O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Lans pod Biedronką.

Gdzie jest granica pomiędzy rupieciarstwem a gadżeciarstwem? Ano, gdzieś tak pomiędzy Chłopem i  Babą.
Przywiązuję się do przedmiotów. Nie do wszystkich oczywiście, bo to domena Chłopa. Gdybym nie ogarniała od czasu do czasu wszystkich kątów i nie urządzała przynajmniej powierzchownego sprzątania, dom wyglądałby jak garaż, dwie stodoły i kotłownia, czyli miejsca, których Baba prawie palcem nie tyka.
Mimo wszystko i ja przywiązuję się do rzeczy martwych. Być może jest to atawizm- pozostałość po pierwotnej religii-animizmie, która nadaje duszę wszystkim żywiołom. Kto ma stare auto, ten wie, że ma ono swoją osobowość, fanaberie, dni lepsze, czy gorsze.
Takie auta spełniają też niekiedy nasze życzenia.
Ostatnio zaliczyliśmy awarię. Samochód zatrzymał się na środku krajowej 30-stki, w miejscu absolutnie do tego nie nadającym się, w dodatku było pod górkę. Kiedy zdenerwowany Chłop gmarał kluczykiem w stacyjce, ja cichutko jęczałam: „no rusz, rusz...” i wiecie, co się stało? Seat ruszył! Czyż to nie piękne? Dlatego odpowiedzią na bezbrzeżną miłość Chłopa do Syfa, jest moje delikatne ciepłe uczucie do Seata, który w tym roku osiągnął pełnoletność. Jeszcze trochę poczekamy i zrobimy z niego pojazd historyczny.

Seata Toledo nabyliśmy w innej epoce, bo jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej. Dziś takie auto może wzbudzać politowanie, a w najlepszym wypadku nikt na niego nie spojrzy, lecz wtedy przesiedliśmy się z siedemnastoletniego, zdezelowanego poloneza, a świeżo jeszcze w pamięci mieliśmy jazdy maluchem. Nie było widać, iż pojazd ma już 10 lat, za to w oczy rzucał się elegancki seledynowy metalic, welurowe siedzenia, podłokietniki i inne cuda wianki. Zatapiając się w te welury, czułam się wyjątkowo, gdyż właśnie tyłek na owe welury przeniosłam z dziurawego polonezowskiego fotela, który lada moment wyleciałby dołem przez zgnitą podłogę. Był to ostatni moment na sprzedanie poloneza, a i tak tydzień bałam się odbierać telefonów w obawie, czy nie dzwoni nabywca z karczemną awanturą, pozwem do sądu, lub ostrzeżeniem przed ruską mafią.
Ale to nie owe welury, podłokietniki i inne gadżety wzbudziły mój największy zachwyt, ale malutki, niewidoczny guziczek, sprytnie ukryty pod tapicerką, na który Chłop mówił „immobilizer”. Guziczek ów mnie fascynował i rozśmieszał, a czasem powodował przyspieszone bicie serca. Zanim Chłop nauczył się automatycznie naciskać guziczek przed uruchomieniem auta, troszkę czasu upłynęło, a my przez ten czas przeżywaliśmy przygody. Notorycznie zatrzymywaliśmy się po stu metrach pod oknami sąsiadów i wyliśmy alarmem. Mniej śmiesznie było, jak taka przygoda spotykała nas na ruchliwej ulicy, gdy wyjeżdżaliśmy spod sklepu, czy z innych miejsc. Ale z czasem owych wpadek było coraz mniej.
Upłynęło kilka lat, auto bardzo dobrze się sprawowało, niestety, zaczęła wysiadać elektronika związana z zabezpieczeniami. Auto, po zamknięciu, potrafiło samo się otworzyć i zacząć wyć w nieprzewidzianych momentach, aż zrobiło się to na tyle uciążliwe, że prosiłam Chłopa o pozbycie się alarmu. Prosiłam bez skutku, Chłop wymawiał się, że akutrat na tym się nie zna i zbyt dużo czasu zajęłoby mu rozgryzanie całego systemu. Aby pójść z tym do specjalisty, jakoś nie pomyślał, pomimo, że jego kolega wykonuje tego typu zlecenia.

Jeździliśmy z tym następne miesiące, a może i lata. Chłop klął, ja się martwiłam, aż wreszcie Seat zrobił mi niespodziankę- podczas podróży na wystawę psów do Leszna, alarm sam odpadł. Nie żeby od razu wszystkie kable, ale sam buczek urwał się na jakiejś dziurze. Odetchnęłam z ulgą. Nawet jeśli drzwi się same otwierały, przynajmniej nie było tego słychać, a przed ewentualną zakusą odjechania, podczas naszej nieobecności z parkingu, dzięki magicznemu guziczkowi, wiedzieliśmy, w jakim promieniu szukać ewentualnego porywacza seatów, czy amatora welurów.

I przyszedł wreszcie ten dzień. Dzień pożegnania się z magicznym guziczkiem. Kiedy na owej wspomnianej krajowej 30-stce Zgorzelec-Jelenia Góra, zostaliśmy na chwilę zastopowani, po wnikliwej analizie Chłop odkrył, iż przyczyną jest ów nadal rozbudowany alarm. W końcu pozbyliśmy się tylko buczka, wszystkie bebechy zostały i powodują jakieś zwarcia. W domu nastąpiła narada, niczym na czas wojenny. Co robić? Jak będziemy teraz funkcjonować?
-I jak to będzie teraz niby wyglądać? Rozumiem, że likwidujesz cały system alarmowy? Prujesz kable, tak?- pytam dziwiąc się, kiedy nabył wiedzę na ten temat? Jeszcze niedawno zarzekał się, że nie potrafi tego zrobić. A może on chłonie wiedzę z powietrza? Może łączy się z Uniwersalnym Mózgiem Wszechświata, który sączy mu powolutku mądrości techniczne? Zaiste, umiejętności mojego Chłopa są dla mnie niepojęte. W końcu żyjemy ze sobą trzynasty rok legalnie, a już nie liczę, ile bez papierów i takie rzeczy, jak zdobywanie wiedzy i nauki drogą konwencjonalną nie mogłyby mi umknąć. Szkoda jedynie, że Chłop nie ma połączenia z bogami kulinarnymi, gdyż jedyne, czego mi do szczęścia potrzeba, to podane pod nos śniadanko czy obiadek raz...hm, no niech będzie... na pół roku.
-Tak- przerywa mój potok myśli Chłop- wszystko wylatuje.
-Zaraz, zaraz, czy to oznacza, że nie będzie już guziczka pod tapicerką?- pytam szczerze zaniepokojona.
-Wreszcie się go pozbędę- z ulgą mówi Chłop.
-Hm... a jak ktoś nam ukradnie Seata?
Chłop patrzy, jakby planował zakutanie mnie w kaftan bezpieczeństwa.
-Bucha ha ha ha ha...-wybucha śmiechem
-Uuuu ha ha...- odpowiadam.
Kiedy już sturlani po podłodze ze śmiechu i obsmarkani po pachy, wstaliśmy na nogi, zapytałam:
-Czy to znaczy, że auto będzie otwierane z kluczyka? Wyrzucamy pilota?
-A nie, nie...
-A po co pilot?- pytam, bo ten guziczek akurt mnie mocno denerwował. Otwierał się i zamykał, kiedy sam chciał.
-Pilot musi być. Zrobię jeszcze tak, aby migacze błyskały przy otwieraniu i zamykaniu drzwi.
-Na boga świętego, PO CO CI TO???
-No, jak to po co? Przecież lansik na parkingu przed Biedronką musi być!!!



 W zeszłym roku, ze względu na pogarszający się stan blacharki (tym razem Chłop omal dołem z fotelem nie wyleciał), musieliśmy podjąć ważne decyzje. Jako, że mechanicznie Seat jest w stanie bardzo dobrym, uznaliśmy, że mądrzej i rozsądniej będzie zrobić mu gruntowny remont, niż nabywać "nowe" stare auto i inwestować w wymianę tego, co w seacie już zostało zrobione.
Seat został wykluczony z użytku na miesiąc, Chłop ujawnił jeszcze jeden talent, którego nikt się po nim nie spodziewał. Zabrał się za spawanie blach.

Seat podczas rozbierania go  na czynniki pierwsze:




Manewry na podwórku mające na celu odpowiednie ustawienie auta do podwieszenia:



Spawanie w kanale jest bardzo niewygodne i szkodliwe dla zdrowia. Chłop wymyślił inny sposób. Na podnośniku gibnęliśmy seata na bok i podłożyliśmy stemple:
Bardzo niebezpieczna sytuacja- Mantra kręci się w przestrzeni roboczej. To incydent. Pieski miały troszkę ograniczone przestrzenie przez ów remont.


Pospawana podłoga przed zakonserwowaniem. Chodziły tu do nas wycieczki, gdyż mało kto wierzył w talent do spawania miejskiego intelektualisty. Fachowiec określił te spawy, jako artystyczne, a szacun teraz we wsi taki, że ho ho... :-)

Pomagałam, jak tylko mogłam. Srebrzyłam to coś srebrnego powyżej i nakładałam konserwację.


Auto podczas składania. Zdjęcie zrobiłam ze względu na ten fotel kierowcy :-)

Opinia fachowca zaowocowała tym, że podesłał nam już od tamtej pory dwóch znajomych, aby zaspawać im jakieś dziury. Zastanawiamy się, czy się nie przebranżowić :-) W dobie kryzysu i galopujących cen, ludzie chyba częściej będą łatać dziury, niż kupować "nowe" stare auta.
Obecnie zastanawiam się, czy nie założyć Chłopu portfolio :-)

piątek, 25 lutego 2011

Świat jest pełen dobrych ludzi.

I dziś nie jest to tytuł ironiczny. Cieszę się bowiem, że pośród wszelkich paranoi współczesnego świata, od teorii spiskowych począwszy, po realne zagrożenia, jakie czyhają na człowieka w kraju uprawiającym politykę „by żyło się lepiej”, jestem w stanie wyłowić uprzejmości i uczynki, jakimi obdarzamy się nawzajem.
Nie dziwi fakt, gdy czynimy je sobie po sąsiedzku, czy w gronie znajomych. Kiedy jednak spotykam się z owymi gestami od osób albo znanych ze świata wirtualnego, albo w ogóle nie mając pojęcia, iż ktoś taki istnieje i czyta ten blog, uczynki owe pozytywnie szokują.
Zawsze miałam stawiany zarzut, że nie umiem brać, że mam zaburzoną równowagę pomiędzy dawaniem i braniem, a to też nie jest dobrze, z energetycznego punktu widzenia, gdyż w przyrodzie równowaga być musi. To tak jak z tą hollywoodzką równowagą pomiędzy siłami dobra i zła :-)
W tym miejscu chciałam podziękować Magodzie za stos serwetek do dekupażu, jaki od niej dostałam po marudzeniu, iż nie mam się już czym bawić w tym temacie. Teraz mam za to zabawę na rok cały. Dziękuję Kasi, która z dalekiego świata, wysłała do mnie płytki z fajnymi dekorkami. Dzięki takim, jak Wy osobom, świat nabiera piękniejszych barw. Z dedykacją dla Was te wiosenne, kolorowe kwiaty, niestety, jeszcze nie tegoroczne, gdyż kilka dni temu zawiązki przebiśniegów i krokusów przykrył śnieg.



