wszystkie „góry” dotknęła dziwna absencja. Radcy prawnego nie ma do poniedziałku, ten pan, co to niby wie, z wrocławskiego ARiMR-u akurat dziś jest nieobecny... Guzik prawda. Góra pewnie też nie wie, co z tym fantem zrobić, bo sprawa jest nietypowa, a twór dziwny.

Reasumując: Znaleźliśmy się w stanie nieważkości, zaplątani jakimś węzłem gordyjskim- nikt nic nie wie! Jedyną pozytywną rzeczą było to, że wszyscy byli bardzo mili i naprawdę starali się nam pomóc. Jestem z tego powodu wdzięczna, bo przynajmniej do domu dotarłam jedynie skołowaciała i z bólem głowy, ale nie byłam wściekła. Po powiecie, a może i po całym województwie, albo i dalej, bo pewnie „góra” kontaktuje się ze swoją „górą”, krążą teraz kopie naszego regulaminu.

Wychodzi tutaj cała słabość systemu. Ustawodawca umożliwia powstawanie instytucji, które nie są uwzględnione w urzędniczych systemach. I wszyscy się rozkraczają. A ja nawet urżnąć w czarnoziem się nie mogę, bo naćpałam się po uszy apapu na ból głowy.
Jutro, a raczej dzisiaj, czeka nas załatwianie wszystkiego od nowa. Słabo mi się robi, jak o tym myślę i jak widać, cierpię na bezsenność.

Z tego wszystkiego zaczęłam robić dziś frywolitkowy naszyjnik, taki w nieco gotyckim stylu.
Nie wiem jeszcze, co mi z niego ostatecznie wyjdzie...



piątek, 23 listopada 2012

Wzięli mnie na spytki.


Łańcuszek sympatycznej blogowej zabawy, który przy okazji promuje i linkuje nasze wszystkie blogi, dotarł również do mnie. Jestem miło zaskoczona, że dostałam wyróżnienie od aż pięciu osób. Wyróżnienie wiąże się z tym, że trzeba odpowiedzieć na szereg pytań. Siłą rzeczy skumulowały się one dosyć mocno, ale nie tak bardzo, jak mogły, bowiem ostatnie wyróżnienia dotarły już w formie zmodyfikowanych zasad.

Oto osoby i ich blogi, które wyróżniły mnie pośród innych czytanych:


Bardzo Wam wszystkim dziękuję. Świadomość, że gdzieś w świecie są czytelnicy, którzy lubią do mnie zaglądać, nie oceniają mnie i są życzliwi nawet wtedy, kiedy ich poglądy rozjeżdżają się z moimi, nadaje sens temu, co robię w sieci. Wsparcie od ludzi, których nie nazywam już obcymi, ponieważ komunikujemy się ze sobą od wielu miesięcy (z Mirką znamy się nawet osobiście dzięki blogowaniu) pomaga mi przetrwać gorsze dni, jakie każdemu przytrafiają się w życiu.
Odpowiadam zatem...

Pytania od Mirki z bloga Samoyed i ja.

1. Pamiątka z wakacji- znaleziony fajny korzeń, kamień, muszla, czy coś kupionego?
Tak dawno nie byłam na wakacjach, że trudno mi odpowiedzieć. Pewnie bym szukała jakichś fajnych kamieni i korzeni na skalniak, bo szkoda mi pieniędzy na pierdoły.

2. Masz do wyboru… zakup kosmetyku, czy nowy krzaczek do ogrodu?
Kosmetyk. W krzaczkach ogrodowych jestem beznadziejna :-(

3. Jak prezent byś wolała, własnoręcznie zrobiony, czy kupiony?
Każdy!!! :-) Jestem gadżeciarą łasą na prezenty :-)

4.Jesteś sową, czy rannym ptaszkiem?
Z natury sową, z rozsądku i niejako z obowiązku- ranny ptaszek.

