O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

niedziela, 30 stycznia 2011

Guziki inne niż znamy.

Generalnie, to przyzwyczaiłam się już do rozmaitego rodzaju rupieci i hm... śmieci, jakie Chłop przynosi do domu, gdy znika na kilka godzin w lesie, znajdując przyjemność w rozgrzebywaniu zrzutowisk po przedwojennych mieszkańcach naszego regionu. Znosi mi te wszystkie pierdółki chyba po to, aby nie być posądzonym, że zamiast do lasu, to na dziwki chadza :-) Po tych wspólnie spędzonych kilkunastu latach przestałam już nawet zwracać uwagę, co on tam przynosi, tym bardziej, że zazwyczaj podaje mi to w formie mniejszych lub większych bezkształtnych grudek ziemi. Pewnie myśli, że zabiorę się za mycie tych znalezisk. Zaczynam interesować się owymi przedmiotami dopiero wówczas, gdy z łazienki dobiegnie do mnie dźwięk zaskoczenia, zadowolenia, tudzież niedowierzania.
Kiedy dostałam do ręki jeden z tytułowych guziczków, sama wydałam nieartykułowany okrzyk, gdyż motyw wygrawerowany w metalu coś mi żywo przypominał. I nijak do guzików nie pasował.


Motyw jest żywcem zerżnięty ze sztuki celtyckiej. Tego typu przedstawienia stylizowanych zwierząt- koni, jeleni występują na monetach używanych przez Celtów. Wcześniej pojawiał się na ozdobach, przedmiotach użytkowych. Guziki oczywiście celtyckie nie są, choć sporo czasu upłynęło, zanim zdołaliśmy dojść z nimi do ładu i uporządkować wiedzę na ich temat. Choć nigdzie nie odnaleźliśmy analogii, ani datowania (w internecie, jak się okazuje, jednak nie wszystko jest), postawiliśmy na XIX wiek.
W międzyczasie trafiło się nam jeszcze kilka podobnych egzemplarzy guzików, ale do celtyckiej sztuki już nie nawiązywały. Mimo to, są niezwykłe.





W tym miejscu znów zadziałała jakaś magia, bo skąd pradziadek mógł to wiedzieć, kiedy ratował we Wrocławiu niemieckie książki, które ludność napływowa uznała za dobre paliwo do pieca, że siedemdziesiąt lat później jego prawnuk rozwiąże dzięki temu swoją małą zagadkę?
Kiedy robiliśmy porządki w niemieckich starych książkach, pakując większą część z nich do pudeł, by czekały, aż zrobimy dla nich porządną bibliotekę, wpadła nam w ręce jedna taka, która szczególnie przykuła naszą uwagę.
„Sztuka ludowa w Salzburgu” (Volkskunst in Salzburg)


Jakież było nasze zdumienie, gdy znaleźliśmy w niej podobne guziki!




Co się okazało? Odczytując fragmenty dotyczące prezentowanych guzików, napisane malowniczym, dech zapierającym w piersiach niemieckim gotykiem (Chłop odczytywał, ja się czuję zawsze jak analfabetka przy tych zabiegach) poznaliśmy ich genezę i znaczenie.
Ornamentyka wiąże się właśne ze wspomnianą wcześniej sztuką plemion celtyckich. Jako, że w tamtym okresie Niemcy na siłę poszukiwali swojej tożsamości i niejednokrotnie naginali fakty historyczne i znaleziska archeologiczne dla swoich potrzeb propagandowych, w książce okres celtycki występuje jako starogermański. Tymczasem plemiona germańskie dotarły na teren Celtów parę wieków później.
Pierwsze guziki są grawerowane w klasyczne celtyckie ornamenty. Prócz zwierząt, częstym motywem jest prastare, bardzo pierwotne wyobrażenie tarczy słonecznej. W późniejszym czasie zaczyna się swobodna twórczość związana z ornamentyką ludyczną. Popularne są kwiaty w doniczkach i rozety, które ewoluowały z motywów solarnych.
Najciekawsze są guziki związane z zawodami. Nam trafił się ornament wyobrażający pług, co nie jest niczym dziwnym zważywszy, iż zamieszkujemy teren związany z rolnictwem. Nosił ten guzik zapewne jakiś miejscowy oracz.