Pośród nas, przeciętnych ludzi z typowymi problemami (głównie jak dociągnąć od jednej wypłaty do drugiej), wspomagających siebie nawzajem uprzejmościami i miłymi gestami, pozwalającymi z uśmiechem iść przez życie, znajduje się nieuświadomiony bezmiar ludzkiego nieszczęścia. Skutkiem ubocznym (ale nie w negatywnym tego słowa znaczeniu) prowadzenia owego bloga jest dostrzeżenie na mojej drodze ludzi, których los doświadcza szczególnie. Nie ukrywam, że do tej pory starałam się iść przez życie z zamkniętymi oczami na wiele z owych problemów na zasadzie, iż jeśli czegoś nie dostrzegam, tego nie ma. Nie jest to oznaka mojej bezduszności, lecz instynkt samozachowawczy. Przeczulona na ludzkie emocje i te pozytywne i te negatywne, reaguję patologiczną empatią, zamartwiając się o rzeczy, na które nie mam wpływu i w dodatku dotyczące osób trzecich. Oczywiście wprost proporcjonalnie zamartwiam się również o swoje sprawy, lecz tu przynajmniej, jeśli nawet jest to bezpodstawne, o tyle ma sens, że dotyczy mnie samej.
Oduczam się więc zamartwiania o rzeczy, na które nie mam wpływu, uczę się pochylać nad ludzkimi tragediami.

Słowo „oduczam” jest tu dobrze użyte, gdyż jeszcze się nie oduczyłam. Obecnie przeżywam kilka historii, całkiem podobnych i sprowadzających się do jednego mianownika- służba zdrowia. Dzięki blogowaniu poznałam drogą emailową pewną dziewczynę, która podobnie, jak ja, cierpi na reumatyczną chorobę autoimmunologiczną. Los, który mnie w tym temacie mocno póki co oszczędza, z Nią obchodzi się okrutnie. Jej odmiana jest niezwykle zjadliwa, przez co dziewczyna musiała przejść kilkanaście operacji. Na geny nie ma rady, lecz podczas jednej z operacji została Ona zakażona bodajże gronkowcem, czy innym paciorkowcem i pozostawiona samej sobie. Nie dosyć, że organizm jest umęczony samym procesem chorobowym, to jeszcze dowalono jej infekcję i pozostawiono na pastwę losu. Kiedy dziewczyna się ogarnęła i zorientowała, że jeśli sama sobie nie pomoże, to nie może na lekarzy liczyć, okazało się, że jest już za późno i noga nadaje się tylko do amputacji.
Dziś poznałam historię dosłownie zza płota. Moja sąsiadka, która ledwo przekroczyła trzydziestkę, została jakiś czas temu poddana jakiemuś rutynowemu zabiegowi. Przy okazji lekarze wszczepili jej gronkowca. Zbywana przez lekarzy, nieświadoma infekcji, zorientowała się dopiero wówczas, gdy ta zaatakowała narządy wewnętrzne, w tym najważniejsze organy: serce i nerki.
Nie wszystko, co złe w służbie zdrowia da się wytłumaczyć barakiem pieniędzy. Nikt też nie wmówi mi, że to są jakieś siły wyższe, przypadki losowe, których nie dało się uniknąć. Do licha, mam zwierzęta, które niejednokrotnie przechodziły szereg operacji i zabiegów (najczęściej sterylizacja), mniej lub bardziej trudne porody i nigdy, przenigdy, nie doszło do zakażenia zjadliwą bakterią. Niejednokrotnie już o tym mówiłam w kręgu znajomych i rodziny, powtórzę to teraz publicznie: moje psy mają lepszą opiekę medyczną, niż ludzie w tym kraju!

Znajoma mojej koleżanki, szczęśliwa przyszła mama dwójki bobasów czekających na wydostanie się z brzuszka na dzienne światło, poszła –zdrowa jak przysłowiowa ryba- na cesarskie cięcie. Tą drogą na świat przyszła dwójka dzieciaczków- nowych obywateli naszego kraju. Dwa dni później, mama, zamiast tulić swe dzieci do piersi, zapadła w śpiączkę!
Jednym z poważnych powodów, dlaczego nie zdecydowałam się na wydalanie z siebie  potomstwa, jest właśnie ów poziom krajowej służby zdrowia. Jeśli chcecie, abyśmy rodziły obywateli, którzy będą pracowali na przyszłe emerytury, do cholery- nie zabijajcie nas!

Opowiem Wam historię, z nieco innej bajki, o jednym małym chłopcu. Ma na imię Patryk i ma 6 lat. Urodził się z uszkodzonym ośrodkowym układem nerwowym i rozwija się z opóźnieniem. Dzięki takim, często anonimowym, dobrym ludziom, Patryk czyni znaczne postępy. W kraju, gdzie na służbę zdrowia nie można liczyć, musimy wspierać się sami.
Rodzice Patryka mają tylko jedno marzenie- móc w przyszłości porozumieć się ze swoim synkiem. Oddaję im głos:

Patryk urodził się w październiku 2004 roku.  Nasze dziecko przyszło na świat z wrodzoną  stopą końsko-szpotawą i 10 punktami w skali Apgar . Niestety bardzo wcześnie, bo już po trzech miesiącach okazało się, że jego rozwój całościowy jest zaburzony.  Stwierdzono uszkodzenie ośrodkowego  układu nerwowego.  Od tego czasu rozpoczęliśmy jego intensywną rehabilitację. Dzięki ćwiczeniom  zaczął samodzielnie siedzieć w wieku 12 miesięcy a raczkować jak miał półtora roku. W wieku dwóch lat przeszedł operację stopy i od tej pory mógł zacząć naukę chodzenia, którą udało mu się opanować w wieku prawie 3 lat. Niestety rozwój ruchowy nie poszedł w parze z rozwojem psychicznym. Patryk miał problemy z koncentracją, skupieniem uwagi, nie potrafił się bawić tak jak inne dzieci, nie mówił. Problemy z mową pogłębiły się dodatkowo przez nawracające ropne zapalenia migdałów, które spowodowały, że Patryk miał przez długi czas zatkane przewody słuchowe.  Skończyło się to operacją usunięcia migdałów i drenażem uszu.  Patryk ma teraz 6 lat i wciąż wymaga bardzo dużego wsparcia i intensywnej wielokierunkowej rehabilitacji.  Obecnie ma cotygodniowe zajęcia z rehabilitantem ruchowym, pedagogiem specjalnym i neurologopedą. Część z tych zajęć jest odpłatna a miesięczny koszt takiej rehabilitacji jest znaczny i wynosi  500 złotych. Do tego dochodzą prywatne konsultacje u lekarzy oraz leki i suplementy, które musi przyjmować.  Patryk w dalszym ciągu nie mówi, choć coraz częściej próbuje się z nami porozumiewać gestem, coraz więcej rozumie. Uczy się samodzielnie jeść, ubierać. Patryk uczęszcza do masowego przedszkola ale ze względu na nadruchliwość  trzeba go cały czas pilnować i może tam przebywać tylko godzinę. Ale Panie i dzieci w przedszkolu bardzo dobrze się nim opiekują a on wielu rzeczy się tam nauczył. Chcielibyśmy, aby od września mógł uczestniczyć w zajęciach w szkole dostosowanej do jego możliwości i potrzeb.  Patryk jak każde dziecko ma swoje ulubione zajęcia lubi bawić się w wodzie, na basenie i w wannie, lubi jak mu się puszcza bańki mydlane, zawsze zauważy przelatujące na niebie ptaki i wirujące na wietrze papierki. Bardzo lubi słuchać muzyki i jak mu się śpiewa.
W związku ze znacznymi kosztami związanymi z potrzebami Patryka założyliśmy mu  w „Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Ochrony Zdrowia” subkonto, na które zbieramy wpłaty pochodzące z 1% podatku.
Dzięki wpłatom za ubiegły rok nasz synek mógł uczestniczyć w dwutygodniowym turnusie rehabilitacyjnym w ośrodku „Neuron” w Małym Gacnie (koszt 4100 zł ) i w tygodniowym turnusie w Międzynarodowym Instytucie dr Swietłany  Masgutowej we Wrocławiu (koszt 3000 zł).  Poza tym mogliśmy sfinansować prywatne zajęcia z terapeutami . Dziękujemy wszystkim, którym nie jest obojętny los naszego dziecka.
Bardzo prosimy o wsparcie naszych działań, które pozwalają naszemu dziecku lepiej się rozwijać i zrozumieć otaczający go świat.
Jeśli ktoś chce przekazać 1% swojego podatku na rehabilitację Patryka wystarczy, że na końcu zeznania podatkowego w części poświęconej  przekazaniu 1% podatku na rzecz OPP zostanie wpisany nr KRS fundacji 0000050135 i kwota jaką chce się przekazać, a poniżej w części „Informacje uzupełniające” w rubryce: cel szczegółowy 1% wpisze się hasło „JARMUSZ” (wtedy pieniądze trafią bezpośrednio na konto dla Patryka).
Jeśli ktokolwiek chciałby wspomóc nas choćby najdrobniejszą  kwotą pieniędzy prosimy o wpłatę na konto: Dolnośląska Fundacja Rozwoju Ochrony Zdrowia
Bank Pekao S.A. I Oddział Wrocław  45 1240 1994 1111 0000 2495 6839 z dopiskiem darowizna na cele ochrony zdrowia „JARMUSZ”
Adelina i Wojtek Jarmuszewicz”


Obecnie mamy do czynienia z lawiną próśb o przekazanie 1% podatku na potrzeby rozmaitych fundacji. Za każdą taką prośbą kryją się ludzkie dramaty i mozolne wyszarpywanie życiu kolejnego dnia. Dzięki zwykłym ludziom, rzadko dzięki służbie zdrowia, owe dni nie są stracone.
Jeśli jeszcze ktoś nie znalazł pomysłu na przekazanie dla jakiejś fundacji swojego procentu, mam nadzieję, iż pochyli się nad przypadkiem Patryka, za co, w imieniu rodziców, serdecznie dziękuję.

niedziela, 20 lutego 2011

Jak niedziela, to ludowe!