5. Wolisz Święta w gronie rodzinnym czy na zorganizowanym wyjeździe?
Nigdy nie spędzałam świąt na zorganizowanym wyjeździe (chyba, że rodzinnym). Chyba jednak wolę spędzać święta w miejscu, gdzie najlepiej się czuję- w swoim domu. Z rodziną lub bez niej.

6. Życzenia wysyłasz pocztą, czy korzystasz z komórki?
Szczerze mówiąc, życzenia przesyłam jedynie mailem, ale zawsze są to stworzone przeze mnie samodzielnie kartki, żadne tam serwisy.

7. Książka czy audiobook?
Książka. Jestem wzrokowcem, nie utrwala mi się w mózgu słowo mówione.

8. Wierzysz, że piątek 13-tego musi być pechowy?
Absolutnie nie! Więcej szczęśliwych momentów przeżywałam w piątki 13-tego, niż pechowych.

9. Masz do wyboru kawałek ulubionego mięska czy ciasta… co wybierasz?
Mięsko zdecydowanie!

10. Chodziłaś na wagary?
Tak, ale rzadko i to po upewnieniu się, że nie będę miała z tego powodu kłopotów. I nie miałam :-)

11. Czy kupując ubrania zwracasz uwagę na kolor, bo będą pasowały do reszty w szafie, czy idziesz za impulsem, bo mi się podoba?
Staram się nie ulegać impulsom na zakupach i wybieram rzeczy w moich ulubionych kolorach i fasonach.

Pytania od Złotego Kota:

1. Książka, jaką ostatnio przeczytałaś?
Czytam zazwyczaj 4 książki na raz. Ostatnia, którą skończyłam to Johnny Depp. Sekretne życie. Przy okazji zapraszam do przeczytania recenzji tej książki mojego autorstwa na Korzystnych Zakupach.

2. Pop, disco, rap, techno, rock czy metal?
Z tych wymienionych tylko klimaty dookoła rocka, czyli rock, punk i metal. Poza tym poezja śpiewana i szanty.

3. Poranny śpioch, czy poranne ADHD?
Mimo wczesnego wstawania- śpioch! Potrzebuję godzinki na rozruch, najlepiej przy lekturze Waszych blogów :-)

4. Tworzę czy odtwarzam?
Niektóre rzeczy tworzę, ale mnóstwo odtwarzam.

5. Co najlepiej pamiętasz z historii?
Wydarzenia wstrząsające, które są miernikiem ludzkiej głupoty, np. krucjatę dziecięcą z 1212 roku, gdzie zginęło z głodu i innych przyczyn wiele tysięcy dzieci (wg niektórych źródeł 40 tysięcy).

6. Romanse, czy morderstwa? Oczywiście w fabule.
Zdecydowanie morderstwa! Uwielbiam kryminały. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać jakiś romans. Jeśli tak, to tylko w celach dydaktycznych. Nie było warto.

7. Kot czy pies?
Golden retriever- a to więcej niż pies :-)

8. Słońce, czy księżyc?
Księżyc.

9. Herkules Poirot, czy Detektyw Monk?
Uwielbiam ich obu! :-)

10. Wakacje z biura, czy z mapą w ręku?
Obecnie każde! Potrzebuję wakacji! Nie byłam kilkanaście lat na wakacjach! Wezmę wszystko, co los da! :-)

11. Jestem… (zdefiniuj siebie w jednym zdaniu).
W jednym zdaniu powiadasz? Ja tu całego bloga od dwóch lat o tym piszę :-)
Jestem… nieprzewidywalna. Czasem nawet sama dla siebie.

Pytania od Sarenzir z bloga Niebieski Domek:

1. Daleka podróż samochodem, czy pociągiem?
Samochodem, tym bardziej, że nie jestem kierowcą. Niech mnie wożą, a co? :-) Ale chętnie przejechałabym się Orient Ekspresem przez całą Azję.

