O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

piątek, 29 października 2010

Pamiętnik znaleziony w szufladzie.


W latach 80-tych do rodziny mojego męża przysłano paczkę. Znajdował się w niej maszynopis zatytuowany „Pamiętnik Ewy”. Nadawca prosił, aby odnaleźć Jadwigę D. i przekazać jej te wspomnienia. Pod wskazanym adresem o rzeczonej Jadwidze nikt nie słyszał. Okazało się, że autorka pamiętnika była krewną Rodziny. Po wojnie zaginął o niej słuch. Owszem, ktoś opowiadał, że żyje ona w Australii, lecz Rodzina nie miała z nią kontaktu.
Pamiętnik wzbudził spore emocje i ożywił wspomnienia. Mówi się w nim bowiem o miejscach i osobach dobrze Rodzinie znanych.
Podczas jednej z trzech przeprowadzek, jakie były moim udziałem w pierwszych latach małżeństwa, maszynopis trafił do moich rąk. Nie bardzo chciałam go czytać. Tematyka zsyłki jest dla mnie zbyt ciężka. Jako osoba patologicznie empatyczna, zbyt mocno przejmuję się losami nawet wymyślonych bohaterów filmów. Cóż więc będzie się w mojej głowie działo, gdy spotkam się z dramatem prawdziwej kobiety? Ciekawość jednak zwyciężyła. Na uwadze miałam nie same historyczne wydarzenia, ale przede wszystkim punkt widzenia, komentarz, postrzeganie rzeczywistości przez samą autorkę.
Gdy Ewie świat zawalił się na głowę, była młodsza ode mnie. Miała kochającego ją męża (czyżby?) i poukładane życie. Czuła się szczęśliwa. Korzystała z rodzinnego majątku prowadząc dostatnie życie. Wojna całkowicie odmieniła jej los, rzuciła na krańce świata, wskrzesiła instynkt przetrwania w ekstremalnych warunkach.

To niesprawiedliwe, aby ten pamiętnik leżał w szufladzie. Od kilku lat zabieram się do przepisania pokreślonego maszynopisu, lecz brak mi motywacji. Parę dni temu wpadłam na pomysł, aby przepisując go po kilka kartek raz na jakiś czas, równolegle publikować te wspomnienia na osobnym blogu. Być może kilka osób wraz ze mną ruszy w historyczną podróż ze Lwowa do Kazachstanu, a potem wraz z armią gen. Andersa, na drugi koniec świata.

Zapraszam w podróż w przeszłość:
Przejście do pamiętnika po kliknięciu w powyższy obrazek


Dopisek z dn.10.02.2012 Podczas publikacji Pamiętnika zgłosiła się do mnie rodzina D. Okazało się, że dysponuje własnym egzemplarzem Pamiętnika i zna jego treść. Wyjaśniła się przy okazji jedna z rodzinnych zagadek.

wtorek, 26 października 2010

Jak Chłop rogaciznę ujarzmiał.

Mam wrażenie, że jeden z naszych sąsiadów nie zorientował się jeszcze, że czasy neolitu, gdy wypasało się bydło i nierogaciznę w systemie półdzikim, (czyli gdzie popadnie, byle nie u siebie przed domem) odeszły dawno w niebyt. Jadąc ostatnio na zakupy ujrzałam znów jego krowy radośnie wciągające jabłka w sąsiadującym z naszym sadzie. Pierwsze, o czym pomyślałam, to czy zamknęliśmy bramę wiazdową na posesję. Przypomniała mi się bowiem taka oto historia, która miała miejsce dokładnie w dniu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Była późna noc dnia 1 maja 2004 roku. Kilka dni wcześniej urodziły się nam szczenięta od Triss. Działaliśmy więc w trybie awaryjnym, praktycznie nie śpiąc, nie jedząc, nie sprzątając. W zasadzie  nic nie robiąc, prócz spełniania obowiązku doglądania i opieki nad malcami i suczką.
Wszystkich nie znających realiów związanych z hodowlą informuję w tym miejscu, że NIE! Prowadząc hodowlę NIE MOŻNA pozostawić naturze ani samodzielnych urodzin, ani samodzielnego wychowania szczeniąt. Na pewno nie omieszkam poświęcić kiedyś trochę miejsca temu tematowi. Powróćmy jednak do naszej opowieści.
Zazwyczaj w pierwszych trzech tygodniach odchowu zamykamy agroturystykę na cztery spusty, lecz tym razem skusiła mnie prośba o rezerwację na długi weekend kompletu gości. Kasa piechotą nie chodzi, a na karmiącą suczkę i maluchy wydatki są spore. W wyniku tego owego dnia przyjechało do nas siedmioro gości aż czterema samochodami.

