O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

piątek, 27 grudnia 2013

Słowiańskie grodziska na Pogórzu Izerskim.

Bardzo mnie ucieszyły prognozy pogody zapowiadane na Święta Bożego Narodzenia. Mam jeszcze świeżo w pamięci pokrywę śniegu zalegającą w kwietniu tego roku. Nie życzyłam sobie tym razem „białych świąt”. Zapewne śniegiem się jeszcze nacieszymy w nadchodzących tygodniach, tymczasem postanowiłam skorzystać z wiosennej aury i nie paść brzucha przy stole, choć narobiłam smakołyków, ale ruszyć w teren. Chłopa nie trzeba było długo namawiać, ponieważ zaproponowałam wypad na słowiańskie grodziska w okolicach Zgorzelca. Nasze dni/tygodnie/miesiące na Pogórzu Izerskim są policzone, a tam nas jeszcze nie było.

Po obfitym świątecznym śniadaniu, spakowałam do torby piernik i termos z kawą, i ruszyliśmy do Zawidowa, gdzie na Kociej Górze, stał w czasach przedchrześcijańskich słowiański gródek, należący do Marchii Miśnieńskiej. W ogólnodostępnych publikacjach niewiele wiadomo o zabytkach, które ewentualnie pozyskano w trakcie badań archeologicznych, a karty które otrzymaliśmy od konserwatora zabytków nie obejmują już tego terenu. Mogę jedynie pokazać opublikowany w Słowniku Geografii Turystycznej Sudetów szkic obiektu.


Zanim pokażę Wam, co zostało po dawnych słowiańskich mieszkańcach tej części Pogórza Izerskiego, warto zapoznać się z krótkim rysem osadnictwa na tym terenie od zarania dziejów, obejmującym czasy przedchrześcijańskie. Temat został przeze mnie opracowany na potrzeby projektu „Odkryj dziedzictwo Pogórza Izerskiego”, który nie dojdzie do skutku, ponieważ się wyprowadzamy. Warunkiem otrzymania pomocy, związanej z realizacją projektu, jest utrzymanie naszego muzeum przez pięć lat w tym samym miejscu. W obecnej sytuacji nie wchodzi to w rachubę, szkoda jednak, aby moja praca się zmarnowała.