2. Wschód czy Zachód? Co bardziej fascynuje cię podróżniczo?
Fascynuje mnie w tym temacie wszystko. Ale chyba jednak chciałabym bardziej zobaczyć dziki i surowy Wschód.

Na krańcach Europy zachodniej znalazłam się w latach 90-tych.
Bretania z widokiem na Atlantyk, a dalej to już tylko Ameryka :-)

3. Historia czy fantastyka naukowa?
Z tych dwóch historia, a najlepiej fantasy oparte na historycznych wątkach.

4. Lew czy tygrys?
Tygrys zdecydowanie. Jestem urodzona w chińskim roku tygrysa i obawiam się, że rzeczywiście mam większość cech tego znaku. Również negatywnych.

5. Naturoterapia, czy medycyna tradycyjna?
Naturoterapię stosuję, aby poprawić sobie humor i poczuć się dopieszczona. Kiedy jestem naprawdę chora sięgam od razu po środki radykalne- chemię. Wierzę tylko w antybiotyki i sterydy, bo mi nieraz uratowały zdrowie.

6. Kolacja w klimatycznej knajpce czy grill w ogródku?
Odnajdę się w obu tych miejscach. To zależy od humoru i oczywiście od towarzystwa.

7. Filharmonia i koncert ulubionego kompozytora, czy koncert na stadionie ulubionego zespołu?
Koncert na stadionie!!! W filharmonii usypiałam. Mimo sporego umuzykalnienia wszelkie próby ukulturalnienia się i polubienia jakiegokolwiek kompozytora się nie powiodły.

8. Feeria barw czy stonowana kolorystycznie kompozycja?
Pewnie zależy do czego. Lubię żywe, konkretne barwy. Na mocne wyraziste kolory maluję ściany w domu, ale nie ubrałabym się kolorowo jak papuga.

9. Terenówka, czy auto sportowe?
Terenówka! Jeśli się kiedyś takiej dochrapię, obiecuję publicznie, że zrobię w końcu prawo jazdy.

10. Urlop w kurorcie, czy wycieczka objazdowa?
Objazdówka! Nie usiedzę długo na tyłku i mam poczucie, że muszę zobaczyć na wyjeździe jak najwięcej.

11. Bardziej perfekcyjna pani domu, czy bałaganiara?
Tutaj trzymam równowagę i balansuję raz w jedną, raz w drugą stronę. Mam czasem poczucie, że nie ogarniam rzeczywistości domowej, ale moi znajomi twierdzą, że to najbardziej czysty i zadbany dom, jaki znają. Jednak do perfekcyjnej pani domu daleko mi jak z Ziemi do innej galaktyki.


Chłopaki- Refael i Admin R-O wykazali się wielką praktycznością zadając mi jedynie dwa pytania, w dodatku oba takie same. Zarówno ja, jak i moi czytelnicy, jeśli jacyś do końca dotrwali, są Wam niewątpliwie wdzięczni :-)

1. Dlaczego prowadzisz bloga?
Potrzebowałam miejsca, gdzie mogłabym wyrazić siebie i skonfrontować swoje postrzeganie świata z poglądami i doświadczeniami innych. Blog zaspokaja moją potrzebę życia społecznego oraz dostarcza mi intelektualnej rozrywki, której bardzo brakuje, kiedy żyje się w izolacji i otoczeniu nie ze „swojej bajki”.

2. Co zmieniłbyś w Polsce/Europie?
Wprowadziłabym w Polsce zapis o personalnej odpowiedzialności finansowej urzędników. Los nas wszystkich zależy od urzędniczych decyzji, a te są w wielu przypadkach bublami. Niektórzy urzędnicy nie tylko nie znają prawa, ale również nie potrafią posługiwać się przepisami nie posiadając umiejętności czytania ze zrozumieniem. Gdyby byli finansowo odpowiedzialni za to, pod czym się podpisują, bardzo szybko podniósłby się poziom pracy w urzędach.