Po kilku kompletnie nieprzespanych nocach zaczęłam się wreszcie organizować. W perspektywie miałam pierwszą okazję przespać 8 godzin jednym ciągiem. Potrzebowałam snu, gdyż totalnie nieprzytomna, sama nie wiedziałam co robię. Groziło mi, że lada moment zamiast podłączyć szczenięta do cyców Triss, podłączę Triss do Jaskra (nie pytajcie, do czego), lub siebie samą pod szczeniaczki (tym bardziej nie pytajcie). Owego późnego wieczora Chłop wziął całonocny dyżur nad maluchami i zamknął się z całym psim towarzystwem w drugiej sypialni.

O 2.00 w nocy, będącego w lekkim półśnie Chłopa, przebudził złowrogi warkot Triss. Chwilę potem z podwórka zaczęły dochodzić jakieś niepokojące dźwięki-jakby stękania, pomruki. Zanim dokonał identyfikacji, co też mogło zakłócić jego spokój, usłyszał odgłos przewracanego metalowego grila. A trzeba Wam wiedzieć, że nasi goście do późna siedzieli przy grilu i piwku, a może i przy wódzi. I chwała im za to. Stracili wiele, ale nie jestem pewna, czy chcieliby zostac świadkami późniejszych wydarzeń.
Słysząc odgłosy demolki, Chłop zerwał się na równe nogi, gdyż przypomniał sobie słowa sąsiadki. Wiejskie lumpy, niejakie Mamuny, zamieszkujące przeciwległy skrawek wsi, ostatnio bardziej intensywnie niż zwykle, wyszły na żer, gdyż zabrakło im funduszy i nie mieli co do kieliszka włożyć. Sąsiadom ginęły drobne sprzęty, zostawione przed domem, które dziwnym trafem odnajdywały się w najbliższym skupie złomu. Chłop zerwał się więc z łóżka z mocnym postanowieniem nakopania Mamunom do dupy.

-ŚPISZ???- o 2.10 w nocy z objęć Morfeusza wyrwało mnie głupie pytanie Chłopa. Morfeusz, to nie jeden z turystów, ale metafora głębokiego i błogiego snu.
Cholera, a co mam robić o tej porze po kilku nieprzesapnych nocach?.-zapytałabym w normalnych warunkach. W trybie awaryjnym działam inaczej.
-Jezus Maria, co się stało???- dlaczego ja zawsze najpierw wpadam w panikę, a potem dociekam przyczyn? Wiedziałam jednak, że bez powodu Chłop nie zrywałby mnie z łóżka.
-Coś się stało szczenietom?
-Nie, spokojnie, z maluchami wszystko w porządku. Tylko wiesz, jest jeden mały problem. Muszę usunąć zwierzęta. Wstań i posiedź jakiś czas przy Triss.
-Jakie zwierzęta? –nie wiem, czy moje pytania miały jakiś sens, gdyż i tak nic do mnie nie docierało. Upewniwszy się, że z maluchami wszystko jest w porządku, na powrót wyłączyłam szare komórki.
-sama zobaczysz-dostałam enigmatyczną odpowiedź. Nawet nie zastanowiłam się, czemu Chłop ma jednocześnie skonsternowaną, jak i rozbawioną minę. Przemknęła mi jeszcze przez myśl wizja przebiegającego po głowach gości stada myszy (wstydliwy problem w starych drewnianych domach), ale miałam to gdzieś. Zmiętoliwszy brzydkie słowo w ustach, zakutałam się w szlafrok i podążyłam do drugiej sypialni. Pacnęłam na wersalkę i zaczęłam chyba się przebudzać. Usłyszałam,jak Chłop wychodzi na zewnątrz. O kurdę, sarny nam wlazły na posesję-pomyślałam. Przypomniało mi się, że nie zamknęliśmy wjazdu na podwórko, gdyż czwarte auto nie zmieściło się i kierowca ustawił je w świetle bramy.