A to guziki prezentowane w książce, które należały do rolnika (cep i grabie i sam rolnik :-) i kowala ( narzędzia kowalskie):



Guziki mają rozmiar 1 cala (niepełne 2,5 cm). Wyobrażacie sobie, ile czasu musiało trwać ręczne wygrawerowanie takich motywów w metalu? To tylko zwykły guzik, a ludzie zadawali sobie tyle trudu, aby z pospolitego przedmiotu robić małe dzieła sztuki.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Agroturystyka- kiedy słowo ciałem się stało.

Na pomysł założenia swojego gospodarstwa agroturystycznego (któremu bliżej możecie przyjrzeć się tutaj) wpadłam, kiedy siedziałam, całkiem zblazowana i duchem nieobecna, na wielkim łóżku, w małym pokoiku w centrum Wrocławia. Łóżko znajdowało się w domu, który jeszcze kilka lat wcześniej stał w spokojnej okolicy, a do mieszkańców dochodził cichy trel ptaków zamieszkujących skwerek po drugiej stronie malutkiej uliczki. Obecnie na owym skwerku śpiewały wyłącznie menele. Kiedy zobaczyłam jednego z nich siedzącego o 2 w nocy na przydomowej czereśni, z nosem przyklejonym do naszego okna w sypialni, które znajdowało się na piętrze, powiedziałam, że ja to wszystko pieprzę (a nawet brzydziej powiedziałam) mam dość i że zamierzam stąd zniknąć, by znaleźć sobie swój skrawek spokojnego miejsca na ziemi.
Siedząc w tak małym pokoju, że mieściło się w nim zaledwie łóżko i szafka z telewizorem, nie przypuszczałam, że bezmyślne gapienie się w ekran na zawsze odmieni moje nudne i bez żadnych perspektyw życie.
-Co byś zrobił, gdybyś wygrał milion?- Hubert Urbański zadał od lat to samo pytanie mordowanemu trudnymi pytaniami delikwentowi.
-Kupiłbym sobie duży dom i założył gospodarstwo agroturystyczne.
W tym momencie coś się ze mną stało. Nie pamiętam, czy podskoczyłam niczym Archimedes w wannie, gdy doznał olśnienia i krzyczał „eureka”, czy wręcz przeciwnie, zamarłam z łomoczącym sercem. Wiem, że nie było wówczas nikogo, z kim mogłabym się podzielić tym, co w ułamku sekundy narodziło się w mojej głowie.

Dom we Wrocławiu.
Na pierwszym planie wspomniana czereśnia.

Od roku, niemal w każdy weekend, jeździliśmy za miasto oglądać oferty domów do sprzedaży, nie bardzo wiedząc, na czym moglibyśmy oprzeć naszą egzystencję. Może hodowla? Kilka lat spędzonych w środowisku hodowców, przeważnie prowadzących duże, wielorasowe hodowle, utwierdziło mnie w przekonaniu, że kiepski to interes. Jeśli chcesz zarabiać na hodowli, musisz wyłączyć swoje uczucia. Duża wielorasowa hodowla to zwykłe schronisko psów poupychanych po klatkach, gdzie właściciel nie ma możliwości, ani już chęci, zająć się wszystkimi swoimi podopiecznymi. Jeśli jakiś hodowca zdecydował się trzymać dwadzieścia psów w mieszkaniu, było jeszcze gorzej. Stłoczone zwierzęta, zniszczone meble, brud i smród uniemożliwiały normalną egzystencję. Nie każdemu to przeszkadza, ale ja takiego życia ani dla siebie, ani dla swoich zwierząt sobie nie życzyłam.

Wg moich kryteriów-szczęśliwy pies
Przeglądam czasopismo „Pies”, gdzie pisze o sobie znana w kynologicznym świecie pani, chełpiąca się dziesiątkami psich czempionów i interczempionów zamieszkujących pod jej dachem. Artykuł wywołuje moje zdumienie, niedowierzanie, bunt.
-Jak to jest?- pytam starszego doświadczonego kynologa- Czytam tu o psie, który jest stosunkowo młody, a ma kilka czempionatów z różnych krajów, również tych za oceanem.
-Co w tym dziwnego?
-Przecież to oznacza, że ten pies wyjeżdża co pół roku do innych ludzi, jak się u nich w miarę zadomowi, oddawany jest w następne ręce.
-Mhm... tak się robi.
-Ale zaraz, zaraz, to jak ten pies ma być szczęśliwy?
-A kto ci powiedział, że w hodowlach psy mają być szczęśliwe?- z filozoficznym spokojem odpowiada kynolog.
Mam wówczas 24 lata, ile jeszcze razy zaskoczy mnie życie?
Dziś mam 36 lat i wiem, że życie sprawiać mi będzie niespodzianki do samego końca.