Północna część Pogórza Izerskiego była w pradziejach zasiedlana przez grupy osadników nie związanych na stałe z jednym miejscem zamieszkania. W okresie mezolitu, tj.10 tys. lat p.n.e, kiedy ostatni lodowiec na dobre wycofał się na daleką północ, teren porosły bujne lasy, które były gęsto poprzecinane ciekami wodnymi. Sprzyjało to penetracji tego obszaru przez ludzi, którzy zajmowali się głównie myślistwem i zbieractwem. Las, w którym zwierzyny i dzikich owoców było pod dostatkiem,  karmił i dawał ich schronienie. Kiedy zasobów brakowało, grupy złożone ze spokrewnionych ze sobą osób, przemieszczały się dalej w poszukiwaniu pożywienia. Ślady tego typu aktywności, w postaci pozostawionych drobnych narzędzi i odłupków, archeolodzy odnaleźli na piaszczystych wydmach brzegów Nysy Łużyckiej w okolicy Zgorzelca, Łagowa, Koźlic i Sieniawki i Kwisy (Osieczów) oraz ich mniejszych dopływów. Niedostępność terenu ze względu na wszechobecne bory i bagniska, a od południa góry, była przyczyną tego, iż nie docierały tu nowinki ze świata. Dopiero u schyłku młodszej epoki kamienia, neolitu, nowy model kulturowy, który zaszczepili ludzie przybyli z południa Europy, z obszarów naddunajskich, związany z osiadłym trybem życia, rolnictwem i pasterstwem powoli upowszechniał się na północy Pogórza Izerskiego. Kilka setek lat później i on odszedł w zapomnienie, wraz z przybyszami z południowego- wschodu Europy, którzy prawdopodobnie, najpierw jako najeźdźcy, później asymilujący się z tubylcami osadnicy, wprowadzili nowy model kulturowy. Nowi przybysze przywieźli ze sobą nieznany wcześniej materiał, który gwarantował skok cywilizacyjny- brąz- stop miedzi i cyny. W ciągu kilku setek lat rozpowszechnił się inny niż do tej pory system wierzeń,  który możemy obserwować badając cmentarzyska z tamtego okresu.
Na bazie tych zjawisk od 1300 r p.n.e formowała się tzw. kultura łużycka (nie mająca nic wspólnego ze słowiańskimi plemionami Serbołużyczan), która należała do wielkiego wspólnego kręgu kultur pól popielnicowych. Była to pierwsza z obserwowanych w materiale archeologicznym unifikacja na skalę europejską. Charakteryzowała się ciałopalnym obrządkiem pogrzebowym umieszczanym pod kurhanem. Przez kilka setek lat panowała stabilizacja i dobrobyt, który osiągnął swoje apogeum w okresie zwanym halsztackim, kiedy upowszechnił się nowy metal- żelazo. Czasy te związane są z wpływami celtyckimi z zachodu kontynentu, które nie ominęły również interesującego nas terenu. W tym okresie nastąpił znaczny wzrost demograficzny. Pogórze Izerskie nadal stanowiło wysunięte od głównych centrów cywilizacyjnych rubieże. Plemiona reprezentujące kulturę łużycką trzymały się terenów, które były już zasiedlone we wcześniejszych czasach. Na Pogórzu Izerskim są to wciąż jego północne terytoria oraz okolice Zgorzelca i Lwówka Śląskiego. W Płakowicach archeolodzy dopatrzyli się wałów kamiennych z okresu kultury łużyckiej, które zinterpretowali, jako związane z obiektem kultowym. W tej miejscowości znajduje się również cmentarzysko kultury łużyckiej odkryte w 1927 roku przez niemieckich archeologów.

W VI wieku p.n.e. wraz z najazdami Scytów, nadeszły trudne czasy. W ciągu następnych kilkuset lat obserwuje się powolny upadek i zubożenie mieszkańców. Na tych terenach pojawiają się przejściowo plemiona zarówno germańskie, jak i celtyckie. Prawdopodobnie na skutek ciągłego zagrożenia ze strony koczowniczych plemion z południowego wschodu oraz mobilizacją plemion germańskich w walkach z Rzymianami, następuje wyludnienie w całej Europie Środkowej. Sytuacja zmienia się wraz z początkiem V wieku naszej ery, kiedy pod naporem następnych pokoleń koczowników- tym razem Hunów- na teren dorzecza Nysy Łużyckiej i Kwisy przybywają plemiona Serbów. Serbowie Łużyccy będą tworzyć historię tych ziem przez wiele następnych stuleci.

Pierwsze zmianki o plemionach zwanych Serboi  pojawiły się w relacji Pliniusza Starszego w I w. n.e, który lokował ich w okolicach Morza Czarnego. Mieli przynależeć do ludów indo-irańskich, koczowniczo-pasterskich, spokrewnionych z Persami i Scytami. Nie utożsamia się ich z plemionami słowiańskimi. Na początku V wieku rzymski pisarz Wibiusz Sekwester umiejscawiał Serbów na lewym brzegu Łaby. Prawy brzeg w tym czasie zamieszkiwali germańscy Swebowie. 
Słowianie zasiedlali teren Europy środkowej dopiero od początku VI wieku. Dziś, ze względu na zróżnicowany materiał archeologiczny Serbów i Słowian z V i VI wieku, przypuszcza się, że ci ostatni zasymilowali się z Serbami z czasem przejmując od nich nazwę, lecz zachowując swój język i obyczaje. Na Pogórzu Izerskim udokumentowana jest w materialne archeologicznym obecność trzech serbskich plemion. Najliczniejsi z nich to Łużyczanie, zajmujący teren od Łaby, aż po rzekę Bóbr oraz mniej liczni Bieżuńczanie (Bieśniczanie) w dorzeczu Nysy Łużyckiej rozlokowani w okolicach Zgorzelca, którzy na początku X wieku zostali wchłonięci przez liczniejsze i potężniejsze plemię Milczan. Z Bieżuńczanami archeolodzy łączą odkryte słowiańskie centra osadnicze w Białogórzu, Niedowie, Sulikowie, Tylicach, Pieńsku oraz oczywiście na górze Bieśnica (Landeskrone) po niemieckiej stronie Zgorzelca. Na temat kurhanów i grodziska w Białogórzu pisałam obszernie w tym miejscu.

