O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

środa, 2 lutego 2011

Triss- 12 lat z nami.


Wychodzę naprzeciw oczekiwaniom części moich znajomych, którzy proszą mnie, abym więcej miejsca na blogu poświęciła swoim pieskom.  Korzystam tym samym z okazji dwunastych urodzin naszej najstarszej obecnie suczki, aby opowiedzieć Wam o życiu z nią.

Każdy z naszych podopiecznych jest pod pewnymi względami szczególny. Triss nie jest wyjątkiem. Jest suką-założycielką naszej hodowli o przydomku początkowo Tuskulum, a potem przerobionym na Tuskulum Quissam ze względu na konieczność dostosowania się do kryteriów FCI (Międzynarodowa Federacja Kynologiczna, w której zrzeszony jest nasz rodzimy Związek Kynologiczny). Okazało się bowiem, że w bazach danych FCI przydomek Tuskulum zarejestrowany został już wcześniej dla czeskiej hodowli terierów.

Powróćmy jednak do dnia 2 lutego 1999 roku, kiedy to na świat, po bardzo ciężkim porodzie, którego połowa szczeniąt nie przeżyła, przyszła na świat malutka kluseczka. Była jednym z trzech maluszków i jedyną suczką, jakiej udało się przyjść na świat. Gdy ją zobaczyłam tuż po porodzie, wiedziałam, że nigdy się z nią nie rozstanę. Urodziła się dla mnie i miała być tylko i wyłącznie moja. Egoistyczne pragnienie posiadania bezwarunkowo kochającego stworzenia, odchowanego własnoręcznie od pierwszego dnia jej życia, pchnęło mnie ku zarejestrowaniu jej w Związku Kynologicznym na swoje nazwisko. Tym samym, nie mając tego w planach, przypieczętowałam swój los przyszłego hodowcy golden retrieverów. Od tego momentu rozpoczęła się moja poważna i świadoma przygoda z kynologią.
Wiosna 2000 rok, w ogrodzie u teściów.

To była (i jest nadal) wielka, ale trudna miłość. Gdy kluseczka otworzyła oczka i zaczęła stawać na nóżki, rządziła w kojcu braćmi przy pomocy ostrych ząbków i jakiejś tajemniczej sile przebicia. Była też jedynym stworzeniem, które buntowało się, gdy brałam je na ręce. Dziś wiem, że to oznaka niesamowitej niezależności i cech przywódczych, które dla początkującego właściciela oznaczają zwykle kłopoty wychowawcze. Również mnie owe kłopoty nie ominęły. Dzięki jej nadpobudliwości, nieokiełznanemu charakterowi, rozrabianiu i demolkom, jeszcze zanim rasa stała się modna, szybko zdobyłam wiedzę, iż goldeny nie są kanapowcami-pierdołami, jak to powszechnie się uważa, lecz każdy z nich ma swoją osobowość, do której człowiek musi się dostosować i w odpowiedni sposób pokierować psem, by życie stało się dla obu stron normalne i szczęśliwe.
Wrocław 1999, półroczna Triss na działce moich rodziców z mamą Bułeczką. Oczywiście to wywalone krzesło, to dzieło Triss :-) Gdybym spuściła ją z tego sznurka, zdemolowałaby sąsiednie ogródki.

Dziś wiem też, że goldeny z takim charakterem, nadpobudliwe, ale ukierunkowane na pracę z człowiekiem i patrzące się w oczy, jakby mówiły „co jeszcze mogę dla ciebie zrobić, mój kochany człowieku?”, to wspaniałe psy sprawdzające się w pracy zarówno na polowaniu, jak i w sporcie kynologicznym, przy szukaniu narkotyków, czy ludzi pod lawinami. Niekoniecznie sprawdzają się w dogoterapii, gdyż taki pies, jak Triss, nie posiedzi minuty w  jednym miejscu. Kilkukrotnie miałam siniaki na twarzy, gdy usiłując ją uczesać, wybiła się nagle (na leżąco!) z czterech łap i z podskoku oberwałam pyskiem w kość jarzmową robiąc za ofiarę przemocy domowej. Na próżno czekaliśmy, iż z wiekiem jej temperament nieco ostygnie. Mimo ukończonych dwunastu lat, robi to po dziś dzień.
Zlot Miłośników Goldenów, Trzcianka- maj 2000. Triss wchodziła wszędzie, nawet między nogi obcym ludziom.