-No won! Nastąp się! Ale już! O żesz ty kurwo jedna...- usłyszałam z podwórka.
W sekundę oprzytomniałam. Jezus Maria! Co on wyprawia? Przecież pod nami śpią goście! Co oni sobie o nas pomyślą? Bojąc się opuścić pokój, gdyż pobudzona sytuacją i tak z natury nadpobudliwa Triss, mogłaby zadeptać szczenięta, otwarłam okno z zamiarem ustawienia Chłopa do pionu. Głos jednak uwiązł mi w gardle.
Na podwórku, tuż obok winogron, pod samymi oknami gości, pięknie oświetlone lampą, lawirując pomiędzy samochodami i świeżo posadzoną jodłą koreańską, beztrosko pasły się na majowej trawce dwie dorodne krowy. I nie jest to metafora dużej sarny. Były to bowiem najprawdziwsze krowy rasy czerwonej, unijne, zakolczykowane. Ten ostatni fakt zdumiał mnie najbardziej. No proszę, pierwszy dzień w Unii, a nasi rolnicy nadążyli.
Unijne czy nie, zaistniała nagła potrzeba wyprowadzenia bydląt z posesji, zanim goście się pobudzą i bóg jeden wie, jak zareagują. W końcu któraś otrze się o jakieś auto, włączy alarm i będzie zadyma.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Bramę wjazdową tarasował czwarty samochód. Jak te bydlęta przecisnęły się pomiędzy nim, a wrotami, ciężko dociec. Wlazły jednak, to i wyjść muszą. Wydając przez okno zduszone szepty i jęki, ze zgrozą obserwowałam poczynania Chłopa.
Rogacizna niestety jest okropnie tępa albo rżnie głupa. Łagodna persfazja wywołała skutek odwrotny. Gdy Chłop machając koszulą, jak nie przymierzając torreador na byka, naganiał je w kierunku wyjścia, krowy jakimś cudem znajdowały się na przeciwległym końcu podwórka, tuż przy skaniaczku, gdzie trawa jest najbardziej soczysta.
Nieco spocony i zdziwiony, że goście się jeszcze nie pobudzili, Chłop pomyślał chwilę i postanowił wykorzystać całą swoją wiedzę zaczerpniętą z westernów. Wyciągnął ze stodoły długą linę i lasso zarzucił na rogaty łeb. Następnie wydając lekkie wulgarne okrzyki, mój kowboj przelawirował pomiędzy podłączonymi pod alarmy autami i wyprowadził jedno bydlę za bramę. Jako, że rogacizna to zwierzęta stadne, drugie posłusznie pomaszerowało za nimi.

Dobrze, że nie ryczały.
Dobrze, że to nie były byki
Dobrze, że nie nasrały.

Od tamtej pory zawsze pilnujemy, aby brama wjazdowa nie pozostała otwarta dłużej, jak na 10 minut. Być może jednak nie wiemy, co tracimy. Gdy śpimy wioska zaczyna żyć. Nie tylko dotyczy to rodziny Mamunów i rzeczonych krów sąsiada. Może nocą drogą na Zaporę galopują pod naszymi oknami strusie Holendra Andreasa?
Na stronie internetowej napisałam, że nie można u nas zobaczyć zwierząt gospodarskich. Jakże się myliłam!
I pomyśleć, że niektórzy uważają, że na wsi jest nudno.

piątek, 22 października 2010

Chłopaki-przystojniaki i ich wielki sprzęt.

...a to wszystko w retro stylu...

Chyba mam dziś wspaniałą gratkę dla płci obojga. Dla dziewczyn wyszperałam zdjęcia przedwojennych przystojniaczków. Chłopakom spodobają się mundury i ciężki sprzęt jeżdżący.

Porywam Was  na wycieczkę w przeszłość...
Jesteśmy w czasach, gdy kształtujące się młode państwo polskie zmuszone jest odeprzeć atak hord koczowników ze wschodu, zwanych Bolszewikami.
Oto mężczyźni, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w to przedsięwzięcie.