W 2000 roku, gdy opisywane przeze mnie zdarzenie miało miejsce, agroturystyka była jeszcze bardzo nowatorskim przedsięwzięciem, dlatego uznałam, że to wspaniały pomysł na życie na wsi, który nie wykluczał malutkiej w swoich założeniach, rodzinnej hodowli naszej ukochanej rasy psów. Zanim Chłop wrócił do domu, miałam obmyślony cały plan i bardzo szybko udało mi się Chłopa do niego przekonać. Na tyle szybko i bez żadnych zastrzeżeń, że Chłop dziś jest święcie przekonany, że agroturystyka to pomysł zrodzony w jego głowie.


Obecny widok z sypialni
Jak to miałoby funkcjonować?- stawialiśmy sobie pytanie.
Jako dziecko nie cierpiałam zorganizowanych wczasów. Przeszkadzało mi i utrudniało wypoczynek obowiązkowe stawianie się na posiłki. Serwowane jedzenie nigdy mi nie smakowało. Będąc nastolatką, najbardziej lubiłam długie wakacje spędzane z siostrą, gdzie wynajmowałyśmy jedynie pokój, właściciela widziałyśmy na początku i końcu pobytu. Czułam się wówczas naprawdę swobodnie, nieskrępowana żadnymi porami posiłków. Jadłyśmy, gdy byłyśmy głodne i to, co same chciałyśmy. Jedyne, co mi wówczas przeszkadzało, to brak kuchni. Gotowanie na nocnej szafce na zabranej z domu elektrycznej maszynce, było nielegalne. Właściciel pokoju zakładał, że goście będą żywić się na mieście.
Postanowiłam zorganizować ludziom warunki takiego wypoczynku, jakie sama bym sobie życzyła na ich miejscu. Miało być przede wszystkim tanio, wygodnie, estetycznie oraz tak zorganizowane, aby zapewnić i nam i gościom bezkolizyjną egzystencję. Słowo agroturystyka właśnie z tym mi się kojarzy.
Z takimi założeniami i ogromnym entuzjazmem ruszyliśmy szukać swojego domu.

Dramatyzmu owym poszukiwaniom dodawał fakt, że Chłopu i jego rodzicielce podobały się absolutnie wszystkie prezentowane domy, włącznie z takim położonym parę metrów przy cmentarzu i z widokiem na drogę krajową, mnie zaś nie podobało się absolutnie nic. Z każdego obiektu wychodziłam ze łzami w oczach mając obawy, iż zostanę w końcu przymuszona do jakiegoś nieodpowiadającego mi miejsca i resztę mojego smutnego życia spędzę na przykład przy cmentarzu, oswajając się z miejscem ostatecznego spoczynku.

W połowie lat 90-tych, w przerwach pomiędzy wykładami, a pracą w terenie, snuliśmy nierealne marzenia o przyszłości. A może zostawić to wszystko za sobą?- myśleliśmy. Wyrwać się od tłumów, problemów dnia codziennego, rutyny i schematu: praca-dom-sen-praca-dom-sen. A gdyby tak zaszyć się w jakiejś głuszy? Wędrowaliśmy palcem po mapie w egzotyczne miejsca wyobrażając sobie, jakie czeka nas życie? Dlaczego wybór nasz padł na Zimbabwe? Tego już nie pamiętam. Wiem, że w kółko o tym mówiliśmy, aż najbliżsi uwierzyli w nasze marzenie.
150 km od Wrocławia, pomiędzy dwoma małymi miasteczkami: Gryfowem i Lubaniem, odnalazłam swoje Zimbabwe.
Tajemniczy las, w którym dzieją się niesamowite rzeczy