Ile z jej charakteru to magia imienia? Tego się nie dowiem. Wymyśliłam sobie bowiem, że suczka w rodowodzie będzie nazywać się Triss Merigold. Jestem fanką twórczości Sapkowskiego, bardzo chciałam w ten sposób podkreślić swoją fascynację, nadając suczce oficjalnie imię ulubionej czarodziejki z sagi o Wiedźminie. Okazało się jednak, że miot, formalnie należący do rodzicielki mojego Chłopa, sponsoruje literka „B” :-) Wszystkie kluseczki zatem muszą mieć imiona zaczynające się na tę właśnie literę. Nie miałam jeszcze na tyle siły przebicia, ani nie osiągnęłam w życiu obecnego stopnia poczucia abstrakcji, aby poradzić sobie z tym problemem po swojemu. Dziś z pewnością połączyłabym wymarzone imię z literką „B”, choćby robiąc jakieś złożenie typu „Be my Triss” , "Boska Triss Merigold", czy coś w tym rodzaju.
Zafascynowana mitologią celtycką, świeżo po obronie pracy magisterskiej traktującej o symbolice Celtów w pradziejach, uległam podszeptom Wewnętrznego Diabła i nadałam suczce imię celtyckich złowieszczych wiedźm, którymi chyba do dziś straszy się na Wyspach małe dzieci- Banshee.
Triss w Syfie

Nie chcę pamiętać o tych wszystkich porażkach, które dały nam w kość, o taplaniu się w błocie, o demolkach, o atakach furii, o wyżeraniu ludziom prowiantu z toreb i wydzieraniu jedzenia z rąk, podczas spacerów w parku. Z czasem nauczyliśmy się nad tym panować i przewidywać te zachowania, nad którymi zapanować się nie dało. Dzięki niej szybko stawałam się  mądrzejsza, a przy każdym następnym odchowanym goldenie, popełniałam mniej błędów. Z resztą każde następne szczenię to było przy niej „małe piwo”, nawet tak niezależny pies, jakim okazał się być w przyszłości Jaskier.
Wystawa w Opolu, wiosna 2000 rok. Na pierwszym planie przyszły "mąż" Triss, ojciec Fiony. Za nim młodziutka Triss.

Triss dorosła, okrzepła, temperament został, lecz nieposłuszeństwo i dzika furia, odeszły wraz z trudnym wiekiem. Tak, tak, psy też przechodzą okres dojrzewania. Ja rozpoczęłam swoją przygodę z wystawami. I tutaj początkowo mieliśmy pod górkę.
Triss to suczka, która bardzo wolno się rozwijała, więc przez długi czas była „nie gotowa”. Dostawaliśmy początkowo trochę „po głowie” startując w klasach dorosłych, podczas gdy suczka wyglądała jeszcze zbyt młodzieżowo. Pomijano nas przy nadawaniu lokat, często z oceną bardzo dobrą, a nie doskonałą, która mnie zupełnie zadawala, schodziłyśmy obie z podkulonymi ogonami. No dobrze, ja schodziłam, Triss była zawsze szczęśliwa, chętna i gotowa, by próbować jeszcze raz. I dla nas przyszły w końcu małe sukcesy.
Pierwszy złoty medal, zdobyty wieku 20 miesięcy- Legnica 2000 rok. Widać, że to jeszcze "nieopierzony kurczak".

Ocena doskonała na międzynarodowej wystawie decyzją samego przewodniczącego FCI- Hansa Mullera- Leszno 2001, koniec kwalifikacji hodowlanych.

Nie ma psów doskonałych. Jeśli jakiś hodowca jest zapatrzony w swojego podopiecznego, jak w obrazek i nie widzi jego wad, nie powinien zajmować się hodowlą. I ja wiedziałam, że Triss ma poważny mankament, który należy w dalszych panach hodowlanych wyeliminować. Mianowicie posiada mało urodziwą kufę, a mówiąc po ludzku- pysk. Mieści się ona w proporcjach, pasuje do typu głowy, jednak nadaje suczce mało modny już, jak na nasze czasy, wygląd. Kufa bowiem jest wydłużona i mało wypełniona- po prostu jest chuda i długa. Wiem, że odziedziczyła to po swoich słynnych przodkach z duńskiej hodowli Tallygold, jednak w owym czasie przestali oni mieć już wpływ na trendy w hodowli. Długa, chuda kufa, dzięki której Triss dorobiła się jeszcze jednego domowego imienia- Dziobak, niezbyt podobała się sędziom, a co ważniejsze i mnie samej. Triss posiadała jednak o wiele ważniejsze zalety i walory, które w przyszłości często przesłaniały ów mankament urody. Jej budowa ciała była wzorcowa, a sposób poruszania się powalający. Dzięki temu kilkukrotnie stawała na podium deklasując rywalki o piękniejszej głowie i zagranicznym pochodzeniu. 
Złoto i wniosek na czempiona na wystawie w Jeleniej Górze