„Ja strasznie lubię ludowe”!- Tymi słowami wita mnie każdej niedzieli dżingiel w Radiu Wrocław. Co tydzień bowiem, na antenie tegoż radia, prowadzona jest od 7.00 do 11.00 rano audycja „lista przebojów ludowych”. Gdy zaś w niedzielny poranek rozbrzmiewa ów dżingiel, jęczę i skrywam głowę pod poduszkę. Nie znoszę bowiem ludowych. Myślicie zapewne, że to przecież nic trudnego przełączyć się na inną stację. Otóż mylicie się. Po pierwsze następną stacją jest czeska rozgłośna katolicka i już sama nie wiem, co stanowi większy hardcore (zawsze myślałam, że Czesi to ateiści, a w najgorszym wypadku Husyci), ale po drugie i najważniejsze, dzielę przecież przestrzeń życiową z Chłopem. Nie wiem dlaczego, ale wyczuwam tu pewną perwersję, Chłop z entuzjazmem wita niedzielny poranek i energicznie kopie mnie pod kołdrą, abym rozpoczęła ten dzień, jak najszybciej. Ja zwlekam, ile tylko mogę, aż psy zaczynają nogami przebierać. Koło 9.00 wychodzę z łóżka, włączam tę nieszczęsną audycję, wysłuchuję sprośnych ludowych piosenek i patrzę na roześmiane pycho Chłopa radośnie pogwizdującego, powiedzmy, że w takt i rytm melodii. Pogwizdy owe są raczej z boku melodii, ale to i tak nie ma większego znaczenia, gdyż ludowe mają to do siebie, że tam nikt w melodii nie tkwi.
Z czym mam problem? Przecież bardzo lubię muzykę folkową. Uwielbiam kapele wywodzące swój rodowód od nurtu ludowego. Nie jestem natomiast w stanie przełknąć „źródła” owych inspirujących moich ulubieńców kapel.
Może cały problem tkwi w tym, że bozia dała mi jako taki słuch muzyczny? Chłop, mimo tylu swoich zalet, ani poczuciem rytmu, ani melodii, nie dysponuje. Radośnie więc rechocze tam, gdzie ja krzywię się, bo moje ucho nie może tego ścierpieć i niestety, czasem dołącza się on do kapeli swym „śpiewem”.
Podoba mi się bardzo otoczka, te starsze babeczki, które czerpią radość z tego, że się po prostu świetnie przy tym bawią, kolorowe stroje, ten dystans do siebie. Cieszy to, że mają radosne hobby, a nie tylko klepią różańce i modlą się o lekką śmierć.
Fajnie, niech to wszystko sobie będzie, ale dlaczego ja muszę tego słuchać?
Uwielbiam bawić się słowami, wyłuskiwać dwuznaczności, czy nawet wieloznaczności, tworzyć metafory, często te rubaszne, nie jestem jednak w stanie przyjąć bez jęków prostego, ludowego, podanego na tacy, sprośnego tekstu, śpiewanego przez bezzębnych staruszków, którzy niejednokrotnie narzekają, jaka to młodzież dziś ordynarna, niewychowana, bezczelna i wulgarna. Nie młodzi to stworzyli i nie oni tak śpiewają:

„Idzie Maryś drogą, komary ją gryzą,
urwała se lipkę, omiata se cipkę”

„Siedziała na dębie, dłubała se w zębie,
Myślały ludzie głupie, że grzebie se w dupie”.

„Srała baba srała w garnek malowany,
dupa jej furgała, jak stare organy”.

„Srała baba w garnek, aż po lesie grzmiało,
Przykryła fartuchem, żeby nie śmierdziało”.

„Na Bochurskim Dziale diabeł golił babę, 
jak mi nie wierzycie kłaki leżą w życie”

„Cipka i kutasek wozili se piasek, 
popatrz się kutasku jaka fura piasku”

„Jak szedłem z Dynowa najadłem się rzepy, 
jaja mi stanęły jak dębowe cepy”

„Wisiały wisiały jaja u powały, 
a te głupie dziwki myślały że śliwki”

„Co ja się najeździł siwymi koniami, 
jeszczem tak nie użył jak między nogami”

„Żenił się nie będę, aż mi sto lat minie, 
aż mi się fujarka w obwarzanek zwinie”

„Tańcowała baba z Pickiem:
Wybiła mu zęby cyckiem.
Teraz Picek zgubił zęby
Zrobiła się dupa z gęby
Teroz Picek oślepiony,
Baba ściąga kalesony.
Oj, to stara ci cholera
Już do Picka się zabiera”.

Pewnego pięknego majowego dnia, wpadliśmy na pomysł wzięcia udziału w imprezie, znanej jako święto kultury południowosłowiańskiej, w Bolesławcu. W naszych okolicach bowiem mieszka sporo reemigrantów z terenów byłej Jugosławii. Kultywują oni stare obyczaje, mające swój rodowód zarówno w dawnej Polsce, jak i w Serbii, serbską kuchnię i folklor. Gwiazdą imprezy był cudnie śpiewający (o dziwo, można!) i tańczący zespół z Serbii „Lala”. 

Naprawdę, doceniam profesjonalizm tego typu grup.

Niestety, nie można tego było powiedzieć o reszcie zawodzących uczestników, znanych nam właśnie z radiowej listy ludowych przebojów.





Jednym z elementów owej imprezy było przygotowanie serbskiej pity (która nic wspólnego ze znaną nam pitą z fastfoodów nie ma). Wodzirej, który z godziny na godzinę miał coraz bardziej w czubie, co rusz popijając z polskimi czy też rdzennymi Serbami, postanowił ożywić imprezę i wciągnąć na scenę jakiegoś faceta, na którym babinki mogłyby trochę sobie poużywać. Facecik miał bowiem posmakować trudu wałkowania ciasta na ową potrawę. I tu przebudził się mój Wewnętrzny Diabeł, gdyż wyczułam szansę na małą prywatną zemstę za ludowe. Jako zainteresowana nowinkami kulinarnymi, zaciągnęłam wcześniej Chłopa pod samą scenę. Teraz wystarczyło tylko lekko wymanewrować się do tyłu, dać oczami znać zawianemu, a więc podatnemu na manipulację, wodzirejowi, któregoż to facecika można sponiewierać. Tak, kochani, na scenę wszedł Chłop we własnej osobie, ku uciesze baby, która turlając się ze śmiechu cykała fotkę za fotką.


Konferansjer przedstawia Chłopa


Chłop przy pracy, cudowny widok :-)

Dumny z siebie Chłop wygląda tak, jak powyżej :-)

Chłop nie dał się sponiewierać. Wałkowanie ciasta to jedyna czynność, którą wykonuje on w kuchni. Uwielbia pierogi, a ja nie mam zdrowia, aby wyrabiać i wałkować ciasto. Do ciasta zakupiliśmy maszynę, ale jak mają być domowe pierogi, chłop musiał do perfekcji opanować sztukę wałkowania. Zamiast "bęcków" od babeczek i utrąbionego wodzireja, zyskał wielki szacun. 

Po tych okropnych przeżyciach, które poraniły moje uszy, udaliśmy się na najlepszą na świecie kawę mrożoną, jaka podaje bolesławiecka Kurna Chata.


Kiedy ja delektowałam się kawą, Chłop dorwał się do cycatej baby:
Mówił potem, że była trochę drętwa.

Z naszymi "ulubieńcami" z listy przebojów ludowych mieliśmy okazję spotkać się na zamku Grodziec. Pojechaliśmy tam zwabieni obietnicą rekonstrukcji pojedynków średniowiecznych, a natknęliśmy się na "Swojaków". W albumie na facebooku napisałam najlepiej oddający moje uczucia komentarz: "niech je cholera weźmie po trzykroć!"


Kiedy już zabrzmiała czwarta piosenka, według nas taka sama jak pierwsza, nerwowo zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym zastrzelić basistę. Nie dosyć, że grał na roztrojonym basie, to w dodatku cały czas się mylił. Widząc moje dziwne zachowanie, zmierzające ani chybi do destrukcji jakiegoś elementu tej imprezy, żywego lub martwego, przechwycił nas strażnik. Po rewizji i sprawdzeniu ważności biletów wstępu, zaproponował zrobienie sobie z nim zdjęć, z czego skorzystaliśmy. 



Więcej na ludowe na żywo się nie wybieramy!

Jako, że w tym temacie było wiele serbskich klimatów, zapraszam na prawdziwą, artystyczną, muzyczną serbską ucztę- Goran Bregovic- Kalashnikov.


poniedziałek, 14 lutego 2011

I z prawa i z lewa...

Wczoraj przyłapałam Chłopa na czytaniu mojego ostatniego wpisu na blogu.
-I co?- pytam- Podoba ci się?
-Nie!
-Dlaczego???
-Bo nie ma tam Chłopa.

Dziś zatem w roli głównej wystąpi nie tylko Chłop, ale jeszcze w dodatku mamuśka!

Czwartkowy wieczór. Dokańczam jakieś swoje sprawy na komputrze. Spieszę się, gdyż za 10 minut zaczyna się „Castle”, a potem „House” W owe 10 minut zamierzam przygotować szybką kolację, by w miłej atmosferze odmóżdżyć się przed telewizorem.
Telefon zaś dzwoni, jakby chciał, aby ktoś go odebrał.
Zerkam na wyświetlacz- numer teściów. Odbiera go z drugiego pokoju Chłop. Dochodzi mnie niepokojąca treść rozmowy, Chłop bowiem tłumaczy się, jęczy, coś jakby mówił „nie, nie dam ci jej do telefonu”... „jest zajęta”...
O jezu, mamuśka”!- Myślę sobie, -„Chyba nawaliłam”!
Chłop wobec argumentów mamuśki prezentuje marną siłę przebicia. Tylko w konfrontacji mamuśka i ja, zdarza mu się jęczeć i wyrywać resztki włosów z głowy: „Boże, te baby..., już nie wytrzymam!” Nie poczytuję mu tego za seksizm, gdyż czasem muszę przyznać, iż sporo ma racji.
-Odbierz telefon, mamuśka chce z tobą rozmawiać.
-Chyba żartujesz?! Nie ma mowy!!!
-Odbierz!
-Nie chcę, boję się! Zapytaj, czego ode mnie chce, to ja to zrobię! Nie chcę z nią gadać!
-Odbierz, ona chce rozmawiać tylko z tobą.
Z teściową trzymam sztamę w sprawach dekorów. Jest plastykiem, w dodatku obdarzona przez naturę talentem, pomaga mi merytorycznie i czasem nawet podsyła materiały. Myślę więc sobie, a może faktycznie ma mi coś do powiedzenia? I wiecie, co ja durna zrobiłam? Odebrałam telefon! I zaczęłam zbierać, jak dziad do wora: że ja sobie chyba żartuję, że nie wstawiłam zdjęć szczeniąt na jej stronę internetową, że ona głupią z siebie zrobiła, że straciła klientkę, że podała chętnej na psa adres strony i tłumaczyła, gdzie na zdjęciu jest pies, którym się interesuje, a tam zdjęć nie było i że co ja sobie w ogóle wyobrażam?
To było pytanie retoryczne, gdyż wcale nie chciała słuchać odpowiedzi. Ledwo coś bąknęłam na swoje usprawiedliwienie, że „nie miałam czasu bo...”  okazało się, że teściowa jest specjalistką od prowadzenia stron internetowych.
-Przecież to ci zajmie kilka minut, co ty mi tu, że czasu nie miałaś!
Pozostało mi tylko odpowiedzieć w krótkich żołnierskich słowach „Towarzyszko mamuśko, melduję, że rozkaz zostanie wykonany za 10 minut”!
-Dobrze, dobrze, zaraz wkładam zjęcia. Ale bez ozdobników- dodałam.
-A na cóż mi twoje ozdobniki?! Zdjęcia mają być!- usłyszałam dźwięk rzucanej słuchawki.
Nacisnęłam przycisk „off” i ręka mi drgnęła. Z wielkim trudem powstrzymałam odruch rzucenia telefonem przez zamknięte z racji pory roku okno. Pomyślałam, że niektóre szybki są w naszym domu zabytkowe, robione jeszcze starą metodą odlewniczą, szkoda ich tak po prostu zniszczyć jednym rzutem.
-I co?- usłyszałam Chłopa za swoimi plecami.
Rany boskie, czy faceci nie mają instynktu samozachowawczego? Zaraz oberwie za mamuśkę, bo we mnie narasta coś, czego nie potrafię nazwać.
-Co CO???- wybucham- Musisz mnie wołać do telefonu, skoro wiesz, że dzwoni tylko po to, aby mnie opierdzielić? Co to w ogóle są za obyczaje, żeby jeździć po człowieku, jak po łysej lamie?!
Chłop się troszkę skulił.
-I co teraz?- zapytał
-To, że kolacji nie będzie!!!