W tym okresie, aż do XIII wieku większa część Pogórza Izerskiego była porośnięta niedostępną, gęstą puszczą i pozostała niezamieszkała. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy uznany dziś za jednego z najwybitniejszych Piastów Śląskich Henryk I Brodaty, na początku XIII wieku, kierowany przyczynami ekonomiczno-gospodarczymi, zezwolił na osiedlenie się w rejonach sudeckich osadników z zachodu. Ale to jest temat na inne opracowanie.


W pierwszy dzień Świąt ruszyliśmy na poszukiwanie śladów osadnictwa słowiańskich Bieżuńczan i trafiliśmy najpierw do Starego Zawidowa. Zaparkowaliśmy auto pod kościołem i udaliśmy się na poszukiwania wzniesienia, na którym przed wiekami, stał ważny obiekt określany w literaturze, jako zamek. W rzeczywistości była to zapewne drewniana wieża mieszkalna, która pełnić mogła też funkcje obserwacyjne i obronne, gdyż teren, na którym się wznosiła, odznacza się właściwymi do tego celu walorami. W odnalezieniu Kociej Góry pomógł nam mieszkaniec Zawidowa. Okazało się, że górka znajdowała się tuż za kościołem. Wizyty na następnych grodziskach jasno pokazały, że pierwsi koloniści z chrześcijańskiego centrum kulturowego, na tych terenach lokowali najważniejszą budowlę-kościół tuż przy słowiańskiej wiosce. W tamtym rejonie, zupełnie odmiennie niż w dorzeczu Kwisy, nowi osadnicy zasiedlali teren i wioski już istniejące, asymilując się w sposób mniej lub bardziej pokojowy z autochtonami.





Po wejściu na górkę okazało się, że roztacza się stamtąd widok na ogromną połać terenu. Wejście od drugiej strony jest niemożliwe z powodu zarówno płynącej u stóp wzniesienia rzeczki, jak i stromizny. Po zrobieniu fotografii, wrócilismy do auta i udaliśmy się opłotkami do Niedowa nad rzekę Witkę.

Grodzisko w Niedowie spodobało mi się z tego powodu, iż było oznaczone i opisane.




Według przeprowadzonych badań osadnictwo na Górze Słowiańskiej trwało od IX do XI wieku, a gród mógł być bardzo ważnym centrum Bieżuńczan. Odnaleziono tu bardzo spektakularne artefakty, jak na owe czasy. Mnogość tkackich przęślików, igły szewskie, mogą świadczyć o istniejącym tutaj rozwinietym centrum rekodzielniczym. Świadectwem bogactwa mieszkańców są liczne metalowe wyroby, takie jak sprzączki, czy uchwyty i okucia do narzędzi gospodarskich oraz przedmioty zbytku, takie jak kości do gry, czy paciorki z karneolu. Znalezione i przedstawione wyżej na zdjęciu militaria świadczą o rozwinietych kontaktach z cywilizacją zachodniej i południowej Europy.

Co mnie zasmuciło to fakt, że grodzisko zdewastowane zostało najpierw przez energetykę, jakby nie można było sobie tych słupów inaczej pociągnąć.



A teraz jest dewastowane przez crossowców, którzy urządzili sobie tam tor przeszkód.


I kilka widoków na majdan i z majdanu.