Teraz być może wyjdę na osobę niewdzięczną nie przekazując łańcuszka dalej, ale po odpowiedzi na tyle pytań, nie jestem w stanie wymyślić swoich. Rozsądek podpowiada mi, że ktoś musi wygaszać tego typu zabawy, aby nie skumulowały się i nie zatkały całego blogowego świata :-)

Jeszcze raz dziękuję nie tylko osobom, które mnie nominowały, ale wszystkim czytelnikom, którzy poświęcili swój czas i dotrwali do końca :-)

czwartek, 15 listopada 2012

Skarby z giełdy.

Czas pędzi z zawrotną szybkością i ostatnio u nas tak wiele się dzieje, że dopiero teraz jestem w stanie pochwalić się tym, co udało nam się zdobyć na organizowanej co rok pod koniec września, jeleniogórskiej giełdzie staroci.

Dawno przestałam polować na giełdzie na okazje. To już impreza typowo komercyjna. Ceny zazwyczaj są tak wysokie za byle graty, że nawet nie chce mi się podejmować prób nabycia jakichkolwiek przedmiotów. Prócz nacieszenia oczu tysiącami pierdółek wystawianych na stoiskach, grzebiemy w książkach. Ja poluję na bardzo niszowe, specjalistyczne, a przez to kosztujące grosze książki związane z rękodziełem (szukam między innymi przedwojennych wzorów frywolitek), tudzież moimi ulubionymi epokami w historii i literaturze, Chłop-biegły w niemieckim gotyku- buszuje w poszukiwaniu jakichś ciekawych publikacji po Niemcach.


Z tej giełdy wróciliśmy bardzo zadowoleni. Nie dosyć, że nasze Muzeum wzbogaciło się o specyficzne dla naszego rejonu stare guziki, to jeszcze udało się nabyć prawdziwe skarby, których próżno szukać w zasobach internetowych i na rynku: Aus dem Sagenborn des Riesen-u. Jsergebirges autorstwa Agnes Siebelt, 1926 rok (koszt 5 zł!) oraz Sudeten Flora M. Winklera z 1900 roku, która kosztowała całe… 10 zł, bo...  ma obrazki :-)




Matko Boska Tuskulańska! Co to w ogóle za kryterium wyceny- bo ma obrazki? Legendy z Gór Izerskich też mają obrazki, ale jakoś nie zależało mi na tym, aby zwrócić na to uwagę sprzedawcy.


Książeczka z legendami i opowieściami z najbliższej okolicy jest wprost bezcenna. Odkrywamy bowiem historie, które odeszły wraz z ludźmi osiadłymi na tych terenach od wielu wieków. Poprosiłam Chłopa, aby przetłumaczył na początek ze dwie krótkie opowiastki.

Zdradzę Wam jedno z wielu dziwactw Chłopa. Nie przyjmuje on do wiadomości istnienia słowników komputerowych, ani nawet książkowych współczesnych. Z uporem maniaka korzysta ze słownika z 1919 roku (oczywiście w niemieckim gotyku). W tym wypadku słownik ten był jak najbardziej na miejscu.





Znaleźliśmy jedną ciekawą opowieść o nocnym łowcy ze Świecia koło Leśnej.

Otóż przy drodze z Leśnej do Świecia znajduje się tak zwany Czarny Staw (obecnie można znaleźć tu i ówdzie ślady po stawach). Legenda głosi, że ci, którzy nocą się tam zapuszczą, mogą spotkać się z niemiłą przygodą, jaką zgotuje im pewien nocny łowca. 
Pewien rolnik kupił w Świeciu krowę. Niestety, tak zagadał się w gospodzie, że zastała go noc. Kiedy po ciemku wracał do domu, ujrzał nocnego łowcę. Natychmiast też otoczyła go sfora około dwudziestu psów. Psy tak ujadały i dzwoniły zawieszonymi na szyjach dzwonkami, że rolnik ogłuchł i oślepł od tych hałasów. Koniec historii.