Ernest Feill- jako uczeń jeszcze podczas zaborów. Odległy w czasie krewniak. Czasy przed I wojną światową.

Jeden z członków rodziny (niestety na razie nie zidentyfikowany, może starsze pokolenie będzie pamiętać) w mundurze austro-węgierskim. To również czasy przed I wojną światową (zabory).


Władysław Jenkner. Pradziadek męża. Na zdjęciu w mundurze austro-węgierskim. Czasy przed I wojną światową.


Władysław Jenkner. Mundur polski z okresu wojny polsko-bolszewickiej. Służył w wojskach pancernych.


Jak wyżej


Władysław Jenkner prywatnie był absolwentem Politechniki Wiedeńskiej. Zawodowo zajmował się konstruowaniem mostów i linii kolejowych. Zastanawiamy się, czy jego mosty, które budował na kresach stoją po dziś dzień. Po II wojnie światowej kierował między innymi odbudową Dworca Głównego we Wrocławiu i budynku NOT (Naczelna Organizacja Techniczna)


Zygmunt Urbanowicz-dziadek męża. Rotmistrz 22 Pułku Ułanów w Brodach. Zdjęcie z okresu międzywojennego. W 1939 roku został wysłany z korpusem dyplomatycznym do Francji, gdzie zastała go wojna. Spędził ją w jenieckim obozie oficerskim. Dzięki temu nie podzielił losów swoich kolegów z Pułku, którzy zostali wymordowani w Katyniu. Po wojnie prześladowany przez UB.


Zygmunt Urbanowicz w pełnym wyposażeniu kawalerzysty.


Zygmunt Urbanowicz podczas konnej przechadzki. 


Fajna bryka :-)


Koledzy z wojska. Okres wojny z Bolszewikami.

Transport sprzętu na front (wojna z Bolszewikami)

Jednostka pancerna szykuje się do boju. Bolszewika bij!!!


Próba sprzętu. Nie wiemy, jaki to model czołgu. Kto wie, proszę napisać.
(Saint Chamond - dziękuję za pomoc w identyfikacji)


Zdobyty na Bolszewikach pojazd pancerny Ford Garford

Francuski Renault w służbie dla Wojska Polskiego. Te właśnie czołgi znacznie przyczyniły się do zwycięstwa w wojnie z bolszewikami.  W każdym razie bardziej niż siły nadprzyrodzone, co dziś wmawia się współczesnym określając zwycięstwo mianem "cudu".

wtorek, 19 października 2010

Posrany poniedziałek.


Mój Chłop zażyczył sobie rozrywki intelektualnej. Mówi, że po 9 latach spędzonych na wsi, zaczyna gnuśnieć, rdzewieć, obrastać mentalną pleśnią. Wykorzystywany do prac fizycznych (baba ma pomysł, chłop ma robotę) twierdzi, że zdziadział i zrobolał na dobre. Grozi mi, że lada moment przysiądzie z trunkowymi sąsiadami na ławeczce i życie upłynie mu na filozoficznych dysputach, czy dziś warto wypić amoretto za 3,85, czy nalewkę babuni za 5 zł (większa butelka). Dodam, że życie to krótkie, gdyż z jakiegoś tajemniczego powodu, notujemy w okolicy dosyć dużą śmiertelność obywateli płci męskiej. Po wsi chodzą niemal same wdowy. Zastanawiając się nad tym fenomenem wykluczyłam uwarunkowania genetyczne, wpływ środowiska naturalnego i wyszło, że to owe ławeczkowe rozważania mogą być odpowiedzialne za destrukcję chromosomów Y. Stanowczo nie życzę sobie zostać wdową. Zgodziłam się więc wziąć udział w szaleństwie Chłopa i zostałam... (muszę teraz zerknąc w papiery, kim zostałam) ... Pełnomocnikiem Komitetu Wyborczego Swojego Chłopa. Nie jest to dokładna nazwa komitetu, ale mniej więcej o to chodzi.
Teraz nie wiem, czy to mój Chłop wdowcem nie zostanie.

Mam w życiu takie szczęście, że pod względem umiejętności i talentów dobraliśmy się z Chłopem idealnie. To, czego ja nie ogarniam, Chłop daje radę i vice versa. Czasem mam uczucie, że osobno niewiele byśmy zdziałali, razem zaś możemy realizować wiele z tego, co tam sobie wymyślimy.