Następne grodzisko, w Tylicach na Winnej Górze, bardzo nas rozczarowało. Nie zajrzałam wcześniej do literatury i nie wiedziałam, że zostało całkowicie zniszczone podczas wydobycia bazaltu w późniejszych wiekach. Kiedy wspinałam się po prawie pionowej ścianie (na czworakach!) miałam nadzieję ujrzeć spektakularny widok. Tymczasem zobaczyłam ogromną, kilkudziesięciometrową dziurę pod spodem.

Na zdjęciach tego tak nie widać, ale te wzniesienia sa naprawdę wysokie i strome.

Początkowo myśleliśmy, że stoimy na wale, 
jednak po drugiej jego stronie ziała ogromna dziura-wybierzysko.


Wszechobecne w tamtejszych lasach śmieci.



Zanim grodzisko zniknęło i zostało wykreślone z rejestru zabytków, archeolodzy znaleźli tam znaczne ilości ceramiki oraz świadectwa istnienia hutnictwa żelaza. Cóż, wielka szkoda. Miejscowość straciła szansę na stanie się ciekawym pod względem turystycznym miejscem.

Ruszyliśmy do Sulikowa, gdzie na Górze Zamkowej, podobnie, jak w Starym Zawidowie, miał znajdować się niewielki drewniany słowiański gródek obronny. Zachowały się fragmenty wałów. Znów nie znalazłam żadnych informacji w litaraturze na temat znalezisk archeologicznych z tamtego terenu, a konserwatora zabytków już nie zamierzam w tym temacie nękać :-)




Obecność wody jest ważnym strategicznym elementem, 
który decydował o osadnictwie.





Mieliśmy wprawdzie już prostą drogę do domu, ale uznałam, że jeszcze mamy na tyle czasu, aby odwiedzić grodzisko w Pisarzowicach. Nie musieliśmy go szukać, poniewaz Chłop był tam kilka lat wcześniej. Trzeba było sobie tylko przypomnieć drogę, w którą mieliśmy skręcić. 

Grodzisko (domniemane) bardzo mnie rozczarowało. Po pierwsze- ktoś sobie ogrodził teren, na którym się znajdowało, drutem kolczastym na tyle szczelnie, że nie ryzykowałam tam wejść z powodu obawy o poszarpanie sobie kurtki.


Ja nie wiem, czy to nie jest kaleczenie drzew i czy tak wolno?




Po drugie, już w domu, gdy sięgnęliśmy do kart archeologicznych, okazało się, że istnienie tego grodziska jest wielce wątpliwe. Nic tam nie znaleziono, żadnych wałów, żadnego materiału. W karcie widniała notatka, że sprawa ta wymaga wyjaśnienia poprzez wykonanie badań sondażowych. Wszystko wskazuje na to, że to zwykła wydumka, a nie żadne grodzisko. Nie ma też w karcie informacji, na jakiej podstawie obiekt został wpisany do rejestru zabytków.

W czasach nowożytnych na tym terenie, przy drodze Pisarzowice-Henryków Lubański, znajdowała się karczma. Jej ruiny są widoczne po dziś dzień.




Reasumując: To był piękny i udany dzień. Pogoda pozwoliła nam aktywnie i pożytecznie spędzić pierwszy dzień Świąt odrywając nas od jadła i napojów. Grodziska w okolicach Zgorzelca to niewykorzystany potencjał turystyczny tego regionu. Tylko w jednym przypadku, w Niedowie, postarano się, aby postawić tablicę i zaciekawić przechodnia przeszłością tych ziem. Uderzyło nas to, że na każdym z tych obiektów znajdował się koszmarny śmietnik. W Starym Zawidowie grodzisko znajduje się tuż przy kościele. Jakkolwiek jestem w stanie pojąć, że jakiś burak może wyrzucać smieci do lasu, tak nie pojmuję, jak można tolerować góry śmieci tuż pod kościołem? 
Pomyślcie sobie, jak fajnie byłoby wybrać się na wycieczkę rowerową oznakowanym szlakiem grodzisk tym bardziej, że znajdują się od siebie w niedużej odległości. Tymczasem obiekty te skazane są na niepamięć współczesnych mieszkańców. 