Cóż… nie od dziś wiadomo, że alkohol szkodzi. Ten w gospodzie w Świeciu musiał być podłego gatunku, skoro i zwidy i głuchota i ślepota człeka dopadła. 
W pijaństwie nie ma nic romantycznego i niezwykłego, poszukałam zatem innej legendy, której śladem podążyliśmy w dniu wczorajszym.

Na zachodnim końcu wsi Milęcice (Geppersdorf), niedaleko Lubomierza, znajduje się owalne wzniesienie otoczone fosą i stromymi stokami. To miejsce nazywane jest Mnisi Wał. Tak naprawdę, jest to osada z czasów słowiańskich lub tzw. gródek stożkowy (wieża rycerska).  Według starej miejscowej legendy znajdował się w tym miejscu klasztor. Pewnego dnia grząski grunt się pod nim zapadł pochłaniając zabudowania wraz z duchownymi. W niektóre noce, a szczególnie w noc sylwestrową, można w okolicy usłyszeć bicie dzwonów i śpiew chóru dobiegający ze wzgórza.

Po przeczytaniu tej krótkiej historyjki naszła nas ochota odszukać to miejsce. Na polskich mapach go nie znajdziecie. Wprawdzie figuruje ono w rejestrze zabytków, ale są to informacje z niezrozumiałych powodów otoczone tajemnicą przez konserwatora. Niemieckie mapy pozwalają jednak odszukać te zapomniane obiekty i przywrócić do życia świadomość o nich.


Mnisi wał to rzeczywiście niesamowite miejsce. Jeszcze dziś widać tam wyraźne, wysokie wały oraz podmokłe obniżenie, które niegdyś było fosą. Był to obiekt obronny położony strategicznie, który pozwalał na obserwację całej okolicy. Majdan jest niewielki, nie mogło to być grodzisko w całym tego słowa znaczeniu. Była to raczej jedna budowla, ale czy sakralna, czy cywilna- trudno powiedzieć nie mając dostępu do wyników badań. Miejsce to zostało na pewno badane metodami archeologicznymi (są ślady wykopalisk), ale nie wiemy kiedy i jaki był rezultat badań. Te wszystkie informacje leżą w przepastnych magazynach konserwatora zabytków, który niczym mityczny cerber pilnuje, by ta tajemnica nie przedostała się na zewnątrz.






Starożytne ceramiczne naczynie znalezione na gródku :-)

Wczoraj pojechaliśmy do Wrocławia w sprawie złożonej przez nasze Muzeum skargi na urząd Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, który odmawia nam udostępnienia kart ewidencyjnych zabytków z naszej okolicy. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w rozprawie sądowej. Byliśmy bardzo ciekawi oprawy i tego, jak nasza sprawa zostanie potraktowana. Niestety, nie zjawił się nikt ze strony WKZ-u, a bardzo chcieliśmy usłyszeć powody odmowy udostępnienia nam informacji potrzebnych do działań statutowych naszego Muzeum. Mowę zatem w imieniu Muzeum wygłosił jego dyrektor, czyli Chłop :-) Skład sędziowski podjął decyzję o ogłoszeniu wyroku za dwa tygodnie, ponieważ, jak stwierdził, sprawa jest nietypowa.

8 listopada 2012 roku, z naszego wniosku, za skandaliczne traktowanie naszej sprawy (nieodpowiadanie na pisma, nieprzesyłanie dokumentów do Sądu Administracyjnego), Dolnośląski Konserwator Zabytków został ukarany przez Wojewódzki Sąd Administracyjny grzywną.