A głowa i kufa? Cóż... już w pierwszym pokoleniu udało się to naprawić. Jej córka Fiona, urodzona tu, w Zapuście,  którą wyselekcjonowałam i pozostawiłam dla siebie, została czempionką, zgromadziła 20 złotych medali i z nawiązką wynagrodziła mi kompleksy i niepowodzenia wystawowe z czasów, gdy obie z Triss poznawałyśmy tajniki i specyfikę wystaw.

Dzięki Triss nauczyłam się pokory. Tyle razy dostałam po głowie, tyle razy wysłuchiwałam szeptanych niewyszukanych komentarzy na temat urody Triss, że w końcu nauczyłam się dystansować do tego wszystkiego. Każde późniejsze zwycięstwo smakowało i smakuje nadal podwójnie. Jednocześnie wiem, że jest to sport, gdzie raz się jest na wozie, a raz pod wozem, do zwycięstw nie należy się przyzwyczajać, ani przywiązywać. Jeśli raz wygrałeś, nie oznacza to, że za tydzień będzie tak samo. Zachowując dystans i traktując wystawy, jak zabawę, a każdy medal, jak niespodziewany dar od losu, jesteś w stanie świetnie się bawić i nie czynić sobie wrogów z ludzi.
Złoty medal na międzynarodowej wystawie we Wrocławiu półtora roku temu w klasie weteranów.


Dlaczego to robię? Cóż, jedni lubią zdobywać szczyty, inni jeżdżą na rowerze, czy wrotkach, ja uwielbiam wystawy. Jest to jedyna dziedzina w życiu, gdzie nie przeszkadza mi, że jestem w centrum uwagi, gdy staję na podium.
Od pewnego czasu jednak uczestniczę w wystawach mniej chętnie, z różnych względów, o których może opowiem przy jakiejś innej okazji.

W ciągu swojego życia Triss urodziła dla naszej hodowli 25 szczeniąt w pięciu miotach. Nie jest to duża liczba. Zdarzały się jej mioty mało liczne. W 2004 urodziła tylko dwa szczenięta, a w roku 2005 cztery. Zawsze powtarzamy, że nie liczy się ilość, a jakość. Z przyjemnością oglądaliśmy, jak wszystkie maluchy zdrowo rosną i pieknie się rozwijają.
Dwuszczeniaczkowy miot  :-)

Jako matka, z obiektywnego punktu widzenia, była mocno kontrowersyjna. Chłop uważa, że to najwspanialsza matka pod słońcem. Mianowicie po urodzeniu szczeniąt wykonywała tylko jedną, ale najważniejszą czynność- pozwalała dzieciom ssać cyca. Całą resztę musieliśmy odwalać sami. Początkowo bardzo się baliśmy, że przy jej temperamencie, po prostu zadepcze nam malce, ale obawy okazały się nieuzasadnione. Triss absolutnie nie obchodziły szczenięta, a od drugiego tygodnia ich życia trzeba było na siłę przytrzymywać ją, aby malce mogły się najeść. Musieliśmy też sami masować kluseczkom brzuszki, gdyż do drugiego tygodnia szczenięta wypróżniają się tylko i wyłącznie przy pomocy masażu, jaki wykonuje językiem matka. Triss ani razu, przy żadnym miocie, nie dotknęła językiem szczenięcia.
Tak, czasem sobie bierzemy takie maleństwo do łóżka, gdyż oprzeć się nie możemy żywemu pluszakowi :-)