Owa historia, której poniżej będzie ciąg dalszy, stanowi pretekst, aby pokazać Wam maluszki, jakie urodziły się i oczekują na nowych właścicieli w hodowli z Niedźwiedziej Gawry. Hodowla to bowiem stara i z tradycjami.  Kiedy spotykam na ulicy nowofunlanda, bernardyna, czy berneńczyka, myślę o wkładzie, jaki kilkadziesiąt lat temu miała mamuśka w rozpropagowanie tych ras. Hodowla z Niedźwiedziej Gawry wywarła znaczny wpływ na rozwój tych ras i do czasu otwarcia się Polski na świat, prawie wszystkie (albo wszystkie) urodzone w Polsce psy wyżej wspomnianych ras, pochodziły lub miały w rodowodzie przodków z Niedźwiedziej Gawry. Więcej szczegółów na temat historii hodowli tutaj.
Czasy się zmieniają, nawet rasy psów ulegają trendom i modom. W rozmowie ze mną mamuśka dała mi do zrozumienia, że tęskni za starymi liniami swoich sztandarowych ras i nie akceptuje tego, co się dziś z nimi wyprawia. Przyznaję jej rację, gdyż często oglądając na wystawie przebudowane bernardyny i coraz bardziej upodabniane do nich berneńczyki, do których mam szczególną słabość, czuję, że nie bardzo chciałabym mieć psy o takich cechach.

Mamuśka spełniła obecnie marzenie swojego życia i od kilku lat hoduje duże szwajcarskie psy pasterskie (do niedawna zupełnie u nas nie znane, w latach komuny absolutnie niedostępne) oraz popularniejsze buldogi angielskie i szpice w różnych, ale tylko małych odmianach.

Skoro przeze mnie mamuśka straciła klientkę (co to za klientka, co nie poczeka jeden dzień na fotki!) to postanowiłam się zrehabilitować i wrzucić maluszki na bloga. Może akurat ktoś szuka porządnych, rodowodowych, szwajcarów czy szpicków w przystępnej cenie?

Duży szwajcarski pies pasterski, miot urodzony 8 stycznia. Do odbioru po przeglądzie hodowlanym, tatuażu,  i kwarantannie poszczepiennej wraz z metryczką i książeczką zdrowia w wieku ok 8 tygodni. W ciągu weekendu zamówione zostały dwa pieski z tego miotu, na właścicieli czeka jeszcze jeden piesek i suczka.



Mamuśka zaczęła gadać ludzkim głosem, więc szczeniorki wsadziłam w ramki :-)

Przy wpisie dotyczącym Triss wspomniałam o zjawisku, które nazywam magią imienia. Z racji tego, że mamuśka od kilkudziesięciu lat przelatuje alfabet od A do Z i to wielokrotnie, brakuje jej już imion dla swoich psów. Często prosi mnie o pomoc w wyszukaniu oryginalnych, ale nie pretensjonalnych i ekstrawaganckich (jak to jest w mojej hodowli) nazw, co sprawia mi, nawiasem mówiąc, niezłą frajdę. I wyobraźcie sobie, że z całego miotu urodzonego 14 września zeszłego roku, tylko GODOT, obecnie pięciomiesięczny piesek, nie znalazł nowego domu. Jeśli jest w eterze ktoś, kto CZEKA NA GODOTA, proszę o bezpośredni kontakt z hodowlą. W odróżnieniu od postaci literackiej nasz Godot istnieje w realu :-)


Godot z rodzeństwem kilka miesięcy wcześniej

W hodowli jest jeszcze półtoraroczny DIAMONT z Niedźwiedziej Gawry, który  również szuka nowych właścicieli. Może ktoś woli pominąć cudny, ale lekko upierdliwy okres szczenięcy i preferuje odchowane psiaki.





I jeszcze słodkie, małe kuleczki, pieski z "innej bajki". Jeśli kogoś interesują szczegóły, proszę zajrzeć tutaj

Szpic mały biały

Poniżej szpic mały kolorowy współczesny:




Jeśli ktoś ma dylematy dotyczące psów rodowodowych i tych bez, lub po prostu chciałby wyrobić sobie obiektywne zdanie na ten temat, proszę zapoznajcie się z tą stronką stop pseudohodowcom. To nie jest propaganda hodowców, ale kampania społeczna mająca na celu dobro zwierząt. Myślę, że jeszcze niejednokrotnie poruszę ten temat.

Kolacja jednak była. Wrzucenie fotek w ów czwartek na stronę zajęło mi 7 minut, na zrobienie prostej kolacji zostały trzy minuty. Zawsze można, hm... „liczyć" na punktualność TVP, więc zyskałam dodatkowe dwie. Niestety, po miłej atmosferze nie został nawet lekki smrodek. Na skutek niemożności dania upustu swym uczuciom, strzelam focha, czyli inaczej -zaliczam blokadę. Blokada jest całkowita i nie podlega mojej woli, objawia się kamiennym milczeniem. Smaruję sobie te kanapki w grobowym milczeniu, atmosfera tak zagęszczona, że można siekierę zawiesić. Chłop się kręci, zagaduje, próbuje wykrzesać ze mnie odrobinę emocji, w końcu zniecierpliwiony macha ręką.
-Aaaaa... bo wiesz ty co? Na blogu to ty jesteś taka i z prawa i z lewa, a jak przychodzi co do czego, to na mnie wszystko się skupia!
Jezus Maria! Co to oznacza, że jestem na blogu i z prawa i z lewa? Blokada jest jednak silniejsza od ciekawości.
Oglądam oba filmy, ale cały czas nurtuje mnie to „i z prawa i z lewa”. Blokada na chwilę pęka, gdy House pod koniec odcinka mówi: „jestem największym popaprańcem na świecie”.
-He, he,he...- wydaję zduszony rechot, bo znam większych.

Przed snem odblokowało mnie częsciowo, gdyż błysnęła mi myśl obsmarowania mamuśki na blogu.
Przewracam się z boku na bok, sen nie nadchodzi. O 1.00 czuję potrzebę porozmawiania o tym nurtującym mnie określeniu, ale Chłop śpi snem kamienym. Zatem się wiercę. Chłop śpi. Hm... jeszcze raz, wiercę się i wiercę. Chłop nadal śpi. Wiercę się, wiercę, wiercę i wiercę... Chłop zaczyna się wiercić.
-Śpiiiiisz?- zadaję to ulubione przez wszystkich w środku nocy pytanie i czekam na reakcję.
-A co?
-A bo ja nie mogę spać.
-No ja też- ku mojemu zdumieniu odpowiada Chłop.
Lekko baranieję, bo głowę bym dała sobie uciąć, że przed chwilą słyszałam miarowe delikatne pochrapywanie, ale nie to mnie akurat zajmuje.
-Powiedz mi, co to znaczy, że ja na blogu jestem i z prawa i z lewa?
-CO????
-Tak powiedziałeś, jak robiłam kolację, że na blogu to ja jestem i z prawa i z lewa, a jak przychodzi co do czego, to na tobie się wszystko skupia. Ja tego nie rozumiem. I zdania nie rozumiem, a kontekstu, to już wcale.
-Co ty gadasz?! Ja nic takiego nie mówiłem, coś ci się przyśniło! Idź spać!

Ja pierdzielę!!!


Mam tak codziennie.
U nas nazywa się to, że
mamuśka ma zepsuty głośnik w telefonie :-)



Wszystkim nas odwiedzającym życzymy słodkich walentynek :-)


sobota, 12 lutego 2011

Słodkie popierduszki.


Lubię określenie „słodkie popierduszki”, w odróżnieniu od, robiącego coraz większą karierę, stwierdzenia „poprawność polityczna”. Zauważyłam, że każdy używa „poprawności politycznej” na swoje potrzeby. Każdy chce być postrzegany, jako ten idący pod prąd. Jeśli w coś mocno się wierzy i emocjonalnie angażuje, to każdy inny punkt widzenia nazywa się „poprawnością polityczną”. Określenie to stało się zwykłym narzędziem manipulacji i zdałam sobie sprawę, że sama nieświadomie w tym właśnie celu go używam. Ogłaszam więc mój rozwód z „poprawnością polityczną” i zamieniam ją na „słodkie popierduszki”. W dodatku, nie wiem czy słuszne mam wrażenie, ale owa „poprawność”, jako określenie, została wykreowana przez niejakiego ojca Rydzyka. Jest to ostatnia postać, o której chciałabym powiedzieć, iż ma wpływ na używane przeze mnie środki wyrazu.

Podsumowując poprzedniego posta, winna jestem Wam jedno wielkie zbiorowe podziękowanie. Nie chodzi mi o to, że ktoś opowiedział się po mojej stronie, czy też nie, czy spodobała mu się forma mojej wypowiedzi, czy wręcz odwrotnie, powiedział sobie w duchu, że przesadzam i naprawdę mnie pogięło, ale o fakt, że w owym moim, nazwijmy go, „odmiennym stanie emocjonalnym” po prostu byliście ze mną i wsparliście mnie dobrym słowem. Dziękuję za pozytywną energię wyrażoną werbalnie i ciepłe myśli. Dziękuję za maile na priv, które uświadomiły mi, że zjawisko to jest powszechniejsze, niż mi się wydawało. I wreszcie dziękuję mojej kochanej Halynce z bloga Niedoszuflady, która nie dosyć, że zwerablizowała pozytywne wzmocnienie, to jeszcze je zwizualizowała. Na pewno się nie obrazi za to, że pokażę, jak wygląda owa pozytywna energia, zwana niekiedy i przez niektórych „wazeliną”.


Chciałam zadedykować i przesłać dalej owe pozytywne wzmocnienie dla Sarenzir z Niebieskiego Domku, która walczy w tej chwili o życie swojego kota. Wiem, co to znaczy zmagać się z chorym zwierzęciem, będącym na krawędzi śmierci, tak naprawdę walczyć o życie swojego przyjaciela. Nam się udało wygrać walkę o życie suczki, choć przez to przedwcześnie osiwiałam. Jeśli to miałby być jedyny skutek uboczny owej walki, to pamiętaj, że dziś już są bardzo dobre farby do włosów :-) W każdym razie trzymaj się, nie poddawaj!!!

Wracając do Halynki i jej świeżego jeszcze bloga, to powiem Wam, że dziewczyna odkrywa dla mnie inny wymiar życia. Ona, i tylko ona, jest w stanie uchwycić swoim wypasionym aparatem takie rzeczy, że odlatuję w kosmos! W tym poście, na ostatnim zdjęciu, uchwyciła moment robienia kupy przez sarnę!!! Na powiększeniu widać każdy włosek układajacy się na zadku. Tego nie zobaczycie w żadnym przyrodniczym programie. Halynka, jesteś wielka!!!

Kilka dni temu, a może to już kilkanaście, niespodziewanie zostałam obdarzona wyróżnieniem od Ataner.