P.S. Prócz kart ewidencji zabytków archeologicznych, wyrwanych sądownie dolnośląskiemu konserwatorowi zabytków oraz przedwojennych map niemieckich, korzystałam z informacji o grodziskach zawartych w książkach W. Bena, Polskie Górne Łużyce oraz ze Słownika geografii turystycznej Sudetów. O najnowszych i najbardziej naukowych hipotezach dotyczących genezy Serbołużyczan dowiedziałam się z książki M.Cygańskiego, R. Leszczyńskiego, Zarys dziejów narodowościowych Łużyczan, tom.1

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Żeby dwa dni nic nie robić.

Żeby przez dwa dni nic nie robić, trzeba się najpierw okrutnie narobić. Posprzątać chałupę, upiec ciasta, pierogi i uszka ulepić, wino, które jeszcze niedawno dawało czadu, zlać do butelek i ometkować. Dlatego dziś stać mnie jedynie na pozostawienie czytelnikom z całego serca płynących życzeń.


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Lubię być w awangardzie.

Odkąd pamiętam, a pamięć moja sięga do czasów przedszkola, nigdy nie lubiłam robić tego, co otaczająca mnie grupa. Przy tym wszystkim byłam na tyle mądrym dzieckiem, a później mądrym młodym człowiekiem, że rozumiałam, iż aby mieć święty spokój należy się dostosować. Sztukę dostosowywania się do otoczenia opanowałam do tego stopnia, że byłam postrzegana jako wzorowa uczennica i grzeczne dziecko. Jakim byłam naprawdę „grzecznym” dzieckiem wiedziała tylko i wyłącznie moja najbliższa rodzina. Nie mam dziś nastroju do głębszego grzebania się w mojej psyche i analizowania przyczyn mojego buntu, powiem tylko, że zawsze miałam własne zdanie, a jak coś mi się nie podobało, to  pyskowałam i robiłam po swojemu. Dziś wiem, że miałam rację. Byłam po prostu inna, chciałam żyć po swojemu, sama decydować o pewnych sprawach nie od 18-tego roku życia, ale odkąd skończyłam lat 12 i zaczęłam w miarę świadomie postrzegać swój los. Rodzina nie miała mi nic do zaoferowania. Mój ojciec był alkoholikiem (co skrzętnie ukrywano przed całym światem, bojąc się wymawiać to słowo nawet dziś), a podczas tych rzadkich momentów, kiedy widziałam go trzeźwego, był dla mnie obcym człowiekiem. Po prostu ze sobą nie rozmawialiśmy. Dla mojej mamy najważniejszą rzeczą, która się w życiu liczyła, był fakt, czy chodzę do kościoła, ale o tym już pisałam kilka miesięcy temu we wpisie Ostatni festiwal hipokryzji. Tamten wpis kosztował mnie mnóstwo emocji i nie chciałabym by zrobił się z tego post podobny. W każdym razie, nie mając w realnym życiu żadnego pozytywnego przykładu, jako nastolatka, swój moralny kręgosłup kształtowałam czytając mądre księgi (największe wrażenie zrobiła na mnie mądrość zawarta w hinduskich starożytnych pismach Wedach) i przemyślenia filozoficzne. Nie przeszkodziło mi to równolegle zaczytywać się w Szklarskim, Mayu oraz w typowo dziewczęcej literaturze takiej jak Ania z Zielonego Wzgórza. Filozofia, głównie hinduska, kształtowała mój moralny kręgosłup i pozwoliła przyswoić sobie w dosyć młodym wieku prawo karmy, które dziś obserwuję na co dzień w moim życiu (owa magia), a książki przygodowe i obyczajowe opisujące dawny świat, rozbudziły we mnie wyobraźnię i pozwoliły dostrzec, że świat jest większy niż trzepak przed blokowiskiem z wielkiej płyty, na którym to trzepaku, wisząc głową w dół, spędzałam wolny od czytania czas. 
Gdzieś pomiędzy jednym fikołkiem, a drugim, odkryłam, że aby być szczęśliwą potrzebuję czasem zrobić coś, czego nie robią inni. Nie chodziło o to, aby robić coś na siłę, by się wyróżniać, lecz aby znaleźć w sobie odwagę do robienia rzeczy niestandardowych, które łamią stereotypy. Mam też skłonność (i co dziwne, potrzebę) do prowokowania otoczenia swoim zachowaniem, co ilustruje choćby wpiso Iwanie (niewinny żarcik) i wspomniany już Festiwal, kiedy czekałam na osoby, które zaczną mnie oceniać i w komentarzach dawać wyraz swojej hipokryzji. Rezultatem owych niestandardowych życiowych wyborów były absolutnie nie rokujące na zatrudnienie w zawodzie studia oraz najważniejsza i najpiękniejsza decyzja w moim życiu o porzuceniu miasta i przeprowadzce na wieś.