Dlaczego Chłop uznał, że to idealna matka? Otóż nie interesując się malcami, nie stwarzała dla nich zagrożenia. Do kojca wchodziła tylko na naszą wyraźną prośbę, sama nie odwracała nawet głowy w kierunku dzieci, dzięki czemu nie zachodziła obawa, że gdy śpimy, wejdzie, nadepnie, bądź przygniecie jakiegoś malucha, co w hodowlach przydarza się nagminnie. Od trzeciego dnia po porodzie, gdy doszła do siebie i odpoczęła, dzieci nie mogły liczyć na ciepło jej ciała. Nauczyła nas samodzielnego opiekowania się noworodkami na zasadzie  „chcieliście, to macie, sami się w to bawcie.” Bąbelki więc odchowywały się w rattanowym koszyku, czerpiąc ciepło z żeberek kaloryfera, były masowane przez nas co 2-3 godziny w celu wypróżnienia się i z łaski dochodzącej do nich Triss, karmione jej cycem.
Zafundowała nam prawdziwą szkołę życia.
Odchów koszyczkowy :-)

Po skończeniu przez suczkę siedmiu lat uznałam, że nadszedł czas na emeryturę. Obowiązki matki miała przejąć jej córka, nasza "szołmenka" Fiona. Niestety, nie wszystko da się w życiu zaplanować, ale o Fionie opowiem przy innej okazji.
Po ostanich dzieciach Triss została wysterylizowana, gdyż częstymi cieczkami po prostu nas terroryzowała. Nie wytrzymalibyśmy z tym do końca jej życia, niebawem doszłoby do jakiejś tragedii. Wydzielała tak silne feromony, że nasz Jaskier, by się do niej dobrać, rozwalał drzwi na wybieg, skakał i kaleczył się. Poniósł przy tym kilka poważnych kontuzji, w tym pęknięcie kości przy stawie skokowym, co wykluczyło go z wystaw na skutek lekkiego zesztywnienia owego stawu. Gdy miała ruję, schodziły się do nas psy razem z budami z okolicznych wsi. To nie jest żadna przenośnia. Przychodziły i wskakiwały na wybieg (2,5 metra!) nieznane nam psiaki z łańcuchami i powrozami na szyi, gdzie z drugiej strony dyndały resztki bud, kojców, czy bóg jeden wie, czego. Sytuacja uspokoiła się z chwilą poddania jej sterylizacji. Mimo, że mamy inne suczki, nigdy więcej takich scen nie przeżywaliśmy.
Triss- ostatnie lato, wiek 11,5 roku

Rok po sterylizacji ujawniła się częsta przypadłość golden retrieverów, problemy z tarczycą. Zaburzenia hormonalne z powodu sterylizacji były przyczyną wyjścia na jaw niedoczynności tarczycy, objawiającej się łojotokiem. Od ósmego roku życia po dzień dzisiejszy, aż do śmierci, suczka zażywa i zażywać będzie lewotyroksynę, która poprawia nam i jej komfort życia. Choć sierść jej wymaga częstszej pielęgnacji, nie stanowi to już takiego problemu, jak przed diagnozą. Niedoczynność tarczycy i przyjmowanie leków ma wpływ na tendencję do tycia. Podczas tej zimy z Triss zrobił się prawdziwy pulpecik, ale wiosna już za pasem, będzie więcej spacerów, tym bardziej, że mimo poważnego wieku, suczka nadal jest ruchliwa, chętna do zabawy i skakania. Mamy nadzieję, że stan ten potrwa jak najdłużej.
jak wyżej

-Eeeeee... - tym nieskomplikowanym plemiennym okrzykiem nawołuję Chłopa.
-Eeee...? - odpowiada Chłop, co oznacza, że kontakt został nawiązany.
- Piszę o Triss na blogu, czy chciałbyś dodać coś od siebie?
- Ooooo... jaki nasz Dziobak KOCHANY I WSPANIAŁY jest!

22 komentarze:

  1. Jedni hodują rasowce inni biorą ze schroniska w zależności od tego co komu w duszy gra;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Andrzeju. Mam ogromny szacunek dla ludzi, którzy dają psiakom ze schroniska szanse na nowy dom i kompletny brak szacunku dla tych, którzy zasilają owe schroniska, choćby poprzez bezmyślne rozmnażanie, czy niedopilnowanie swoich suk w rui.
    Nasza oferta jest natomiast dla ludzi, którzy chcą mieć psa o takim, a nie innym wyglądzie i charakterze, zdrowego i w dodatku nie muszą nam hodowcom ufać na słowo, gdyż przechodzimy przez ostre sito kwalifikacji, badań, etc.
    Przy okazji z tego wszystkiego czynimy swoje hobby i hodowla oraz wystawy sprawiają nam wielką przyjemność. Z powodu wysokiej ceny szczenięcia i mocnej selekcji przy wyborze nowych właścicieli, nie musimy się zamartwiać, że nasze psy zostaną porzucone, czy oddane do schroniska.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Andrzej
    To nie jest do końca równoważne. Znajda, kundel, podrzutek - jest sobą, aż sobą, ale też tylko sobą - i to, jak go traktujemy tylko jego konkretnie dotyczy.