Kochana, bardzo Ci za to dziękuję. To bardzo miłe uczucie znaleźć się w gronie dziesięciu ulubionych Twoich blogów. Takie wyróżnienia są przemiłe, choć odczuwam też zażenowanie, gdyż nie wydaje mi się, abym czymkolwiek na to zasłużyła. Jestem tu sobą i tyle. Ale nie mnie to oceniać. Złamię zasady, bo u siebie zasady tworzę tylko ja, i nie wybiorę dziesięciu ulubieńców. Wszyscy oni znajdują się na paskach po prawej stronie. Zaglądam też do innych miejsc, których z jakichś względów (pewnie coś chrzanię) system nie wkłada na stronkę. Nie mogę wybrać, które światy pasują mi bardziej, które mniej, gdyż to zależy od mojego humoru i okoliczności przyrody. Gdy niedawno trzaskały mrozy, po śniadaniu i nakarmieniu zwierząt, siadałam przed monitorem i oblatywałam wszystkich osiedleńców sprawdzając, czy przeżyli noc, czy coś się komuś nie stało, nie zamarzł, nie stała się jakaś tragedia. Omiatałam wzrokiem, gdzie było to możliwe, i umysłem, gdy zdjęć nie było, stan kóz w obórkach i to, czy konie piły dziś z rozmrożonego z trudem  kranu, czy trzeba było biegać do nich z wiadrami. Potem dopiero dawałam porwać się na wycieczki po krajach, miastach, albo ludzkich myślach.
Wszycy dostarczacie mi emocji i wszyscy zasługujecie na wyróżnienie.

Korzystając z tego, że tak słodko i miło się dziś zrobiło, pokażę kilka prac, jakie wykonałam w styczniu. Nie było wcześniej okazji ich zaprezentować. Są to przede wszystkim pirografy, gdyż udupiona przez porę roku, nie jestem w stanie ruszyć się po jakieś serwetki do decoupage’u. Nadal nie mogę przełknąć faktu, iż serwetka kosztuje 50 groszy, a wysyłka internetowa 10 zł. Nawet jeśli zamówię tych serwetek 20 sztuk, to owe 10 zł stanowić będzie...  ja pierdzielę, mówiłam, że jestem dyskalkuliczką! Siedzę i dumam, ile to będzie stanowić procent??? Dużo!!! Mentalnie ów procent jest dla mnie nie do przejścia. Pojadę zapewne wiosną do Wrocławia, to sobie zaszaleję i przy okazji zrobię zapas serwetek i za te 10 zł, jakie musiałabym wydać na przesyłkę.

Zatem pirografy:



Do wypalenia Indianina zainspirował mnie świat, który przypomina mi Wilk  To moje stare fascynacje, które  wyłaniają się z przeszłości. Wprosiłam się do niego na indiański taniec Pow Wow i nie byłam w stanie tak po prostu nic z tym nie zrobić.

Poniższy obrazek- połączenie pirografii i decoupeage'u wydaje mi się smutny. Jeśli pojawi się tu bieglejszy ode mnie dekupażysta lub ktoś, kto po prostu ma pomysł, bardzo chętnie skorzystam z rad. Obrazek jest polakierowany i nie wiem, czy to nie tzw. "musztarda po obiedzie."




Nie pytajcie, czemu pirografuję dziwki, bo naprawdę tego nie wiem :-)))

Obecnie najczęstszą potrawą, jaka gości na moim stole są racuchy:

Przyrządzam je z jabłkami i bez, z rodzynkami, a nawet z wiórkami kokosowymi. Mniam. Co nie przeszkadza, iż dziś na obiad jadłam czipsy z Biedronki! Kolacja za to będzie prawdziwą ucztą- domowa pizza z piwem. 
Miłego weekendu wszystkim Wam życzę :-)

wtorek, 8 lutego 2011

Dedykacja dla popaprańców.

Są takie chwile, że trzeba czasem schować do szuflady dominującą w życiu dorosłym naturalną, spontaniczną uprzejmość i tak po prostu, po ludzku komuś przypieprzyć. Wylazła ze mnie sama, nie miałam na to wpływu, zakurzona już od jakiegoś czasu, bo rzadko potrzebna, natura gniewna i toksyczna. Kiedyś swoje negatywne emocje i frustracje wytrzepywałam na rockowych koncertach. Dziś środkiem wyrazu moich uczuć jest przestrzeń, jaką stworzyłam sobie w tym właśnie miejscu.

Moi drodzy stali czytelnicy i obserwatorzy oraz ci, którzy zaszczycają mnie swoimi komentarzami, wszyscy, którzy zostawiacie tu po sobie jakiś ślad- to NIE JEST post skierowany do Was! Wyluzujcie się, chwyćcie mocno krzeseł, bo dziś pojadę ostro po bandzie. Będę się wyrażać i obrażać. Intencjonalnie i nie bez powodu. Będę mówić o zjawisku bardzo powszechnym i omawianym na wszystkie sposoby tysiące razy. Zjawisku, które dla mnie jest jeszcze w miarę nowe i z którym jeszcze się oswajam. Wiem, że dzięki temu postowi, który mocno przemielę przez mój własny punkt widzenia, jak i poprzez przypieprzenie temu i owemu, uporam się z tym problemem i przejdę nad nim do porządku dziennego. To, na co nie mamy wpływu, nie powinno zajmować naszych myśli i cennego czasu. Zrobię to więc tylko raz (mam nadzieję), ale za to solidnie.

Piszę na blogu od pół roku, nigdy wcześniej blogów nie czytałam. Rzadko też zaglądam na komentarze na witrynach internetowych, z chamstwem generalnie mam więc mało do czynienia. Wiem, co to trolling, spaming, etc. Zdaję sobie też sprawę, że w tym kraju, gdzie jest tyle samo wariatów, co katolików, lepiej nie włączać opcji „anonimowych komentarzy”. Dzięki temu, póki co, żadne szumowiny nie zostawiają u mnie swoich pokręconych wynurzeń. Oczywiście, nie mówię tu o rzeszach anonimowych czytelników, czy gości, których jest większość i których serdecznie pozdrawiam, lecz o tych, którzy dla samej przyjemności, dowalają komu i gdzie popadnie. Wiem, że blokując anonimowe wypowiedzi tracę cenne uwagi normalnych, zdrowych na umyśle, użytkowników internetu. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę, zawsze można do mnie napisać na maila.
Niestety, nie wystarczy stworzyć sobie bezpiecznej przestrzeni, gdyż w łeb komentarzem można dostać rykoszetem na innych blogach.

Ludzie różnie radzą sobie z tym problemem, albo nie radzą sobie wcale. Jest mnóstwo przykładów kasowania postów lub nawet całych blogów ze względu na czyjeś szydercze, obraźliwe czy po prostu bolesne wypowiedzi. A ja się pytam, dlaczego ma mnie terroryzować byle jaka łajza szwendająca się od bloga do bloga? Dlaczego owa łajza ma narzucać mi, czy komukolwiek innemu, konwencje w jakich owe blogi tworzymy?
Wiem. Mądry człowiek przemilczy temat, kierując się zasadą, iż komentujący sam wystawia sobie świadectwo własnym wpisem. Kulturalny nie użyje słowa „łajza”, ani „szumowina”, ani „popapraniec”. Ja NIE jestem mądra i NIE jestem dziś kulturalna. Mało tego, jestem na tyle głupia, iż wkładam paluchy między drzwi, gdyż na równi oburza mnie zarówno personalne obrażanie mnie, jak i niewybredne komentarze w stosunku do innych, często zaprzyjaźnionych ze mną blogersów.

Na moim blogu cenię wszystkie komentarze. Cieszą te dające pozytywne wzmocnienia, gdyż są świadectwem tego, że ktoś myśli i czuje podobnie. Że nie muszę odczuwać przykrości, czy zażenowania, gdy na cudzym blogu popapraniec zostawi komentarz na mój temat, informując obcych ludzi, iż jestem „niezrównoważoną panią”, czy „panią z problemem”. Dzięki wsparciu dobrym, ciepłym słowem, mogę się z tego śmiać, niezależnie od tego, iż sam proceder uważam za obrzydliwy. Jeśli na podstawie moich zainteresowań, czy mojego sposobu postrzegania rzeczywistości, uważasz mnie popaprańcu za świra, napisz to u mnie na blogu, a nie u osób trzecich, lub zamilcz.

Cieszą mnie również komentarze krytyczne, szczególnie te merytoryczne. Z zainteresowaniem czytam komentarze krytyczne- ideologiczne, lecz wówczas ich autorzy muszą lub nie, pogodzić się z tym, że pisząc swoje posty nie jestem w stanie zważać na to, czy przypadkiem nie obrażę ich uczuć religijnych/rodzinnych/narodowościowych. Działam w swojej przestrzeni po to, aby dogodzić samej sobie, a nie innym ludziom, gdyż nie mam możliwości dostosować języka, stylu wypowiedzi, użycia danego wyrazu tak, aby kogoś nie urazić. Jest to indywidualna sprawa i zależy od wrodzonej wrażliwości. Moja wrażliwość zaś jest tylko i wyłącznie moja, nie pasuje do niczyjej innej.
Więcej. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że kogoś wkurzam, obrażam i ten ktoś ma prawo obrzucić mnie błotem. Jeśli ktoś uważa, że ma prawo krytykować mnie za to, jaka jestem, czym się interesuję i jakie poglądy wyznaję, również daję mu prawo do obrzucenia mnie błotem, ale niech to zrobi na MOIM blogu, gdyż mam wówczas trzy możliwości.
  1. Usunąć wpis.
  2. Zelżyć i obrzucić błotem jego.
  3. Zignorować.
Będąc obdarzana ja, czy ktokolwiek inny (personalnie i z podaniem mojego nicka), niewybrednymi komentarzami i epitetami z ukrycia, nie mam żadnej możliwości manewru. A ja w sieci anonimowa nie jestem, tuż obok widnieją wszystkie moje dane, więc równie dobrze, popaprańcu, mogłeś obok epitetów pod moim nickiem podać mój numer telefonu! Jeśli zagram na cudzym blogu tą samą kartą i obrażę obrażającego, obrażę również gospodarza bloga. Pozostawię po sobie niesmak i będzie mi głupio. Jeśli zignoruję popaprańca, cóż... Jak długo mamy ignorować popaprańców, zwykłych tchórzy, chowających się pod sukienką innych blogersów, dając tym samym zielone światło do nazywania nas wazeliniarzami i po prostu wariatami?

Ten post miał być zadedykowany konkretnym popaprańcom. Jednak wyprzedzając mój manewr, pokasowali swoje wpisy, na których przykładzie chciałam przeprowadzić merytoryczną rąbankę. Może to i lepiej, bo jak emocje opadły, mniej zależy mi na personalnej akcji odwetowej, a bardziej na pokazaniu zjawiska. Popapraństwo bowiem występuje niezwykle często i w różnych zabarwieniach, każdy się z nim zetknął lub zetknie w przyszłości. Może ten wpis pomoże komuś wrażliwemu, zdeprymowanemu niewybrednymi komentarzami na swój temat, nie załamywać się i po prostu robić swoje, a nie usuwać posty , czy całe blogi.