Jeśli uda się nam wyciągnąć dokumentację od konserwatora, która dla nas jest ewidentnie informacją publiczną, a więc dostęp do niej powinien mieć każdy, będę mogła więcej opowiedzieć Wam o ciekawych miejscach w naszej okolicy w oparciu o stare przekazy i legendy oraz nowsze badania archeologiczne.
************
Wyjeżdżam na kilka dni na studia, zatem na ewentualne komentarze będę mogła odpowiedzieć dopiero w poniedziałek. Ale żeby nie było za wesoło, sympatyków WKZ-u uprzedzam, że na straży poprawności wypowiedzi będzie czuwać sam Chłop, który jest wielce na tym punkcie drażliwy :-)

wtorek, 6 listopada 2012

Mam wreszcie warunki!


Żyjąc przy rodzicach we wrocławskim mieszkaniu o wielkości 46 metrów kwadratowych  (włączając w to balkon), miałam naprawdę mało miejsca. Tak było go niewiele, że do mojego pokoju nie dało się już wstawić biurka. Przez szkolne lata za stół do pisania służył mi blat barku. Po jego otwarciu ukazywały się książki i zeszyty, czyli wszystko co uczennicy i studentce potrzebne jest do edukacji. 
Ale moi drodzy, czasy się zmieniły! Kiedy podczas weekendowego pobytu u rodziców otworzyłam swój dawny barek celem uporządkowania notatek z pierwszych zajęć, oczom moim ukazał się taki widok.



Spójrzcie, jakie mam teraz warunki do nauki!

Najbardziej zaintrygowała mnie pewna rzecz na pierwszym planie, która wyglądała jak słoik z moczem. Cóż, rodzice są już w podeszłym wieku, należy spodziewać się pewnych tego typu znalezisk.

Otóż nie! Dyskretny wywiad wykazał, że jest to święte wino, w którym kąpała się Matka Boska Gidelska. Od razu na wstępie usłyszałam, że nie jestem godna, aby go spróbować i szczerze mówiąc odetchnęłam z wielką ulgą nie mogąc się pozbyć wizji moczu. Spodziewałam się, że może zostanę przymuszona, aby to spożyć, by wygonić diabła spod mojej skóry. Uspokoiwszy się, że nie zostanę podstępnie napojona, zażyczyłam sobie uszczegółowienia tematu. Rzecz przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Otóż pewnego dnia moja matka pojechała z własną flaszką do niejakich Gidel koło Częstochowy, gdzie, jak podejrzewam za solidną opłatą, zanurzono w owym winie wykopaną niegdyś na polu figurkę Matki Boskiej. Akurat wróciłam z wykładu z prawa dotyczącego ochrony zabytków i zwęszyłam niezły kryminał. Na szczęście dziś sprawdziłam, że rzecz dotyczy wieku XVI, a sądząc po stanie zachowania figurki, niewiele opowieść o oraczu ma wspólnego z rzeczywistością. Jak widać i emeryci potrafią się świetnie zabawiać :-)

 święta figurka kąpana w winie

Któraś z tych wiśnióweczek, bądź promieniująca aura świętego wina, którego niegodna byłam spróbować,  mocno mi zaszkodziła, ponieważ wróciłam do domu w kiepskim stanie. Leżąc i jęcząc, przeżywając sensacje żołądkowe odczytałam list (prawdziwy list, taki na papierze, ręcznie pisany!) od pewnego czytelnika, w którym na końcu stało:
„...Zapomniałem napisać o Twoim największym skarbie. Jest to oczywiście Twój Chłop. Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy w podzięce za męża...”

No żesz kurza blada twarz! Leżę, cierpię, jedną ręką głaszczę stęsknione psy, w drugiej trzymam list, podświadomie układam menu na kolację dla równie, jak psy  stęsknionego Chłopa, choć nie wiem, czy dam radę w ogóle wstać z łóżka! 
Dlaczego? Dlaczegóż to, do licha ciężkiego, Chłop nigdy nie dostał listu, gdzie byłoby napisane, że w podzięce za taką babę powinien co tydzień zlizywać księdzu piankę z kolan?