Przebrnęliśmy więc razem przez gąszcz dokumentów, formularzy, zmontowaliśmy komitet wyborczy, zarejestrowaliśmy go u Komisarza Wyborczego w Jeleniej Górze. Chłop pozbierał podpisy poparcia. Na mnie-jako na pełnomocniku Chłopa- spoczął obowiązek zarejestrowania kandydata na radnego w Urzędzie Gminy oraz zorganizowanie kampanii wyborczej.

O dziwo, moja znerwicowana osobowość z uśmiechem na ustach załatwiła formalności u Komisarza, pozostała ostateczna rejestracja kandydata w Urzędzie Gminy. I tu mój entuzjazm opadł. Naszła mnie refleksja, bowiem w kontaktach z naszą gminą trzeba mieć:

-serce z kamienia
-dupę z żelaza
-wrażliwość pustego pudełka po butach
-uczuciowość stułbi modrej (chociaż co my tam wiemy o uczuciach stułbi, może to właśnie one rządzą światem?)

Poniedziałek 10 rano. Wsiadamy do auta. Do Urzędu Gminy mamy 6 km i niestety moje dwie szare komórki budzą się z letargu. Nagle dociera do mnie cały ogrom przedsięwzięcia i odpowiedzialności. Totalne szaleństwo, na co nam to?! Oczyma wyobraźni widzę siebie wchodzącą na salę, gdzie siedzi Gminna Komisja Wyborcza. W jelitach czuję jakąś małą rewolucję, serce zaczyna niepokojąco przyspieszać.

-Wiesz, co?-zagajam do Chłopa- jestem trochę posrana.
-No, co ty?
-A ty nie?
-Daj spokój, gdybym był posrany, nie bawiłbym się w to, tylko trzymał się z daleka. Mnie to bawi- mówi Chłop i radośnie bierze zakręt. Jesteśmy już na prostej drodze do gminnego miasteczka.

-Acha- filozoficznie wzdycham i zastanawiam się, czemu ja mam być posrana, skoro to on chce być radnym?
-Oni tam na pewno siedzą?-dopytuję się, aby dostosować swoje lęki do rzeczywistości i nastawić się jakoś na tę wizytę.
-Przynajmniej taki mają obowiązek. Dzwoniłem do sekretariatu, mają siedzieć od 8.00 do 17.00, a w ostatni dzien do północy.
Acha, już to widzę, jak oni siedzą do północy. No dobrze, nie ucieknę przed komisją.

-Ty, słuchaj, a co ja mam im powiedzieć?- widocznie moje szare komórki straciły ze sobą łączność.
-Dzień dobry!- dobrze, że jego działają.
-Puk, puk, dzień dobry- postanawiam poćwiczyć- Chciałabym zgłosić...
-Zarejestrować!
-Jeszcze raz. Puk, puk, dzień dobry. Chciałabym zarejestrować radnego...
-Kandydata na radnego!
-Dzień dobry- (puk, puk już opanowałam)- chciałabym zgłosić kandydata do rady gminy...
-Miasta!
-Do rady MIASTA??? A nie gminy???
-Masz w papierach, że do rady miasta!
-Ale to jest nasza gmina!
-Ale to jest ich miasto!
-Też mi miasto -prycham z niecierpliwością. Straciłam wątek, zaczynam jeszcze raz od innej strony.

-Dzień dobry. Jako przewodnicząca...
-Pełnomocnik!
-Dzień dobry. Jako pełnomocnik komisji wyborczej...
-Komitetu wyborczego!!!
-Ja pierdolę! Spokojnie, jeszcze raz. Dzień dobry. Jako przewodnicząca, eee... pełnomocnik komisji...komitetu wyborczego...
-A po co ty w ogóle to mówisz, że jesteś pełnomocnik? Wchodzisz i mówisz, że rejestrujesz kandydata na radnego, dajesz papiery, podpisujesz i tyle.
-Ale przecież taki pierwszy z brzegu człowiek nie może sobie wejść i zarejestrować kandydata. Oni mnie nie znają, muszę się przedstawić i powidzieć, z jakiej racji rejestruję tego kandydata- moje szare komórki widać znalazły się na przeciwległych biegunach.
-Wiesz co, ty lepiej nic nie mów.
-No jak to sobie wyobrażasz. Wchodzę, rzucam im papiery na stół i co? Tak bez puk, puk, dzień dobry?
-Tak będzie najlepiej. Oni już będą wiedzieć, co z tym zrobić.

Podjeżdżamy, parkujemy. Dobry znak-widzimy tablicę Gminna Komisja Wyborcza. Wchodzimy, szukamy pomieszczenia. Widzę kartkę. Działam zgodnie ze schematem. „Puk, puk”-dobrze idzie, pierwszy krok za nami. Wchodzę... o kurwa! Korytarz! Zapukałam do korytarza! I jeszcze chwilę odczekałam, czy mi odpowie. Odkąd zdarzyło mi się zapukać do knajpy, takie sytuacje mnie rozwalają na drobne kawałeczki. Cały schemat gdzieś się ulotnił. Gdzie się podziała moja stworzona przez wyobraźnię komisja? Teraz działa już adrenalina, lepiej nie wchodzić mi w drogę.
Rozglądam się nerwowo, z Urzędu Stanu Cywilnego wychodzi urzędniczka.
-Gdzie jest komisja?- pytam
-Jaka komisja?
-Jak to JAKA?! Komisja wyborcza!
-Nie działa jeszcze!
-JAK TO NIE DZIAŁA?! -to nie przelewki, zaraz zacznie się afera
-A co wy, czytać nie umiecie?-urzędniczka rozdziera buzię- Od której my tu pracujemy???
Mnie się pyta, durna baba?
Chłop ostentacyjnie otwiera drzwi i pokazuje urzędniczce kartkę, którą zapewne sama powiesiła. Od 8.00 rano. Jest obecnie 10.10.
-Aaa... to ja już biegnę po koleżankę.
Matko boska, nawet moja zwichrowana wyobraźnia nie jest w stanie wymyślić i przygotować się na taką sytuację.

Dalej było prawie tak, jak powinno być, więc nie ma o czym pisać. Komisja była bardziej posrana ode mnie, gdyż byliśmy pierwszym komitetem, który się rejestrował. Nie mówiąc już o tym, że oni powinni tam chyba siedzieć na stałe, skoro mają to napisane na karteczce, a nie formować się naprędce. Przecież równie dobrze mogliśmy być z jakiejś kontroli.  Zapewne dlatego informatyk notorycznie wpisywał imię kandydata „Krzysztof” przez „w” na końcu. Ja, widząc spanikowany skład (w połowie nie ten, który widnieje w papierach), zupełnie się wyluzowałam. Spięło mnie na powrót w kontakcie z urzędniczką, niejaką Rozczochraną, gdy w drodze powrotniej odwiedziliśmy wydział gruntów, ale to temat na inną, równie długą historię.

Dziękuję za przeczytanie. Mam nadzieję, że dzięki temu kilka razy zastanowicie się, zanim zdecydujecie się wziąć udział w szaleństwie kandydowania na jakiś urząd. Chyba, że macie tak samo zboczone poczucie humoru, jak mój Chłop.


niedziela, 17 października 2010

Kobiety vintage.

Kobiety-od wieków takie same-podporządkowane konwencjom i modom epoki. Genetycznie uwarunkowane, do bycia pięknymi i podziwianymi.
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że kobieta łatwiej przełknie obelgę, gdy ktoś nazwie ją "głupią", lecz nigdy nie wybaczy mężczyźnie, który powie o niej "brzydka"?

Wertując rodzinne zdjęcia męża, ponownie otwieram okienko do zapomnianego świata, aby przedstawić Wam piękne kobiety z epoki, której kres położyła wojna:







Rodzina od wielu pokoleń miała kynologiczne pasje.


Na Ziemiach Zachodnich są miejsca, gdzie po usunięciu rdzennych mieszkańców (wcale nie Niemców, a zniemczonych Serbołużyczan) nowi osiedleńcy wyrzucali z ich mieszkań i gospodarstw wszystkie sprzęty. Powstawały niemal w każdej wsi mniejsze lub większe śmietniska. Można tam niekiedy znaleźć cudeńka, z miśnieńską porcelaną włącznie. Niestety, prawie zawsze są to rzeczy zniszczone, potłuczone, pordzewiałe. 
Ostatnio trafiło się nam pudełeczko, które niezwykle mnie urzekło. Jest maleńkie. Takie w sam raz na pierścionek dla jednej z powyższych pięknych dam.




czwartek, 14 października 2010

Książka kucharska prababki.

...czyli jak to przed stu laty jadano...

Nadałam mojemu blogowi tytuł „Magia w Tuskulum” nie bez przyczyny. Wyłazi ona bowiem nachalnie z każdego kąta w tym domu. O domowikach, mamunach, borowych (dziadach-jeden taki dziś u nas był, nazywa się Stachu :-) i innych ubożętach, pickach i packach szwendających się po obejściu i okolicach, opowiem innym razem. Dziś z szafy bowiem wyłoniła się stara książka kucharska prababki mojego Chłopa i zażądała skupienia uwagi właśnie na niej. 

A stuletnim staruszkom się nie odmawia. W tym roku mija bowiem sto lat od jej wydania (w 1910 roku). Prababcia dostała ją w prezencie ślubnym i widać intensywnie  użytkowała, gdyż delikatnie mówiąc, książka jest w stanie mocno... vintage ;-)

Kiedy ja-świeżo upieczona mężatka (a było to 12 lat temu) dorwałam się do niej, zachłysnęłam się treścią pierwszych rozdziałów traktujących o hygienie czy historyi sztuki kulinarnej. Niestety, entuzjazm opadł, gdy próbowałam zastosować zawarte tam przepisy. Kiepsko wówczas jeszcze gotowałam i nie pomagał mi w opanowaniu tej sztuki chaos w stosowaniu miar i wag podawanych raz w kilogramach, raz w funtach, korcach, garncach, łutach, kwartach, etc. A przypominam, że nie było wówczas googli ;-) Piżgnęłam więc książkę w kąt. Jakimś cudem jednak przyjechała ona z nami do Tuskulum. No wiem, jakim cudem, wiem. Po prostu kochamy stare książki nawet wówczas, jak ich nie rozumiemy.

Dziś, po długich latach spoglądam na nią nieco inaczej. Bardziej jak na dzieło sztuki, niż na książkę użytkową. Smakuję jej obrazki, poszukuję ducha tamtej epoki, próbuję sobie wyobrazić, jak wówczas celebrowano posiłki. Uśmiecham się, gdy czytam menu skromnego postnego śniadania. Któż dziś tak jada? Omlet z szynką plus befsztyk z kartoflami plus sery-owoce. Na skromne śniadanie befsztyk!? Obiady mniej wystawne składały się z siedmiu dań. Jednym z nich był móżdżek na muszelkach. Przypominam sobie, że przy opróżnianiu wrocławskiego domu natrafiliśmy na spory skład skorup od muszli. Może też po prababce. Muszę dojść, co z nimi zrobiliśmy.

Przykład kolacyi mniej wystawnej:
auszpiki z ryb, comber lub pieczeń cielęca, sałata, kompot, budyń migdałowy z szodonem, sery, owoce.
Pewnie chcecie teraz wiedzieć, jak wyglądało śniadanie, obiad i kolacyja w wersji wykwintnej. Trudno będzie to opisać, gdyż  znakomita większość potraw ma francuskie nazwy. Mam taki jeden „prostszy” dziewięciodaniowy obiad:
Zupa a la Reine
Sandacz po holendersku
Polędwica a la Colbert
Poncz Imperial
Indyk nadziewany truflami
Sałata, kompoty
Kalafiory au gratin
Galareta ananasowa
Owoce, sery
I tak dalej... Gdzie im się to wszystko mieściło!? Ja już nawet nie robię obiadu z dwóch dań, bo dupa rośnie :-)
Wzorcowa kuchnia angielska-jak wynika z podpisu pod obrazkiem.

Układanie owoców na przyjęcia

Osoby o słabych nerwach prosi się o nie zerkanie na poniższe obrazki:
Podobno ładnie wygląda stół, na którym centralnie widnieje łeb dzika. Dla mnie to mała makabreska.

Indyk też podobno wygląda bardziej uroczo, gdy wokół niego znajdują się nadziewane kwiczoły. Ja tam wolę kwiczoły w naturze oglądać.


Smakowite pozdrowienia przesyłam Wielmożnym Państwu :-)

wtorek, 12 października 2010

Kolorowe Tuskulum

Pozazdrościłam Wam jesiennych kolorowych zdjęć na blogach. Choć dziś już Tuskulum tonie w nostalgicznej mgle, to nie podaruję sobie podzielenia się z innymi kolorami ostatniego weekendu. Część zdjęć udostępnili mi przyjaciele, którzy spędzili ostatnio z nami kilka dni. A że mają wypasiony aparat, to korzystam, korzystam :-)








I jesienne osobliwości:
Róż na skalniaku jest więcej niż latem. Zagadka botaniczna.

Stokrotki-objaw nadchodzącej wiosny- jesienią :-)


Zrobiłam sobie kilka dni odpoczynku od zbierania jabłek. Po oddaniu tony do skupu, moje stawy powiedziały dość! Nie zarobię na leczenie, jeśli przegnę. Po ciężkiej pracy fizycznej mój umysł domaga się zrobienia czegoś odmiennego. A tym czymś są ostatnio dekory. Postanowiłam podczas weekendu poćwiczyć dziadowanie, zanim wtłoczone zostaną mi do głowy podstawy decoupage’u na profesjonalnych materiałach.
Tu się muszę pochwalić, że wymyśliłam sobie sama, nie podparłwszy się żadnymi instrukcjami, jak „zdekupażować” doniczkę.
Weszłam do pomieszczenia gospodarczego. Zrobiłam mały remanent. Znalazłam takie oto produkty:

-stare doniczki ceramiczne
-podkład pod tynk strukturalny, którego faktura mnie zaciekawiła. Nie mam pojęcia, jak na tę jego fakturę miał wpływ fakt, iż był 7 lat przeterminowany :-)
-lakier do boazerii akrylowy-również mocno po terminie, jednak konsystencją, barwą i całą resztą, żywo przypominał ów klejo-lakier Heritage Modge Podge.
-serwetkę w różyczki kupiłam w sklepie na wsi :-)

-Umyłam doniczkę, wysuszyłam
-Nałożyłam podkład do tynku. Ze zdziwieniem zanotowałam, że nie tylko trzyma się powierzchni ceramicznej, ale nadaje jej niesamowitą strukturę.
-Nie bawiąc się w rozbijanie jajka w celu wydobycia białka, wydarte różyczki nakleiłam przy pomocy owego lakieru do boazerii. Nawiasem mówiąc, wysychał on w 10 minut. Dzięki czemu położenie wielu warstw w jednen dzień nie stanowiło problemu.

Doniczki jeszcze nie skończyłam. Mam na nią pomysł. Muszę tylko dotrzeć do pasmanterii. Cóż, maleńki minusik mieszkania na totalnym odludziu jest taki, iż prawie niczego nie ma pod ręką.

Dziś wróciłam do moich "ulubionych" jabłuszek.
Uzbierawszy pi razy oko tak z 350 kilo uznałam, że bez wyrzutów sumienia mogę wrąbać najbardziej kaloryczną pizzę. To, że w ogóle miałam siłę ją wykonać, zawdzięczam temu, że jadę na "dopalaczach" w postaci środków przeciwbólowych. Jesień plus praca fizyczna równa się masakra dla moich stawów.
Ciasto do pizzy zrobiłam w maszynie. Dodaję zawsze ziół do masy.
Pizza dla Chłopa- salami, pieczarki z cebulką, ser żółty.

Pizza dla mnie-pieczona w keksówce-te same składniki, tylko mniejsza plus dużo, dużo kawałków cukini. Aż się wysypały po wyjęciu z formy :-))) Acha, i dużo (troszkę za dużo) chili :-)
Może owe pizze nie są dziełami sztuki pod względem dekoracji (na układanie serka we wzorki nie miałam już siły), niemniej po ciężkiej pracy fizycznej smakowały jak ambrozja bogów :-)))


Dziękuję Agnieszce i Mirkowi za zgodę na wykorzystanie kilku ich zdjęć jesieni oraz za miło spędzony czas :-)