    W przypadku "rasowca" jakiegokolwiek bądź gatunku - mamy do czynienia z żywą historią. Przejmujemy odpowiedzialność za coś, co jest od nas samych o wiele większe - za trud czasem tysięcy przeszłych pokoleń, dzięki którym takie właśnie zwierzę może nas cieszyć. To wielka radość - ale też czasami bywa to wręcz paraliżujące...

    @Riannon: pozdrowienia dla Chłopa :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nasza Beza też ma długą kufę! Jak mówię, że to najbrzydszy golden świata to Maciek protestuje. Ale dla nas jest piękna i kochana :)
    Z przyjemnością przeczytałam, z radością wgapiałam się w każde zdjęcie. Dzięki!
    Uściski dla wszystkich!

    OdpowiedzUsuń
  5. Goldasy przesyłają dla Dziobaka :-)
    Mega wielką wirtualną kość.
    100 Lat Trisiaku!

    OdpowiedzUsuń
  6. Miło coś poczytać o mamusi :)

    Pozdrówka dla całego Waszego stadka! ;)

    Magda z Emerald Rainbow :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję, uściski zebrałam, pozdrowienia przekazałam :-)
    To prawda, wraz z rasowym psem dostajemy do ręki efekt pracy całych pokoleń hodowców. Od nas zależy, czy to schrzanimy, czy pociągniemy dalej, czy zapiszemy się w historii rasy, czy przyszłe pokolenia hodowców będą nas przeklinać :-)
    Magoda, ja też protestuję! :-) Dla każdego właściciela jego pies ma być najpiękniejszy i to nie ulega dyskusji :-) W ciągu tych lat chodzenia po ringach, nie takie kufy, jak u Triss, czy Bezy widziałam :-) Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy rasa jest modna, a za hodowanie zabiera się niemal każdy, kto zakupi sukę z rodowodem.
    Tymczasem, aby być świadomym hodowcą, a nie rozmnażaczem, trzeba jeszcze mieć wiedzę na temat genetyki, historii rasy, śledzić trendy i jak najczęściej oglądać zwierzęta na żywo na wystawach. Zdjęcia dają jedynie poglądową wiedzę.

    OdpowiedzUsuń
  8. O, Magda "Anabellkowa" się przy okazji znalazła :-) Mizianki dla suczki! Mam nadzieję, że miło się czytało o mamie, a może coś przy okazji się wyjaśniło? Pewne cechy charakteru są dziedziczone, oj są :-)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Goldaskom też dziękujemy za miłe słowo :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Drapię za uchem wszystkie Goldziaki, a w szczególności Jaskiera (no mam kuźwa do niego słabość ;-P) a właścicielom ślę cieplutkie pozdrowienia ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj, zazdroszczę z całego serca tego, że się dobrze na wystawach czujecie. Dla mnie to niezmiennie najprzykrzejsza część hodowli. (Oprócz płacenia składek naturalnie :D )I to pomimo tego nawet, że światek gończarzy jest malutki i na ogół zdecydowanie przyjazny. Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  12. Kontrolerka- drapanki przekazuję :-) Jaskier tu u nas szefuje i wszystkich chwyta za serce :-) Triss raczej rzadko pokazuję gościom, bo ona jest nieobliczalna. Zazwyczaj wspina się po ludziach. Nie mówiąc o tym, że nadal robi ten numer z wyciąganiem zbaraniałym ze zdziwienia ludziom jedzenia z rąk :-)

    Go i Rado- Wy to macie dobrze. Rasy polskie są zwolnione z opłacania wystawy. Czymże jest składka w obliczu tych setek złotych, które wydajemy rocznie za zgłoszenie psa na wystawy? A może to jest klucz do czerpania radości z wystaw ? ;-) Jak słono zapłacisz, to po prostu musisz się świetnie bawić :-)))

    OdpowiedzUsuń
  13. Rodzina żony zawsze preferuje rasowce, z którymi niestety zazwyczaj są jakieś problemy zdrowotne - rodzina z mojej strony raczej wiejskie kundelki i obserwując to wszystko raczej na przyszłość skłaniam się ku jakiemuś kundelkowi.