Znalazłam kilka podobieństw do swoich wyobrażeń życia w afrykańskiej głuszy. Mieszkamy na odludziu, gdzie okiem sięgnąć rozciąga się nasz teren, a na horyzoncie widnieje las, który może nie jest tak niebezpieczny, jak afrykańska dżungla, lecz kryje w sobie kilka tajemnic oraz tu i ówdzie dzieją się w jego głębi rzeczy niepojęte. Są też „dzicy ludzie” zwani przez nas Mamunami. Nie jestem do końca przekonana, czy rzeczywiście przynależą do gatunku ludzkiego, jednak nie zachodzą w naszą stronę zbyt często, a przynajmniej nie na tyle, abym musiała planować zakup rhodesian ridgebacka.
Straszny wąż-zaskroniec
Mamy dzikie zwierzęta.
-Proszę pani, czy te węże, które ma pani na obrazku, to one masowo u was występują? Bo żona się boi.
-Tak, oczywiście, żona się boi. Proszę się nie martwić, ten straszny wąż to zaskroniec. Żywi się drobnymi gryzoniami, nic panu nie zrobi.
Prócz strasznych wężów pod okna podchodzą sarny, lisy, bażanty, borsuki. Na strychu i w garażu biegają popielice, wszędzie niemiłosiernie cudnie drą się ptaki.

Ludzie, którzy od urodzenia są trzymani w ciasnych mieszkaniach niczym zwierzęta hodowlane w klatkach, często nie rozumieją i nie odczuwają naturalnej dla człowieka potrzeby wolności i przestrzeni. Mnie udało się uwolnić z wewnętrznej ciasnej klatki miejskiej mentalności, w której wieś kojarzy się z zacofaniem, smrodem i ciężką pracą fizyczną.

Czuję się zaszczycona tym, że mogę zaprosić Was do swojej bajki i że ci, którzy do nas przyjeżdżają, stają się jej integralną częścią.

środa, 19 stycznia 2011

Pozytywne skutki porwania przez UFO.

Na wniosek Czaroffnicy chciałabym rozwinąć punkt 3 z mojej osobistej wiwisekcji i opowiedzieć o moim doświadczeniu z UFO. Nie, nie zostałam porwana, ani nie przeprowadzono na mnie żadnego eksperymentu. Tu niestety rozczaruję wszystkich, dla których manipulacje przy mojej głowie przez istoty pozaziemskie, mogłyby wyjaśnić moją dziwną osobowość. Słyszałam natomiast prawdziwą historię człowieka porwanego przez UFO, którą przytoczę poniżej.

Moja historia przedstawia się następująco:
Zdarzenie owe miało miejsce we Wrocławiu. Pewnego pięknego, zimowego wieczoru, roku 1991 lub 1992, wracałam wraz z moją przyjaciółką z zajęć gry na gitarze. Była godzina 18.00 lub 19.00, nie później. Miasto pełne było powracających z pracy do domu ludzi. Za skrzyżowaniem ulic Piłsudskiego i Zielińskiego, tuż nad wiaduktem kolejowym, ujrzałyśmy widok, który wprawił nas w osłupienie. Zamarli również ludzie stojący na przystanku autobusowym. Ujrzeliśmy bowiem wszyscy kilka czerwonych kul poruszających się z południa na północ. Wyglądało to mniej więcej tak:

Kule miały ciemnoczerwoną barwę, świeciły, ale niczego nie oświetlały, nie dawały blasku, nie migały. Nie mogły być odbiciem świateł z ziemi. Były niesamowicie wyraźne, jak na moim rysunku, o nasyconym kolorze. Jedna z kul była widocznie większa od pozostałych. Sprawiały wrażenie, iż znajdują się stosunkowo nisko. Na tyle nisko, że byłby widoczny przedmiot (samolot, zeppelin, balon), na którym ewentualnie byłyby umocowane. Zjawisko to nie generowało żadnego dźwięku. Gdyby to był samolot i znajdował się na tej wysokości, eksplodowałyby nam głowy od huku. Nie było nic, tylko te stosunkowo duże czerwone kule przemierzające niebo. Ich położenie względem siebie nie miało żadnego logicznego kształtu. W ten sposób żaden obiekt nie jest oświetlany. Tu zgadzamy się z przyjaciółką w stu procentach. Natomiast każda z nas troszkę inaczej zapamiętała sposób poruszania się kul. Mnie się wydaje, że kule nie poruszały się względem siebie, natomiast przyjaciółka pamięta, że zmieniały położenie w stosunku do tej większej kuli, którą nazwałyśmy obiektem matką. Żadna z nas nie da złamanego grosza za swoją pamięć. Bardziej ufałabym przyjaciółce, gdyż ma umysł bardziej ścisły od mojego. Ja z czasem zapominam szczegóły i upraszczam.