Takie mamy codziennie widoki :-)

Przy tym całym moim odizolowaniu się od świata mam nadal w niektórych dziedzinach potrzebę bycia w awangardzie. W latach 90-tych nie znano jeszcze za bardzo rasy golden retriever. Cieszyliśmy się, że jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy hodują te psy i tym samym mają wpływ na rasę. Dziś to psy na tyle popularne, że przy całej mojej miłości do rasy, straciłam motywację do hodowli, ponieważ nie mogę wykazać się pracą twórczą, a jedynie rozmnażaniem. To, że w 2001 roku agroturystyk w Polsce było jak na lekarstwo, a my byliśmy jedną z nich, to może był przypadek. Natomiast moim celowym działaniem było bardzo szybkie nauczenie się tworzenia stron internetowych i posiadanie takiej dla hodowli i gospodarstwa. Oczywiście, w szybkim czasie, podobnie jak z agroturystykami, stron firm zaczęło przybywać. Prywatne muzeum nadal stanowi w Polsce nowość. Cieszymy się póki co przynależnością do wąskiego grona właścicieli prywatnych muzeów mając tym razem nadzieję, że szybko będzie ich przybywać ku ogólnemu pożytkowi dla tego wyniszczonego konsumpcjonistycznym stylem życia kraju. Jako jedna z jeszcze nielicznych (i tu też liczymy, że będzie tendencja wzrostowa) rodzina odzyskała zagrabiony przez PRL dwór, w którym być może niedługo zamieszkamy po pięknie spędzonych latach w oryginalnym i nie mniej zjawiskowym domu przysłupowym. Również innym niż przeciętny wiejski dom. 
Lubię, naprawdę lubię robić czasem coś od czapy i być inna niż większość. Może niektórzy odbiorą to za zarozumialstwo, jednak nie o to mi chodzi. Szanuję wybory życiowe innych ludzi, ich potrzebę życia w stadzie i pracy na etacie. W końcu jesteśmy gatunkiem społecznym i potrzebujemy siebie nawzajem. To, że jestem zadowolona ze swoich wyborów świadczy jedynie o tym, że są dla mnie najlepsze.