    Ale te pieski ze zdjęć tak mi się strasznie podobają, ehhh

    mimo wszystko na razie do klitki w bloku takiego psa nie biorę - to byłoby znęcanie się nad zwierzętami

    OdpowiedzUsuń
  14. Riannon, czy mogę użyć zdjęcia Syfa na swojej stronce? Po przekopaniu twojego bloga jestem nim po prostu zauroczony.

    OdpowiedzUsuń
  15. R-O- To jest mit z tymi chorobami rasowców. No chyba, że kupujesz "rasowego" bez papierów na jakimś targu, czy z auta na stacji benzynowej. W rzeczywistości, gdy kupujesz od hodowcy, który udostępnia Ci wiedzę o rodzicach, przodkach, udostępnia badania i kwalifikacje hodowlane, zaprasza Cię do siebie i szczerze opowiada o rasie, masz naprawdę minimalne prawdopodobieństwo, że Twój pies będzie chorował. Pamiętaj, że nie możemy rozmnażać chorych psów, gdyż prócz naszej moralności, mamy na karku kontrole, kwalifikacje, wystawy, etc.
    Mit powstał stąd, że hodowcy danych ras mówią otwarcie, z czym ewentualnie można się spotkać w danej rasie (jednocześnie starając się eliminować choroby), a w kundelku tak naprawdę nie wiadomo, co siedzi. Statystycznie znam więcej obciążonych chorobami kundelków i tzw "rasowców"-bez papierów", których właściciele wydają majątki na ich leczenie, niż chorych rodowodowych psów. W końcu hodowla na tym polega. Dbamy zarówno o wygląd zewnętrzny, charakter, jak i zdrowie hodowanych zwierząt.

    Tak, możesz użyć zdjęcie Syfa. Chłop będzie zachwycony taką promocją i uznaniem :-)))

    OdpowiedzUsuń
  16. Proszę zajrzyj do mnie (http://atanerblog.blogspot.com/) bo czeka tam na Ciebie niespodzianka. Nagroda czytelników!

    OdpowiedzUsuń
  17. Pewne cechy faktycznie się wyjaśniły- np. niezłe kombinowanie by dorwać się do jedzenia (na codzień takie NIBY nieporadne, NIBY ciapkowate stworzenie zmienia się nie do poznania gdy tylko wyczuje coś dobrego leżącego bezpańsko na stole - skubana będzie czekać pół dnia na odpowiedni moment, żeby nikt nie zdołał jej przyuważyć, a potem w jednej chwili- cap i już poszła zdobycz przez gardło :-D).
    Pozdrówka!! :-))

    OdpowiedzUsuń
  18. ja słyszałem że cały ten związek kynologiczny to zwykła mafia

    OdpowiedzUsuń
  19. Whirlpool- he, he... no to wszystko wiadomo :-)

    Andrzej- jeśli tak na to patrzysz, to trzeba uznać, że cały ten kraj, to jedna wielka mafia. Jak w każdym środowisku, i tam są układy, przekupstwa, znajomości, interesy, kolesiostwo, ustawianie wystaw i wzajemne animozje. Prócz tego wszystkiego, jak wszędzie, są ludzie uczciwi, którzy po prostu robią swoją robotę i zależy im na zwierzętach oraz na pracy dla dobra danej rasy zwierząt. I naprawdę w to wierzę, że takich ludzi jest tam mimo wszystko większość.

    OdpowiedzUsuń
  20. Riannon-przywracasz mi wiarę w człowieka:) Dzięki

    OdpowiedzUsuń
  21. Andrzej- W takim razie cieszę się bardzo :-)
    Czasem jest ciężko i mieli się w buzi wulgarne słowa, ale w każdej dziedzinie życia warto robić swoje i nie oglądać się na innych, aby każdego ranka móc samemu sobie z czystym sumieniem przed lustrem w oczy spojrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  22. Triss jest urocza! Jestem nia oczarowana.
    Zycze Wam, aby byla z Wami zawsze:)

    OdpowiedzUsuń