Wróciłyśmy z lekka wstrząśnięte do domu. Na drugi dzień ukazały się w mediach informacje na ten temat. Nikt nie zidentyfikował zjawiska. Było ono widoczne na całym Dolnym Śląsku. Jeśli dobrze pamiętam, najwięcej relacji było z okolic Legnicy.
Próbowałam szukać w bazach komputerowych, ale nie znalazłam tej właśnie konkretnej relacji. Przeczytałam o kilku innych obserwacjach i wiem, że wiele z obserwowanych kul zidentyfikowano jako lampy chińskie, czy coś takiego. Obejrzałam film z „lampami”, to nie było to, zupełnie nie przypominały naszego zjawiska. Z resztą wątpię, czy 20 lat temu były jakieś chińskie lampiony.
Nie wiem, co widziałam, czy ta obserwacja została racjonalnie wyjaśniona, czy zapomniano o niej, a nadal pozostaje niezidentyfikowana? Na szczęście prócz anonimowych obserwatorów na przystanku, za świadka, że nie popadłam w obłęd, mam moją przyjaciółkę.

Przy okazji tej historii przypomniała mi się opowieść o człowieku porwanym przez UFO, którą usłyszałam kilka lat temu od znajomego archeologa.
Ekipa archeologów pracowała przy pewnym zleceniu kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Nie mieli bazy na miejscu, zawsze późnym wieczorem, często po zmroku, wracali zmęczeni do domu. Pewnego ciemnego wieczoru omal nie przeżyli największej tragedii w swoim życiu, bowiem niewiele brakowało, a przejechaliby człowieka. Na środku jezdni leżał pijany typek, a obok niego leżał rower. Chłopaki zdenerwowali się sytuacją. Typka nie widać, zapada ciemność, na pewno któreś następne auto po nim przejedzie. Niewiele myśląc, zamiast położyć typka w rowie, postanowili dać mu nauczkę. Wciągnęli go do busa wraz z rowerem i ruszyli swoją drogą. Niedaleko miasta, kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, w którym znaleźli pijaka, zatrzymali się i bezpiecznie ułożyli go w rowie. O sprawie zapomnieli.
Niedługo potem, przy okazji sprzątania busa, jeden z archeologów znalazł dokumenty, które widać wypadły pijakowi podczas szamotaniny. Postanowił przy najbliższej okazji podjechać pod wskazany w dowodzie adres i oddać znalezisko. Ale wiecie, jak to jest. Pierwsza okazja nadarzyła się dopiero po jakimś czasie.
Kolega puka do drzwi, otwiera mu kobieta.
-Dzień dobry, znalazłem dokumenty w rowie i pomyślałem sobie, że ktoś zgubił i może ma kłopoty. Chciałem je oddać.
-Panie kochany- mówi na to kobiecina- Pan sobie nie wyobraża, stał się cud!
-A co się stało?- pyta znajomy.
-To są dokumenty mojego męża. Jego kosmici porwali.
-Co pani opowiada, jakcy kosmici???
- No UFO! Panie, to taki pijak był! Mówi, że leżał gdzieś pijany i nagle zobaczył, jak zbliżają się do niego jakieś oślepiające światła. Potem wysiadło ze spodka kilku ufoludków i panie, do pojazdu go wciągnęli i wyrzucili gdzieś w nieznanym miejscu. Panie, on do domu cały dzień wracał. I niech pan sobie wyobrazi, chyba coś mu w głowie zmajstrowali, bo od tej pory wódki do ust nie wziął i do kościoła zaczął chodzić.
Znajomy grzecznie, acz w osłupieniu,  wysłuchał historii, oddał dokumenty i oddalił się z miejsca z ambiwalentnymi uczuciami. 

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Riannon-szczegółowa wiwisekcja.