P.S. Drogi czytelniku. Dziękuję za list i intrygujący prezent na którym napisano: otworzyć po Mikołajkach. Odezwę się zatem do Ciebie po Mikołajkach :-)

czwartek, 1 listopada 2012

Ostatni Festiwal Hipokryzji.

Nie będę pisać o cmentarzach, ani o walce kościoła z Wielką Straszną Dynią. Dziś będę pisać o pozorach, kompromisach, traumach, ale przede wszystkim o archetypach, które tkwią w każdym z nas.
Gdzieś spod skorupy codzienności czasem wychodzą na jaw rzeczy, o które nigdy byśmy się nie posądzali.
Nie ważne, jak długo chodzisz w czarnych spranych ciuchach z makijażem a la Alice Cooper, ponieważ gdzieś w głębi, pod ostatnią najcieńszą warstwą owej skorupy tkwi potrzeba spełnienia marzenia, aby choć przez pięć minut zamienić się w księżniczkę, albo aktorkę grającą w jakiejś barokowej sztuce.

To ja :-)

Kilka dni temu na blogu Baby ze Wsi, pod tym postem rozmawiałam o swojej ślubnej sukni. Wpadłam na pomysł, żeby ją pokazać u siebie na blogu, ale czułam jakieś dziwne zażenowanie. W końcu pomyślałam sobie, że przecież między innymi po to mam tego bloga, aby uporać się z kilkoma zgrzytami emocjonalnymi, jakoś je sobie uporządkować w głowie i... żyć z tym dalej. Zaszyłam się wczoraj w ciepły koc i poukładałam swoje myśli.

Nie chciałam brać ślubu kościelnego, ale nie miałam innego wyjścia. Gryzie mnie to po dziś dzień, bo nienawidzę tkwić w hipokryzji.
Miałam 24 lata i nie byłam jeszcze na tyle finansowo samodzielna, aby postawić się mamie. Wiedziałam, że na start potrzebna będzie nam pomoc, nie tylko materialna, ale i moralna. W końcu wiążę się z obcym facetem, nie wiadomo, jak potoczy się życie. Nie warto palić za sobą mostów. Co ja miałam w głowie licząc na wsparcie moralne? Wiem przecież, że mama jest z tych osób, które córkę odstawią na powrót do męża choćby ten pił i ją bił. Bo co Bóg złączył...

Dla mojej mamy (tato nie miał nic w domu do gadania) liczyły się w życiu jedynie pozory. Nie ważne, co czułam, co deklarowałam, czy wierzyłam w Boga czy nie, miałam chodzić do kościoła i już! Tak jakby sama ta czynność miała zapewnić mi zbawienie i zmartwychwstanie w Dniu Ostatecznym. Dziś, kiedy inne dramatyczne sprawy są w naszej rodzinie na pierwszym miejscu, wyszło na jaw, że to nie chodziło o moje zbawienie, tylko o nią samą. „Jak ja się wytłumaczę przed Bogiem, jak was wychowałam”?- mówi. To problem o tak dużym stopniu abstrakcji, że po prostu brak mi słów.

Oczywiście, nie dałam się stłamsić, ale od dzieciństwa, przez młodość po dorosłość szarpałam się o własne zdanie, poglądy, tożsamość. Nie wyniosłam z domu szacunku dla cudzych poglądów, ponieważ moich nikt nie szanował. Od lat sama pracuję nad szacunkiem względem innych, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę. Nie mam i nawet nie staram się szanować instytucji, która robi pod sutannę na widok dyni.

Nie sprawiałam żadnych poważnych kłopotów. Byłam bardzo dobrą uczennicą. Wszyscy postrzegali mnie jako grzeczną i poukładaną dziewczynkę. Moi rodzice narzekali jedynie, że za dużo czytam książek (!!!)  Nie paliłam papierosów, nie brałam narkotyków, nie przekraczałam norm obyczajowych. Nigdy nie sprawiłam rodzicom żadnego realnego kłopotu, ale to wszystko się nie liczyło. Ważne było tylko to, że nie chodziłam do kościoła. Po 14 latach od wyjścia z domu powinnam pamiętać tylko te dobre chwile, a ja wciąż mam w głowie ogromne poczucie krzywdy. Nie było dobrych chwil, czy wykasowałam je z pamięci?