Kilka miesięcy temu przeczytałam e-mail od znajomego. Namawiał mnie do zakupu internetowej waluty bitcoin. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o czymś takim. Szczerze powiem, że wówczas nie za bardzo miałam czas i głowę do szukania jakiejkolwiek informacji na temat dla mnie abstrakcyjny. Zrzuciłam to na Chłopa, jako temat zbyt dla mnie techniczny i ścisły, ale Chłop również nie załapał. Po wymianie kilku maili dowiedziałam się mniej więcej, o co chodzi z tymi bitcoinami i uznałam, że jednak nie mam duszy hazardzisty i nie będę kupować czegoś, co nie istnieje realnie. Jakoś mi się to skojarzyło z grami komputerowymi, a to dla mnie świat całkowicie obcy. Kolega jednak podpowiedział nam bezpieczniejszy udział w bardzo wąskim jeszcze gronie bitcoinowców. Zaproponował, abyśmy utworzyli sobie konto i po prostu, nie wykonując żadnych ruchów, oczekiwali na darowizny. Cóż, pomyślałam sobie, to akurat niczemu nie przeszkadza. Nic nie tracimy, a możemy coś zyskać. Oczywiście, w żadne wpłaty nie uwierzyłam, ponieważ mimo iż konto tradycyjne na potrzeby darowizn dostępne całemu światu widnieje zarówno na stronie internetowej muzeum, jak i na tym blogu, nie pojawiła się na nim ani złotówka. Dlaczego zatem mają pojawić się jakiekolwiek pieniądze od ludzi posługujących się bitcoinem, skoro jest ich jedynie garstka? Jaki zatem zysk miałam na myśli? Otóż z momentem założenia i opublikowania konta, właśnie realizowałam swoją potrzebę bycia w awangardzie mając też cichą nadzieję na jakąś reklamę, potrzebną mi do prowadzenia działalności zarobkowej. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Ze zdumieniem spostrzegłam, że na koncie bitcoinowym pojawiają się drobne kwoty. Dziś jest to równowartość ok 17 dolarów. Nie jest to może obiektywnie oszałamiająca kwota, ale w porównaniu z kontem dla darowizn, które zanotowało zero wpłat, robi na mnie wrażenie. Większe jednak wrażenie robi na mnie fakt, że mimo iż osób posługujących się walutą bitcoin jest w Polsce tak mało, są oni na tyle mili, by docenić fakt, że przyłączyło się do ich grona małe lokalne muzeum. Te drobne wpłaty traktuję, jako wyraz sympatii. Bardzo gorąco za nie dziękuję. Potraktuję je jako lokatę. Kto wie, czy przy rosnącym zainteresowaniu bitcoinem z tych 17 dolarów nie zrobi się suma dużo, dużo większa. Zamiast dziś kupić na potrzeby muzeum trzy puszki farby za te 17 dolców, być może za 10 lat muzeum wzbogaci się o jakiś odlotowy eksponat.

Po emisji materiału o bitcoinach w faktach TVN, które miało miejsce kilka dni temu, dziennikarze zainteresowali się tematem. Prawdopodobnie googlując lub przeglądając portal bitcoin.pl, gdzie w linkach zamieszczono podmioty akceptujące walutę bitcoin, docierają do naszej małej „instytucji”. W mojej cichej samotni, oddalonej 6 km od wszystkiego, rozbrzmiewają telefony.

-Kochanie, jak spędziłaś dziś dzień?- pyta Chłop, który przebywał kilka godzin w pobliskim miasteczku.
-A wiesz, rano rozmawiałam z redaktorem money.pl, który prosił mnie o zgodę na wzmiankowanie, a jakiś czas później pewien dziennikarz radiowy nagrał ze mną wywiad dotyczący bitcoinów, który dziś pójdzie na antenie.
-Yyyyy…- Chłop zalicza opad szczęki.

Artyluł o bitcoinach ze wzmianka o nas tutaj:
http://www.money.pl/pieniadze/raporty/artykul/bitcoin;w;rok;podrozal;o;9000;procent;kiedy;ta;banka;peknie,8,0,1430792.html

Niedawno spłynęło do nas jeszcze kilka zdjęć od fotografa Pawła Sosnowskiego, które zrobił przy okazji wywiadu dla niemieckiej gazety Sachsische Zeitung. Są tak urocze, że nie mogę się oprzeć by się nimi z Wami nie podzielić. Być może są to jedne z ostatnich zdjęć naszej ludzko-psiej gromadki w Zapuście. Niech staną się dla nas pamiątką.

Od lewej Fiona, Jaskier, Mantra. 
Na drugim planie od lewej Chłop i baba :-)


W minioną środę nasze muzeum odwiedziła kontrola z Urzędu Marszałkowskiego. Wszystko przebiegło bardzo pozytywnie. Nasz wniosek został skierowany do Ministerstwa w celu przekazania nam należnej dopłaty do remontu. Na zwrot części kosztów oczekiwać będziemy najpóźniej do końca roku, a więc jeszcze 4 tygodnie.

Pozdrawiamy Was gorąco. To jesteśmy my- (jeszcze) Tuskulaki :-)