Zostałam wkręcona przez Kontrolerkę w łańcuszek blogowy, który ma za zadanie opowiedzenie o sobie rzeczy, o których normalnie na blogu się nie pisze. No, może pisze, ale pomiędzy wierszami. Jednym słowem- mam się obnażyć i pokazać „sekretną twarz”. Najpierw wpadłam w panikę, ale że lubię wyzwania, zaczęłam zastanawiać się nad sobą. Przejrzałam sobie, jak inni podeszli do tematu (podążyłam wstecz za łańcuszkiem) i odkryłam, że ludzie opisują zarówno to, co robią poza monitorem komputera, jak i to, jaki prezentują stosunek do świata, co lubią, co oglądają, jakie mają cechy charakteru, etc. Znalazłam u siebie mnóstwo dziwactw i tajemnic. Prędzej czy później i tak to wylezie, więc czemu nie skorzystać z okazji i przekazać hurtem?

1. Byłam „metalówą”. Na początku 90-tych każdy weekend spędzałam na koncertach, trzepałam łbem, wrzeszczałam wraz z Sepulturą: „nonconformity in my inner self, only I guide my inner self” i inne piękne cytaty. Podczas tych wspaniałych i szalonych lat wtrzepałam sobie wraz z muzyką następujące wartości, które dziś są moim moralnym kręgosłupem:
-umiłowanie wolności ocierające się o anarchię.
-nonkonformizm do bólu.
-poczucie sprawiedliwości.
-stawanie po stronie słabszych, gdy walczą o swoje prawa i w moim rozumieniu są krzywdzeni. Robię to nawet, jeśli problem mnie nie dotyczy.
-tolerancję wobec odmienności w każdej dziedzinie, od fryzury, poprzez ubiór i preferencje seksulane,  po poglądy na życie.
-miłość do zwierząt i jedność z naturą.
-nieuznawanie żadnych autorytetów.
-nie uleganie zjawisku „owczego pędu”, robienie swojego wbrew trendom i modom.
-utożsamianie kłamstwa z tchórzostwem. Nie kłamię.

2. Tajemnicą i marzeniem mojego życia, niestety niezrealizowanym, było zostać gwiazdą rocka. Nie w znaczeniu błyszczenia, ale grania lub śpiewania na scenie. W tym celu już od podstawówki uczyłam się gry na gitarze. Potem grałam w zespole na gitarze elektrycznej, ale poza scenę MDK nie wyszliśmy. W realizacji marzenia przeszkodziłam sobie sama. Nie poradziłam sobie z lękiem przed publicznymi wystapieniami. Nie znoszę być w centrum uwagi. Cóż, może w przyszłym wcieleniu uda się zrealizować to marzenie? Gdyby ktoś dał mi dziś szansę, nie mogłabym z niej skorzystać, bo sobie podarowałam i przestałam się rozwijać. Obecnie śpiewam (mówią, że ładnie) i gram poezję i szanty do kotleta.

3.Widziałam UFO i na szczęście mam na to świadków, którzy widzieli je wraz ze mną.

4. Raz miałam spotkanie z duchem, ale tu świadków nie znajdę, bo ścierwo (zły to był duch) przyszło tylko do mnie, więc lepiej nie rozwinę tematu. Niech będzie, że to był sen.

5. Mam wiele fobii, w tym kilka przedziwnych. O takich popularnych fobiach, jak słabnięcie i omdlenia na widok krwi, czy lęku wysokości nie warto wspominać. Ciekawe, dziwne i głupie są:
-paniczny lęk przed ćmami i motylami. 
-lęk i panika przed telefonem. Nie jestem w stanie wystukać numeru, by do kogoś zadzwonić. Jeśli już to zrobię, jestem roztrzęsiona i spocona. Głupie nie? Porozumiewam się za pomocą maili i SMS-ów. Niestety, wszelkie próby odczulenia nie powiodły się. Lepiej mi idzie odbieranie telefonów, ale też nie przepadam.
-lęk przed kobietami w ciąży. Na szczęście panuję nad nim na tyle, aby nie krzyczeć na ulicy i nie uciekać w panice na widok ciężarnej. Gorzej, gdy goszczę takowe we własnym domu.
-konsekwencją poprzedniej fobii jest paniczny lęk przed porodem. Trochę dziwny z racji mojego hobby- hodowli. Na szczęście Chłop staje na wysokości zadania, jest głównym akuszerem, a porody w końcu tak często u nas nie następują. Zazwyczaj podczas rodzenia się moich szczeniąt leżałam przed drzwiami (po drugiej stronie) i jęczałam. Wchodziłam tylko podwiązać pępowinę. Od dwóch miotów uczestniczę osobiście, ale nie jest to komfortowa dla mnie sytuacja.