Zgodziłam się na ślub kościelny na pewnych warunkach. W końcu miał to być ostatni w moim życiu festiwal hipokryzji. Cóż, jeśli ma to być przerost formy nad treścią, niech tak będzie! Zażyczyłam sobie najbardziej „suto rżniętą” barokową suknię, jaka tylko była dostępna w wypożyczalni i na pół dnia stałam się kimś innym. Mimo wszystko było to pozytywne doświadczenie, które pozwoliło spełnić przykurzone marzenie małej dziewczynki o byciu księżniczką.





Wtedy też zatańczyłam ostatni raz...


Do tańca mam ambiwalentne uczucia. Uwielbiam go i nienawidzę. Kocham patrzeć na profesjonalny taniec współczesny (nawet na be-boy'ów!). Łatwo wchodzę też w emocje tancerzy. Patrzenie na taniec wciąga mnie tak samo, jak słuchanie muzyki. Wkręcam się w niego wszystkimi zmysłami, zatracam się...

Nienawidzę potańcówek typu weselnego, czy u cioci na imieninach. Taki taniec jest dla mnie torturą. Przeżywałam katusze, kiedy ktoś na jakimś weselu, czy podczas dansingów na wczasach spędzanych z rodzicami prosił mnie do tańca. W wieku 10 lat wyglądałam przynajmniej na 15, więc musiałam niekiedy radzić sobie emocjonalnie ze sprawami, na które nie byłam jeszcze gotowa.  

Taniec jest dla mnie bardzo intymnym przeżyciem. Nie akceptuję faktu, że ktoś obcy, często zionący weselnym bimberkiem, wchodzi w strefę, która zarezerwowana jest jedynie dla uczuć i wyższych emocji. Nie mówię tu oczywiście o wariactwach na koncertach (a o dyskotekach nie wspominam, bo na takie nie chodziłam, to było wrogie mojej ideologii), ale o tańcu z dotykaniem, obejmowaniem, patrzeniem sobie w oczy. Wiem, że nie ma nic w tym złego. Taniec jest ważnym elementem kultury i z reguły ludzie akceptują te warunki. Ja nie akceptuję, ale też nie mam potrzeby łamać tego swojego tabu.

Historia zatoczyła małe koło. Miesiąc wcześniej niż odbył się nasz ślub, ukończyłam studia. Jutro wracam na uczelnię, by dalej się rozwijać-przynajmniej taką mam nadzieję. Zmierzę się też ponownie z demonami dzieciństwa tocząc z matką bezustanne spory o celowość chodzenia do kościoła i jej tłumaczenie się przed Bogiem za wychowanie własnych dzieci. Tysięczny raz odpowiem matce na pytanie, ale jaki błąd popełniłam, że was tak źle wychowałam? i tysięczny raz usłyszę, że nie mam racji. Dla ludzi reprezentujących tego typu mentalność zło to nie są narkotyki, tłuczenie po pijaku żony i dzieci, czy pieprzenie się po krzakach z cudzymi chłopami/babami. Największym złem, zasługującym na ogień piekielny, jest nieuczęszczanie do kościoła i spędzanie czasu ze swoim dzieckiem ozdabiając dom w nietoperze i kościotrupy oraz wycinając otwory w dyni.

Zostawiam Was na weekend z jedną z najpiękniejszych piosenek o tańcu. 

Renia Przemyk- Ten Taniec.





Pisałam tutaj o spełnianiu marzeń małych dziewczynek. W jaki sposób chłopaki spełniają swoje dziecięce marzenia napisałam na Slow Travel.
Zapraszam na artykuł o wykrywaczach metali: