O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

sobota, 12 lutego 2011

Słodkie popierduszki.


Lubię określenie „słodkie popierduszki”, w odróżnieniu od, robiącego coraz większą karierę, stwierdzenia „poprawność polityczna”. Zauważyłam, że każdy używa „poprawności politycznej” na swoje potrzeby. Każdy chce być postrzegany, jako ten idący pod prąd. Jeśli w coś mocno się wierzy i emocjonalnie angażuje, to każdy inny punkt widzenia nazywa się „poprawnością polityczną”. Określenie to stało się zwykłym narzędziem manipulacji i zdałam sobie sprawę, że sama nieświadomie w tym właśnie celu go używam. Ogłaszam więc mój rozwód z „poprawnością polityczną” i zamieniam ją na „słodkie popierduszki”. W dodatku, nie wiem czy słuszne mam wrażenie, ale owa „poprawność”, jako określenie, została wykreowana przez niejakiego ojca Rydzyka. Jest to ostatnia postać, o której chciałabym powiedzieć, iż ma wpływ na używane przeze mnie środki wyrazu.

Podsumowując poprzedniego posta, winna jestem Wam jedno wielkie zbiorowe podziękowanie. Nie chodzi mi o to, że ktoś opowiedział się po mojej stronie, czy też nie, czy spodobała mu się forma mojej wypowiedzi, czy wręcz odwrotnie, powiedział sobie w duchu, że przesadzam i naprawdę mnie pogięło, ale o fakt, że w owym moim, nazwijmy go, „odmiennym stanie emocjonalnym” po prostu byliście ze mną i wsparliście mnie dobrym słowem. Dziękuję za pozytywną energię wyrażoną werbalnie i ciepłe myśli. Dziękuję za maile na priv, które uświadomiły mi, że zjawisko to jest powszechniejsze, niż mi się wydawało. I wreszcie dziękuję mojej kochanej Halynce z bloga Niedoszuflady, która nie dosyć, że zwerablizowała pozytywne wzmocnienie, to jeszcze je zwizualizowała. Na pewno się nie obrazi za to, że pokażę, jak wygląda owa pozytywna energia, zwana niekiedy i przez niektórych „wazeliną”.


Chciałam zadedykować i przesłać dalej owe pozytywne wzmocnienie dla Sarenzir z Niebieskiego Domku, która walczy w tej chwili o życie swojego kota. Wiem, co to znaczy zmagać się z chorym zwierzęciem, będącym na krawędzi śmierci, tak naprawdę walczyć o życie swojego przyjaciela. Nam się udało wygrać walkę o życie suczki, choć przez to przedwcześnie osiwiałam. Jeśli to miałby być jedyny skutek uboczny owej walki, to pamiętaj, że dziś już są bardzo dobre farby do włosów :-) W każdym razie trzymaj się, nie poddawaj!!!

Wracając do Halynki i jej świeżego jeszcze bloga, to powiem Wam, że dziewczyna odkrywa dla mnie inny wymiar życia. Ona, i tylko ona, jest w stanie uchwycić swoim wypasionym aparatem takie rzeczy, że odlatuję w kosmos! W tym poście, na ostatnim zdjęciu, uchwyciła moment robienia kupy przez sarnę!!! Na powiększeniu widać każdy włosek układajacy się na zadku. Tego nie zobaczycie w żadnym przyrodniczym programie. Halynka, jesteś wielka!!!

Kilka dni temu, a może to już kilkanaście, niespodziewanie zostałam obdarzona wyróżnieniem od Ataner.


Kochana, bardzo Ci za to dziękuję. To bardzo miłe uczucie znaleźć się w gronie dziesięciu ulubionych Twoich blogów. Takie wyróżnienia są przemiłe, choć odczuwam też zażenowanie, gdyż nie wydaje mi się, abym czymkolwiek na to zasłużyła. Jestem tu sobą i tyle. Ale nie mnie to oceniać. Złamię zasady, bo u siebie zasady tworzę tylko ja, i nie wybiorę dziesięciu ulubieńców. Wszyscy oni znajdują się na paskach po prawej stronie. Zaglądam też do innych miejsc, których z jakichś względów (pewnie coś chrzanię) system nie wkłada na stronkę. Nie mogę wybrać, które światy pasują mi bardziej, które mniej, gdyż to zależy od mojego humoru i okoliczności przyrody. Gdy niedawno trzaskały mrozy, po śniadaniu i nakarmieniu zwierząt, siadałam przed monitorem i oblatywałam wszystkich osiedleńców sprawdzając, czy przeżyli noc, czy coś się komuś nie stało, nie zamarzł, nie stała się jakaś tragedia. Omiatałam wzrokiem, gdzie było to możliwe, i umysłem, gdy zdjęć nie było, stan kóz w obórkach i to, czy konie piły dziś z rozmrożonego z trudem  kranu, czy trzeba było biegać do nich z wiadrami. Potem dopiero dawałam porwać się na wycieczki po krajach, miastach, albo ludzkich myślach.
Wszycy dostarczacie mi emocji i wszyscy zasługujecie na wyróżnienie.

Korzystając z tego, że tak słodko i miło się dziś zrobiło, pokażę kilka prac, jakie wykonałam w styczniu. Nie było wcześniej okazji ich zaprezentować. Są to przede wszystkim pirografy, gdyż udupiona przez porę roku, nie jestem w stanie ruszyć się po jakieś serwetki do decoupage’u. Nadal nie mogę przełknąć faktu, iż serwetka kosztuje 50 groszy, a wysyłka internetowa 10 zł. Nawet jeśli zamówię tych serwetek 20 sztuk, to owe 10 zł stanowić będzie...  ja pierdzielę, mówiłam, że jestem dyskalkuliczką! Siedzę i dumam, ile to będzie stanowić procent??? Dużo!!! Mentalnie ów procent jest dla mnie nie do przejścia. Pojadę zapewne wiosną do Wrocławia, to sobie zaszaleję i przy okazji zrobię zapas serwetek i za te 10 zł, jakie musiałabym wydać na przesyłkę.

Zatem pirografy:



Do wypalenia Indianina zainspirował mnie świat, który przypomina mi Wilk  To moje stare fascynacje, które  wyłaniają się z przeszłości. Wprosiłam się do niego na indiański taniec Pow Wow i nie byłam w stanie tak po prostu nic z tym nie zrobić.

Poniższy obrazek- połączenie pirografii i decoupeage'u wydaje mi się smutny. Jeśli pojawi się tu bieglejszy ode mnie dekupażysta lub ktoś, kto po prostu ma pomysł, bardzo chętnie skorzystam z rad. Obrazek jest polakierowany i nie wiem, czy to nie tzw. "musztarda po obiedzie."




Nie pytajcie, czemu pirografuję dziwki, bo naprawdę tego nie wiem :-)))

Obecnie najczęstszą potrawą, jaka gości na moim stole są racuchy:

Przyrządzam je z jabłkami i bez, z rodzynkami, a nawet z wiórkami kokosowymi. Mniam. Co nie przeszkadza, iż dziś na obiad jadłam czipsy z Biedronki! Kolacja za to będzie prawdziwą ucztą- domowa pizza z piwem. 
Miłego weekendu wszystkim Wam życzę :-)

11 komentarzy:

  1. Domowa pizza z piwem (dla mnie z winem) to jet to co tygryski lubią najbardziej :)

    Pozdrawiam i udanego weekendu życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się te smutne konie podobają, smutne nie oznacza złe.
    A chipsy z biedronki też niczego sobie, jadłam je wczoraj na kolację i popijałam winem ;-)
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. http://www.youtube.com/watch?v=3g20eY1HlSQ

    miałam Ci to wkleić pod poprzednim postem, ale jakoś zapomniałam
    to taka moja piosenka antystresowa, zawsze możesz jej słuchać, dedykując ją konkretnej osobie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. jakieś ciasto+mięso albo panierkę do smażenia jest dobrze zrobić z piwem zamiast z wodą, każdemu chłopu posmakuje

    OdpowiedzUsuń
  5. Czipsy i w ogóle najróżniejsze przegryzki z Pierdonki nie są złe! Dobre, bo tanie i.. dobre. Niestety, seria karnawałowa pistacjowego ptasiego mleczka chyba już im wyszła :-(

    OdpowiedzUsuń
  6. Najwazniejsze, ze zle emocje minely i powrocil Ci dobry humor.
    Racuchy wygladaja bardzo apetycznie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Babeczkom też na pewno posmakuje :-) Czy ja mam sobie wywiesić w kuchni napis: "każda żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi"? :-)))
    Mam sporo przepisów z piwem, ale okropnie niewygodnie się je stosuje. Potrzeba zazwyczaj niewiele tego trunku do potrawy i tu rodzi się pytanie, co zrobić z resztą? Najprostsza odpowiedź- wypić- jest zła. Obiady robi się koło południa. Do wieczora na gospodarstwie trzeba być dyspozycyjnym, a to oznacza, jeśli się nie chce kłopotów- trzeźwym, jak świnia. Nigdy nie wiesz, jaka ilość alkoholu w ciągu dnia rozłoży cię na łopatki. Przed 18-tą nie pijemy :-)
    Teraz mi przyszło na myśl, że obiad można czasem przyrządzić wieczorem na następny dzień. Muszę kiedyś spróbować przepisów na piwie, bo brzmią bardzo apetycznie :-)

    Jacek- nie wiem, co oni robią z tymi czipsami? Nie smakują mi z żadnego innego źródła, markowe, czy nie. Toleruję tylko czipsy z Biedry. Na ptasie mleczko się nie załapałam. W ogóle staram się nie kupować słodyczy. Sama nie jem, a Chłopu wolę dać własnoręcznie zrobione ciasto, żeby mi dłużej Chłop w zdrowiu posłużył :-)

    Ataner- humor popsuć mi może tylko i wyłącznie nadszarpnięta relacja z kimś, kogo lubię i na kim mi zależy. Tu mieliśmy do czynienia jedynie z gwałtownym wyrzutem adrenaliny. Nie ma tego złego..., przy okazji odeszła chandra :-) Nie dość, że "humory" minęły, to jeszcze wzięłam się wreszcie do kupy i zaczęłam normalnie działać :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. I tak trzymaj!
    Milego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Riannon na pozytywne wzmocnienie zawsze możesz liczyć :-)
    Dzięki za Twoje zaproszenie na mój blog.
    Zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Halynka (za horyzontem)- nie ma za co dziękować. Gdyby nie Twój genialny przepis na oszukane gołąbki, dziś pewnie też miałabym na obiad czipsy z Biedry :-)

    http://niedoszuflady.blogspot.com/2011/02/przepis-na-goabki-oszukance.html

    OdpowiedzUsuń
  11. Racuchy z Tuskulum? Tak! Tak! Ale tylko w Tuskulum.

    OdpowiedzUsuń