Już wyjaśniam, o co chodzi. Każdy z nas tworzy sobie przestrzeń, aby czuć się lepiej. Niejeden z nas nie ukrywa, że blog to forma „terapii”. Piszemy dla siebie w sposób i w konwencji, która nam odpowiada i którą lubimy najbardziej. Dla „moich” popaprańców nasze (między innymi personalnie mój) blogi to zakłamane, sztuczne, poprawne politycznie twory, gdzie kadzimy sobie nawzajem i uprawiamy wazeliniarstwo. Tak kochani, zostawiając komuś pozytywne wzmocnienie w postaci miłego, ciepłego komentarza, jesteśmy wazeliniarzami. Przy tej okazji informuję wszystkich, że wazelinę przyjmuję w każdych ilościach, a tyle ile przyjmę, tyle oddaję innym. Ja ową wazelinę nazywam pozytywną energią.
A nie przyjdzie wam do głowy, popaprańcy wy jedne, że tak po prostu, po ludzku,  mamy potrzebę pisać do siebie miłe słowa, wklejać ciepłe posty nie dlatego, że wymaga tego konwencja, jaką sobie narzuciliśmy, lecz dlatego, że mamy taką potrzebę i tak, a nie inaczej w danej chwili czujemy?
Myślę, że będziecie zadowoleni, gdyż dziś właśnie odczułam potrzebę zadedykowania wam absolutnie nie miłego i nie słodkiego, odartego z niby-konwencji posta. Czy nadal macie wątpiliwości, że gdy piszę o swoich psach, kwiatkach, szmatkach, są to posty sztuczne i wykreowane na potrzeby mojego wizerunku? Po co?
I co też kryje się za tego typu chęciom dowalania innym zza rogu?

Ten post nie jest sprawą wynikłą z jednej awantury. Od sześciu miesięcy bywam na różnych cudzych blogach i już na wstępie natknęłam się na owych popaprańców, którzy „wypuszczają baloniki” w postaci niewybrednej krytyki nie gospodarzy blogów, tylko ich komentatorów. Jadą po ludziach, którzy zostawiają neutralne komentarze, lub pytają o coś autorów blogów. Popaprańcy nazywają to wyrażaniem własnego zdania. Ciekawe, że jak już ludzi poobrażają, znikają, kasują posty i zasuwają „baloniki puszczać” dalej. Lubię krytyczne komentarze poczytać i na cudzych blogach, lecz na boga, merytoryczne! Nie lubię zaś być krytykowana i obrażana na cudzym blogu. Nie nazywam tego wyrażaniem własnego zdania, ani nawet wkładaniem kija w mrowisko, a pospolitym tchórzostwem. Masz coś do mnie- wyraź to u mnie, albo zniknij.

Nie wchodziłam wcześniej na bloga popaprańców, gdyż po jakości komentarzy uznałam, iż są pisane przez sfrustrowanych gówniarzy. Typowa stylistyka niedojrzałego emocjonalnie młodego człowieka. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że to dorośli ludzie, którzy swoją działalnością potencjalnie nawet mogli mnie zainteresować?
Co chcecie tym udowodnić? Że jesteście lepsi od innych? Że wiecie więcej od nich? Że macie większe doświadczenie w swoim stylu życia? Że macie monopol na szczęście, a wszyscy inni szczęśliwych tylko udają? Zazdrościcie szczęścia innym? A może za lepszych uważacie się, gdyż sami siebie nazywacie artystami? Miano artysty nadają ludziom inni. Na to miano trzeba sobie zasłużyć.

Myślę sobie, ciekawe w takim razie, jaką jazdę proponują na blogu swoim czytelnikom i komentatorom, skoro miłe blogi po prostu ich brzydzą. Macie pojęcie? Wchodzę i oczom nie wierzę! Odbywa się tam bowiem słodkie popierdywanie zarówno ze strony autorów, jak i w komentarzach. To jest szczyt hipokryzji- obrażać innych, zarzucać komuś sztuczne konwenanse obliczone na efekt, a samemu kadzić i popierdywać słodko, prowadząc zwykłą reklamową, obliczoną na komercję stronę.

Szanowny Popaprańcu! Jeśli uważasz mnie za osobę niezrównoważoną i mającą problem- napisz to w komentarzu pod moim postem. Jeśli uważasz, że jestem wazeliniarą, nie chcę tego czytać u kogoś na blogu, lecz u siebie, abym mogła do owej wazeliny odpowiednio się ustosunkować.

Chłop mówi, że też chciałby się w tym poście wyrazić. Uwaga, tu mówi Chłop:
-Spieprzaj dziadu, lamy czochrać!
Pozdrawiam
Chłop”



Wariatka z problemami ceni
takich artystów, jak Marilyn Manson
On też zawsze idzie pod prąd,
Wrzeszczy głośno o tym,
Czego inni nie zauważają
Na co zamykają uszy
I oczy
Przeciw całemu światu
Z tysiącem łatek
Przyprawionych przez hipokrytów
Dziś pomaga mi wyrazić siebie


Po prostu: fuck you!


sobota, 5 lutego 2011

Ziemie Odzyskane, czy Ziemie Wycyckane?

Równolegle z ukutym przez komunistyczną propagandę terminem, nawiasem mówiąc idiotycznym i sensu za grosz nie posiadającym- Ziemie Odzyskane, pojawiła się jego parafraza „Ziemie Wyzyskane” lub  „Ziemie Wycyckane”. Myślałam, że po dwudziestu latach termin ten odszedł już w zapomnienie, lecz muszę pogodzić się z tym, iż wszedł on do obiegu, jako nazwa historyczna i wyrugować się go już nie da ze świadomości pokolenia, nawet tego najmłodszego. Póki nasze dzieci i wnuki, tak jak my, historii uczyć się będą z serialów „Czterej Pancerni” i Hans Kloss”, póty schemat złego Niemca i dobrego, podpartego jedynie słuszną socjalistyczną ideologią Polaka, pokutować będzie. A i tak najlepszy i najbardziej sprawiedliwy był czerwonoarmista, bo "dziadowi Polakowi", gołemu i bosemu ubranie dał i w czołg wsadził, a psa kiełbasą karmił.
Nie mam nic przeciwko obu serialom, choć w „Czterech pancernych” najbardziej lubiłam psa, to mimo wszystko wyrośnięcie z pełnej pieluchy i krótkich majtek zobowiązuje dorosłego człowieka do samodzielnego myślenia.

Mit Ziem Odzyskanych jest długi i szeroki, jak rzeka Odra i nie zamierzam wyczerpywać nawet kilku procent tematów z nim związanych. Skupię się tylko na zagadnieniach, które poruszam na blogu i na tematach, po których prześlizguję się prezentując pozostałości po ludziach, którzy odeszli stąd po II wojnie światowej.
Nie chcę być źle zrozumiana, iż przeciwstawiam kulturę „niemiecką” przeciwko kulturze „polskiej” na niekorzyść tej ostatniej, srając tym samym do własnego gniazda. Nie do końca bowiem owa „niemiecka” kultura niemiecką była, a po wojnie owa „polska” kultura więcej miała z bolszewickiej niż z przedwojennej polskiej.
Przede wszystkim, prezentując na blogu przedmioty użytkowe, zabytki architektury, których szczątki zachowały się tu po Niemcach, nie traktuję tematu w kryteriach politycznych. Interesują mnie ludzie, ich wytwórczość, ich domy i sposób postrzegania rzeczywistości, a nie to, do czyjej kasy płacili podatki, czy jakim językiem mówili w szkole i urzędach. W domach swoich bowiem rozmawiali dialektami, w skład których wchodziło dziedzictwo wielu kultur i narodów, dialektami dalece odbiegającymi od literackiego języka niemieckiego.

Skąd zatem wziął się ten odwieczny, wydawałoby się spór o niemieckość, czy polskość tych ziem? Podejrzewam, że gdybyśmy zapytali Czechów, to przede wszystkim oni mieliby największe podstawy, aby wyciągać rękę po te tereny. Śląsk bowiem należał do nich najdłużej.
Wiek XIX był piękny przy tym swoim całym romantyzmie i zrywach narodowych. Niestety, wszystko co piękne i modne z czasem ulega wypaczeniom i degeneracji. Poszukiwanie mitycznych korzeni przez romantycznych bohaterów, stwarzanych przez poetów i filozofów, zainspirowało zwyrodniałych polityków do realizowania swych zboczonych fantazji. Powstały ruchy narodowościowe po wszystkich stronach barykady, a historia i archeologia miała ukonstytuować prawo danej grupy etnicznej do określonego terenu. Odpowiedzią na niemiecki nacjonalizm, był nacjonalizm polski. Jednym z jego elementów  był spór zakompleksionego swym słowiańskim pochodzeniem niemieckiego profesora Gustawa Cossinny (Kozina?) i jego rozjuszonego postawą swego mentora, polskiego ucznia, późniejszego profesora, słynnego archeologa Józefa Kostrzewskiego. To on, na potrzeby propagandy wymierzonej przeciwko propagandzie niemieckich roszczeń w stosunku do Europy Środkowej, ukuł termin „prasłowianie”, którzy jakoby zamieszkiwali te ziemie od zarania dziejów. Chyba do dziś w podręcznikach szkolnych uczy się dzieci, iż Biskupin to gród prasłowian. Robi mi się słabo, gdy słyszę ten termin, gdyż właśnie między innymi dzięki niemu mamy wpojoną od małego dziecka ksenofobię, wyższość Polaka ponad Niemca, Ruska, Żyda, czy członka innej nacji. Czapki z głów dla tego, kto nie wyzbywszy się swej tożsamości narodowej, nie wynosi się ponad całą ludzkość i potrafi obiektywnie uszanować dziedzictwo kulturowe innych narodów.

Przez teren nie tylko Śląska, ale i całej Europy Środkowej, w ciągu tysiącleci, przewinęło się mnóstwo odległych od siebie genetycznie plemion. Mamy tu do czynienia z nie nazwanymi ludźmi, zamieszkującymi tę część Europy od początku istnienia gatunku homo sapiens sapiens, potem przesiedleńcami z Anatolii w czasach neolitu, koczownikami- wojownikami z epoki brązu, aż wreszcie z historycznie udokumentowanymi plemionami Celtów, Germanów, Słowian, którzy przybyli na Śląsk nie wcześniej jak w VI wieku naszej ery. Przypominam, że określenie Śląsk, który dziś kojarzy się wyłącznie z Górnym Śląskiem, dotyczy całego Śląska, czyli również Dolnego. Przybycie Słowian związane jest z okresem Wędrówek Ludów, niespokojnymi migracjami całych plemion w różnych dziwnych kierunkach. Słowianom wypadło pójść ze swych, nie zidentyfikowanych do dziś, pierwotnych siedzib, na północny zachód. W naszym bezpośrednim regionie osiedliło się szereg plemion, pośród których dużą enklawę stanowili Serbołużyczanie, inaczej Serbowie Łużyccy. Tak, to są ci sami Serbowie, którzy zamieszkują na terenach byłej Jugosławii. Skąd się tam wzięli? Otóż najęli się wraz z innymi grupami Słowian do walk przeciwko Awarom i po potyczkach pozostali na Bałkanach.
„Nasi” Serbowie mówią podobnym językiem do Serbów Bałkańskich, są pomostem między naszymi, a dawnymi czasami. A gdzież są owi Słowianie, zapytacie? Otóż po przejęciu Śląska przez władzę polską, zostali stąd całkowicie usunięci. Nie pozostało po nich nic, prócz kilku domów (np. przysłupy). Zabrali ze sobą tradycję, legendy, rzemiosło, historię mającą po części słowiański rodowód. Za Nysą Łużycką żyje do dziś kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy nazywają siebie Serbołużyczanami i mówią swoim językiem, choć niemiecki, jako język urzędowy, obowiązuje tam od setek lat.

Mapa pochodzi z XIX-wiecznego opracowania, obecnie często powielana w internecie na różnych stronach dotyczących języków i dialektów.


Na wschód od Serbów, tuż za rzeką Kwisą, mamy do czynienia z plemionami śląskimi. Pierwotnie, jak najbardziej są to plemiona słowiańskie. W ciągu wieków, na skutek migracji na te tereny różnych grup etnicznych, w tym germańskich osadników, gwary zmieniały swoje brzmienie. Jaki był tuż przedwojną udział słów pochodzących z języka słowiańskiego, czy germańskiego? Wybaczcie, ale to jest temat na habilitację, a nie wpis na bloga.
Plemiona śląskie od łużyckich dzielił do XIII wieku graniczny pas ziemi niczyjej. I na tej niczyjej ziemi, nieopodal rzeki Kwisy, znajduje się nasza miejscowość.

Powszechnie uważa się, i jest to również błąd, że teren Śląska był w XIII wieku masowo zasiedlany przez Niemców. Otóż Niemców w tamtym czasie jeszcze nie było. Śląsk nie był też ziemią pozbawioną osadników. Owszem, istniały enklawy puste, gdzie istotnie, osiedlał się etnos germański, lecz tuż obok lokowali się ludzie przybyli z Czech, a nawet z odległej dzisiejszej Holandii, niejacy Walonowie. Przybyli szukać tu cennych kruszców, złota, srebra, pereł (tak, w Kwisie żyły małże perłorodne), kamieni szlachetnych i nowych ziół. Tu znaleźli swoją ojczyznę i wnieśli istotny, kulturowy i intelektualny wkład w rozwój i kształt całego regionu.
Zanim teren Śląska i Łużyc przyłączono za pierwszych Piastów do młodego „państwa polskiego” (cudzysłów uzasadniony tym, że tu nie czas i miejsce, aby rozważać, czy było to już państwo, czy zlepek połączonych plemion płacących podatki do wspólnej kasy), był on już od VI wieku kulturowym koktajlem, zasiedlonym przez imigrantów. W XIII wieku skomplikowało się to jeszcze bardziej, nigdy jednak nie doszło do zupełnej wymiany kulturowej, jaka miała miejsce po roku 1945. Na skutek fizycznego usunięcia wszystkich historycznie zasiedziałych tu ludzi i zaszczepienie zupełnie obcego substratu, składającego się głównie z osiedleńców z kresów wschodnich, którym genetycznie bliżej było do Ukraińców, Białorusinów, czy Rosjan, ziemie te zupełnie straciły swoją kulturową tożsamość, a zyskały propagandowe miano Ziem Odzyskanych.

Oczywiście, politycznie Niemcy, jako państwo są za to odpowiedzialne. Nie ulega wątpliwości, że jako agresorzy, a potem pokonani, sami sobie ten los zgotowali. Jednak nic nie usprawiedliwa barbarzyństwa i fali szabrownictwa, jaka przetoczyła się przez te ziemie po roku 1945. Nie przemawia do mnie argument, iż Niemcy tak się Polakom we znaki dali, iż ci ostatni tak bardzo ich nienawidzili i w związu z tym niszczyli wszelkie do nich należące przedmioty codziennego użytku.
Na tych terenach, szczególnie po małych wsiach, osiedlano głównie chłopów z zapadłych kresowych wiosek, którzy Niemca w życiu na oczy nie widzieli. Nie znali też radia, maszyn rolniczych, silnika elektrycznego, ubikacji w domu, centralnego ogrzewania, ani kafelków na podłodze. Prócz niektórych sąsiadów, potomków polskich urzędników zesłanych przez Sowietów na Sybir, większa część osiedlonych w tym rejonie, to właśnie tacy prości chłopi z kurnych chat, którzy zobaczyli cywilizację i nie wiedzieli, co z nią zrobić? Wyrywali więc rury, demontowali toalety (a co mi będzie w domu śmierdzieć?), demolowali niemieckie cmentarne nagrobki (a cóż im nieboszczycy szkodzili?).
Socjalizm to najbardziej absurdalny ustój, gdyż ci właśnie obywatele, na zasadzie im głupszy, tym lepszy, weszli w struktury władzy lokalnej. Dostali odgórny przykaz od równie mądrych sobie, aby zniszczyć wszystko, co „niemieckie”. Do dziur po bombach, czy okopach, masowo zsypywano całe wyposażenia domów, wcześniej niejednokrotnie urządzając sobie rytualne obrzędy niszczenia porcelany, szkła użytkowego, palenia książek z zamków i dworów. Każda wieś ponadto miała za obowiązek dostarczyć materiał budowlany. Mało kto chce dziś o tym pamiętać, ale najpiękniejsze budynki, z najzdrowszym materiałem, cegły, drewno, płoty, detale architektoniczne, zabytki, dzieła sztuki, masowo wywożono do stolicy w myśl hasła „cała Polska buduje Warszawę”. We Wrocławiu powstało przedsiębiorstwo rozbiórkowe, którego hasłem przewodnim było „mniej Wrocławia”. Pozyskiwanie materiału odbywało się w ten sposób, że całe budynki, które nie uległy zniszczeniu w działaniach wojennych, wysadzano, po czym z kupy gruzu wykopywano nieuszkodzone materiały budowlane, czyli niewielki procent tego, co przy normalnej rozbiórce pozyskać by można. Cała reszta jechała na wysypisko gruzu. Dolny Śląsk i zapewne inne tereny Ziem Odzyskanych, planowo równano z ziemią. Nikomu wówczas nie przeszkadzało, że materiał budowlany i zabytki, które masowo przyjmowała stolica, to są „znienawidzone niemieckie” artefakty. Nikt nie czuł obrzydzenia i nie czuje go do dziś  oglądając zrabowane z Dolnego Śląska dzieła sztuki między innymi Michaela Willmanna wyeksponowane w warszawskich kościołach. W dodatku pocięte na małe kawałki, gdyż w całości nie mieściły się w tamtejszych wnętrzach.

To, czego w Polsce nie zniszczył Hitler i Stalin, zniszczyli i wyrabowali sami Polacy.
Mam się z tym pogodzić? Otóż nie! Na Warszawę z kosą nie ruszę, ale nikt mi nie zabroni ocalać od zapomnienia te pozostałe szczątki kultury materialnej i duchowej. Z determinacją zamierzam chodzić po tych dziurach i wygrzebywać to, co Polacy wdeptali w ziemię. Będę publikować na blogu zarówno to, co znajdę, jak i miejsca ważne dla byłych mieszkańców, a dziś zupełnie zapomniane. Zamierzam palcem wytykać niszczejące zabytki i pogruchotane grobowce. Bo kto nie ma szacunku dla innych kultur, sam na szacunek nie zasługuje.

środa, 2 lutego 2011

Triss- 12 lat z nami.


Wychodzę naprzeciw oczekiwaniom części moich znajomych, którzy proszą mnie, abym więcej miejsca na blogu poświęciła swoim pieskom.  Korzystam tym samym z okazji dwunastych urodzin naszej najstarszej obecnie suczki, aby opowiedzieć Wam o życiu z nią.

Każdy z naszych podopiecznych jest pod pewnymi względami szczególny. Triss nie jest wyjątkiem. Jest suką-założycielką naszej hodowli o przydomku początkowo Tuskulum, a potem przerobionym na Tuskulum Quissam ze względu na konieczność dostosowania się do kryteriów FCI (Międzynarodowa Federacja Kynologiczna, w której zrzeszony jest nasz rodzimy Związek Kynologiczny). Okazało się bowiem, że w bazach danych FCI przydomek Tuskulum zarejestrowany został już wcześniej dla czeskiej hodowli terierów.

Powróćmy jednak do dnia 2 lutego 1999 roku, kiedy to na świat, po bardzo ciężkim porodzie, którego połowa szczeniąt nie przeżyła, przyszła na świat malutka kluseczka. Była jednym z trzech maluszków i jedyną suczką, jakiej udało się przyjść na świat. Gdy ją zobaczyłam tuż po porodzie, wiedziałam, że nigdy się z nią nie rozstanę. Urodziła się dla mnie i miała być tylko i wyłącznie moja. Egoistyczne pragnienie posiadania bezwarunkowo kochającego stworzenia, odchowanego własnoręcznie od pierwszego dnia jej życia, pchnęło mnie ku zarejestrowaniu jej w Związku Kynologicznym na swoje nazwisko. Tym samym, nie mając tego w planach, przypieczętowałam swój los przyszłego hodowcy golden retrieverów. Od tego momentu rozpoczęła się moja poważna i świadoma przygoda z kynologią.
Wiosna 2000 rok, w ogrodzie u teściów.

To była (i jest nadal) wielka, ale trudna miłość. Gdy kluseczka otworzyła oczka i zaczęła stawać na nóżki, rządziła w kojcu braćmi przy pomocy ostrych ząbków i jakiejś tajemniczej sile przebicia. Była też jedynym stworzeniem, które buntowało się, gdy brałam je na ręce. Dziś wiem, że to oznaka niesamowitej niezależności i cech przywódczych, które dla początkującego właściciela oznaczają zwykle kłopoty wychowawcze. Również mnie owe kłopoty nie ominęły. Dzięki jej nadpobudliwości, nieokiełznanemu charakterowi, rozrabianiu i demolkom, jeszcze zanim rasa stała się modna, szybko zdobyłam wiedzę, iż goldeny nie są kanapowcami-pierdołami, jak to powszechnie się uważa, lecz każdy z nich ma swoją osobowość, do której człowiek musi się dostosować i w odpowiedni sposób pokierować psem, by życie stało się dla obu stron normalne i szczęśliwe.
Wrocław 1999, półroczna Triss na działce moich rodziców z mamą Bułeczką. Oczywiście to wywalone krzesło, to dzieło Triss :-) Gdybym spuściła ją z tego sznurka, zdemolowałaby sąsiednie ogródki.

Dziś wiem też, że goldeny z takim charakterem, nadpobudliwe, ale ukierunkowane na pracę z człowiekiem i patrzące się w oczy, jakby mówiły „co jeszcze mogę dla ciebie zrobić, mój kochany człowieku?”, to wspaniałe psy sprawdzające się w pracy zarówno na polowaniu, jak i w sporcie kynologicznym, przy szukaniu narkotyków, czy ludzi pod lawinami. Niekoniecznie sprawdzają się w dogoterapii, gdyż taki pies, jak Triss, nie posiedzi minuty w  jednym miejscu. Kilkukrotnie miałam siniaki na twarzy, gdy usiłując ją uczesać, wybiła się nagle (na leżąco!) z czterech łap i z podskoku oberwałam pyskiem w kość jarzmową robiąc za ofiarę przemocy domowej. Na próżno czekaliśmy, iż z wiekiem jej temperament nieco ostygnie. Mimo ukończonych dwunastu lat, robi to po dziś dzień.
Zlot Miłośników Goldenów, Trzcianka- maj 2000. Triss wchodziła wszędzie, nawet między nogi obcym ludziom.

Ile z jej charakteru to magia imienia? Tego się nie dowiem. Wymyśliłam sobie bowiem, że suczka w rodowodzie będzie nazywać się Triss Merigold. Jestem fanką twórczości Sapkowskiego, bardzo chciałam w ten sposób podkreślić swoją fascynację, nadając suczce oficjalnie imię ulubionej czarodziejki z sagi o Wiedźminie. Okazało się jednak, że miot, formalnie należący do rodzicielki mojego Chłopa, sponsoruje literka „B” :-) Wszystkie kluseczki zatem muszą mieć imiona zaczynające się na tę właśnie literę. Nie miałam jeszcze na tyle siły przebicia, ani nie osiągnęłam w życiu obecnego stopnia poczucia abstrakcji, aby poradzić sobie z tym problemem po swojemu. Dziś z pewnością połączyłabym wymarzone imię z literką „B”, choćby robiąc jakieś złożenie typu „Be my Triss” , "Boska Triss Merigold", czy coś w tym rodzaju.
Zafascynowana mitologią celtycką, świeżo po obronie pracy magisterskiej traktującej o symbolice Celtów w pradziejach, uległam podszeptom Wewnętrznego Diabła i nadałam suczce imię celtyckich złowieszczych wiedźm, którymi chyba do dziś straszy się na Wyspach małe dzieci- Banshee.
Triss w Syfie

Nie chcę pamiętać o tych wszystkich porażkach, które dały nam w kość, o taplaniu się w błocie, o demolkach, o atakach furii, o wyżeraniu ludziom prowiantu z toreb i wydzieraniu jedzenia z rąk, podczas spacerów w parku. Z czasem nauczyliśmy się nad tym panować i przewidywać te zachowania, nad którymi zapanować się nie dało. Dzięki niej szybko stawałam się  mądrzejsza, a przy każdym następnym odchowanym goldenie, popełniałam mniej błędów. Z resztą każde następne szczenię to było przy niej „małe piwo”, nawet tak niezależny pies, jakim okazał się być w przyszłości Jaskier.
Wystawa w Opolu, wiosna 2000 rok. Na pierwszym planie przyszły "mąż" Triss, ojciec Fiony. Za nim młodziutka Triss.

Triss dorosła, okrzepła, temperament został, lecz nieposłuszeństwo i dzika furia, odeszły wraz z trudnym wiekiem. Tak, tak, psy też przechodzą okres dojrzewania. Ja rozpoczęłam swoją przygodę z wystawami. I tutaj początkowo mieliśmy pod górkę.
Triss to suczka, która bardzo wolno się rozwijała, więc przez długi czas była „nie gotowa”. Dostawaliśmy początkowo trochę „po głowie” startując w klasach dorosłych, podczas gdy suczka wyglądała jeszcze zbyt młodzieżowo. Pomijano nas przy nadawaniu lokat, często z oceną bardzo dobrą, a nie doskonałą, która mnie zupełnie zadawala, schodziłyśmy obie z podkulonymi ogonami. No dobrze, ja schodziłam, Triss była zawsze szczęśliwa, chętna i gotowa, by próbować jeszcze raz. I dla nas przyszły w końcu małe sukcesy.
Pierwszy złoty medal, zdobyty wieku 20 miesięcy- Legnica 2000 rok. Widać, że to jeszcze "nieopierzony kurczak".

Ocena doskonała na międzynarodowej wystawie decyzją samego przewodniczącego FCI- Hansa Mullera- Leszno 2001, koniec kwalifikacji hodowlanych.

Nie ma psów doskonałych. Jeśli jakiś hodowca jest zapatrzony w swojego podopiecznego, jak w obrazek i nie widzi jego wad, nie powinien zajmować się hodowlą. I ja wiedziałam, że Triss ma poważny mankament, który należy w dalszych panach hodowlanych wyeliminować. Mianowicie posiada mało urodziwą kufę, a mówiąc po ludzku- pysk. Mieści się ona w proporcjach, pasuje do typu głowy, jednak nadaje suczce mało modny już, jak na nasze czasy, wygląd. Kufa bowiem jest wydłużona i mało wypełniona- po prostu jest chuda i długa. Wiem, że odziedziczyła to po swoich słynnych przodkach z duńskiej hodowli Tallygold, jednak w owym czasie przestali oni mieć już wpływ na trendy w hodowli. Długa, chuda kufa, dzięki której Triss dorobiła się jeszcze jednego domowego imienia- Dziobak, niezbyt podobała się sędziom, a co ważniejsze i mnie samej. Triss posiadała jednak o wiele ważniejsze zalety i walory, które w przyszłości często przesłaniały ów mankament urody. Jej budowa ciała była wzorcowa, a sposób poruszania się powalający. Dzięki temu kilkukrotnie stawała na podium deklasując rywalki o piękniejszej głowie i zagranicznym pochodzeniu. 
Złoto i wniosek na czempiona na wystawie w Jeleniej Górze

A głowa i kufa? Cóż... już w pierwszym pokoleniu udało się to naprawić. Jej córka Fiona, urodzona tu, w Zapuście,  którą wyselekcjonowałam i pozostawiłam dla siebie, została czempionką, zgromadziła 20 złotych medali i z nawiązką wynagrodziła mi kompleksy i niepowodzenia wystawowe z czasów, gdy obie z Triss poznawałyśmy tajniki i specyfikę wystaw.

Dzięki Triss nauczyłam się pokory. Tyle razy dostałam po głowie, tyle razy wysłuchiwałam szeptanych niewyszukanych komentarzy na temat urody Triss, że w końcu nauczyłam się dystansować do tego wszystkiego. Każde późniejsze zwycięstwo smakowało i smakuje nadal podwójnie. Jednocześnie wiem, że jest to sport, gdzie raz się jest na wozie, a raz pod wozem, do zwycięstw nie należy się przyzwyczajać, ani przywiązywać. Jeśli raz wygrałeś, nie oznacza to, że za tydzień będzie tak samo. Zachowując dystans i traktując wystawy, jak zabawę, a każdy medal, jak niespodziewany dar od losu, jesteś w stanie świetnie się bawić i nie czynić sobie wrogów z ludzi.
Złoty medal na międzynarodowej wystawie we Wrocławiu półtora roku temu w klasie weteranów.


Dlaczego to robię? Cóż, jedni lubią zdobywać szczyty, inni jeżdżą na rowerze, czy wrotkach, ja uwielbiam wystawy. Jest to jedyna dziedzina w życiu, gdzie nie przeszkadza mi, że jestem w centrum uwagi, gdy staję na podium.
Od pewnego czasu jednak uczestniczę w wystawach mniej chętnie, z różnych względów, o których może opowiem przy jakiejś innej okazji.

W ciągu swojego życia Triss urodziła dla naszej hodowli 25 szczeniąt w pięciu miotach. Nie jest to duża liczba. Zdarzały się jej mioty mało liczne. W 2004 urodziła tylko dwa szczenięta, a w roku 2005 cztery. Zawsze powtarzamy, że nie liczy się ilość, a jakość. Z przyjemnością oglądaliśmy, jak wszystkie maluchy zdrowo rosną i pieknie się rozwijają.
Dwuszczeniaczkowy miot  :-)

Jako matka, z obiektywnego punktu widzenia, była mocno kontrowersyjna. Chłop uważa, że to najwspanialsza matka pod słońcem. Mianowicie po urodzeniu szczeniąt wykonywała tylko jedną, ale najważniejszą czynność- pozwalała dzieciom ssać cyca. Całą resztę musieliśmy odwalać sami. Początkowo bardzo się baliśmy, że przy jej temperamencie, po prostu zadepcze nam malce, ale obawy okazały się nieuzasadnione. Triss absolutnie nie obchodziły szczenięta, a od drugiego tygodnia ich życia trzeba było na siłę przytrzymywać ją, aby malce mogły się najeść. Musieliśmy też sami masować kluseczkom brzuszki, gdyż do drugiego tygodnia szczenięta wypróżniają się tylko i wyłącznie przy pomocy masażu, jaki wykonuje językiem matka. Triss ani razu, przy żadnym miocie, nie dotknęła językiem szczenięcia.
Tak, czasem sobie bierzemy takie maleństwo do łóżka, gdyż oprzeć się nie możemy żywemu pluszakowi :-)

Dlaczego Chłop uznał, że to idealna matka? Otóż nie interesując się malcami, nie stwarzała dla nich zagrożenia. Do kojca wchodziła tylko na naszą wyraźną prośbę, sama nie odwracała nawet głowy w kierunku dzieci, dzięki czemu nie zachodziła obawa, że gdy śpimy, wejdzie, nadepnie, bądź przygniecie jakiegoś malucha, co w hodowlach przydarza się nagminnie. Od trzeciego dnia po porodzie, gdy doszła do siebie i odpoczęła, dzieci nie mogły liczyć na ciepło jej ciała. Nauczyła nas samodzielnego opiekowania się noworodkami na zasadzie  „chcieliście, to macie, sami się w to bawcie.” Bąbelki więc odchowywały się w rattanowym koszyku, czerpiąc ciepło z żeberek kaloryfera, były masowane przez nas co 2-3 godziny w celu wypróżnienia się i z łaski dochodzącej do nich Triss, karmione jej cycem.
Zafundowała nam prawdziwą szkołę życia.
Odchów koszyczkowy :-)

Po skończeniu przez suczkę siedmiu lat uznałam, że nadszedł czas na emeryturę. Obowiązki matki miała przejąć jej córka, nasza "szołmenka" Fiona. Niestety, nie wszystko da się w życiu zaplanować, ale o Fionie opowiem przy innej okazji.
Po ostanich dzieciach Triss została wysterylizowana, gdyż częstymi cieczkami po prostu nas terroryzowała. Nie wytrzymalibyśmy z tym do końca jej życia, niebawem doszłoby do jakiejś tragedii. Wydzielała tak silne feromony, że nasz Jaskier, by się do niej dobrać, rozwalał drzwi na wybieg, skakał i kaleczył się. Poniósł przy tym kilka poważnych kontuzji, w tym pęknięcie kości przy stawie skokowym, co wykluczyło go z wystaw na skutek lekkiego zesztywnienia owego stawu. Gdy miała ruję, schodziły się do nas psy razem z budami z okolicznych wsi. To nie jest żadna przenośnia. Przychodziły i wskakiwały na wybieg (2,5 metra!) nieznane nam psiaki z łańcuchami i powrozami na szyi, gdzie z drugiej strony dyndały resztki bud, kojców, czy bóg jeden wie, czego. Sytuacja uspokoiła się z chwilą poddania jej sterylizacji. Mimo, że mamy inne suczki, nigdy więcej takich scen nie przeżywaliśmy.
Triss- ostatnie lato, wiek 11,5 roku

Rok po sterylizacji ujawniła się częsta przypadłość golden retrieverów, problemy z tarczycą. Zaburzenia hormonalne z powodu sterylizacji były przyczyną wyjścia na jaw niedoczynności tarczycy, objawiającej się łojotokiem. Od ósmego roku życia po dzień dzisiejszy, aż do śmierci, suczka zażywa i zażywać będzie lewotyroksynę, która poprawia nam i jej komfort życia. Choć sierść jej wymaga częstszej pielęgnacji, nie stanowi to już takiego problemu, jak przed diagnozą. Niedoczynność tarczycy i przyjmowanie leków ma wpływ na tendencję do tycia. Podczas tej zimy z Triss zrobił się prawdziwy pulpecik, ale wiosna już za pasem, będzie więcej spacerów, tym bardziej, że mimo poważnego wieku, suczka nadal jest ruchliwa, chętna do zabawy i skakania. Mamy nadzieję, że stan ten potrwa jak najdłużej.
jak wyżej

-Eeeeee... - tym nieskomplikowanym plemiennym okrzykiem nawołuję Chłopa.
-Eeee...? - odpowiada Chłop, co oznacza, że kontakt został nawiązany.
- Piszę o Triss na blogu, czy chciałbyś dodać coś od siebie?
- Ooooo... jaki nasz Dziobak KOCHANY I WSPANIAŁY jest!