6. W życiu codziennym uwielbiam rutuały. Czas liczę od jednej kawy do drugiej. Jestem uzalezniona fizycznie i psychicznie od kawy.

7. Jestem gadżeciarą- uwielbiam wszelkie pierdułki, jak kubki, figurki, medale i pucharki z wystaw. Cieszę się, jak dziecko z lizaka, z drobnych gadżetów. Trzeba mnie widzieć w sklepie z chińską tandetą. Oczy mi błyszczą. Na szczęście niewiele tam kupuję, bo rozum jeszcze jako tako działa.

8. Czytam przy jedzeniu. Nie umiem jeść obiadu bez książki. Oczywiście, nie jak są goście.

9. Nie zasnę, zanim Chłop nie podrapie mnie po plecach.

10. Paniczne obrzydzenie odczuwam, gdy faceci całują mnie w rękę. Może to powinno znaleźć się w punkcie „fobie”. Zamieniam się natomiast w sopel lodu i traktuję jak powietrze facetów, którzy pomijają kobiety przy powitaniu lub pożegnaniu, nie podając jej ręki, podczas gdy stojcemu przy niej chłopu podają.

11. Nie ufam facetom w marynarkach i pod krawatem. Z resztą tylko tacy rzucają mi się do całowania rąk, może to dlatego?

12. Mam słabość do facetów z długimi włosami. Nie takimi, co przykrywają łysinę kilkoma kosmkami, ale normalnymi, zdrowymi, estetycznymi włosami. To atawistyczne uczucie, gdyż długie włosy są oznaką zdrowia i dobrych genów. Brzydzę się natomiast dredów.

13. Intrygują i zaciekawiają mnie faceci z makijażem. To też pierwotne zachowanie. W pradziejach (i niektórych nowożytnych epokach) mężczyźni malowali twarze. Zarówno krótkie włosy, jak i brak makijażu jest wymysłem naszej kultury. Nie uważam więc, że jestem zboczona, albo preferuję zniewieściałość. Podążam po prostu za pierwotnymi instynktami.

14. Malować zaczęłam się jeszcze w podstawówce, ale tuszu do rzęs użyłam pierwszy raz rok temu. Nigdy nie pomalowałam paznokci, ani nie zapuściłam pazurów. To nawyk z czasów grania na gitarze. Z resztą dziś też pogrywam, więc tylko by mi przeszkadzały.

15. Nigdy nie założyłam i nigdy nie założę butów na wysokim obcasie.

16. Jestem niecierpliwa, jak coś sobie wymyślę, chcę mieć natychmiast to zrobione.

17. Niekiedy mam zachowania infantylne. Potrafię się rozpłakać, gdy nie zdobędę czegoś, co sobie zaplanowałam, czy upatrzyłam.

18. Odczuwam potrzebę kontroli otoczenia.

19. Jestem niekonsekwentna w postrzeganiu świata. Z jednej strony racjonalistka, która naukę uważa za swoją religię, z drugiej strony wierzę w złą i dobrą energię, jaką generujemy i która do nas wraca. Staram się wszystko robić tak, aby generować i przechwytywać pozytywną energię.

20. Próbowałam nauczyć się stawiać tarota. Niestety, do tego trzeba być albo jasnowidzem, albo umieć ściemniać. Ja nie umiem żadnej z tych rzeczy. Kolekcjonuję więc talie tarota (wystarczy mi, jak trzymam je w ręku), od czasu do czasu sama sobie coś postawię i zinterpretuję. O dziwo- sprawdza się.

21. Wykazuję ogromne zainteresowanie ludźmi i ich spojrzeniem na życie. Lubię przegadywać z nimi problemy, podsłuchuję rad. I tak zawsze zrobię po swojemu, ale czasem ktoś podpowie mi coś fajnego.

22. Uważam, że każdy człowiek jest niebanalny, więc nie będę pisać, że zwracam uwagę  tylko na takich ludzi. Mam jednak swoje priorytety. Na pierwszym miejscu zwracam uwagę na artystów, im bardziej niszowi, tym większym cieszą się zainteresowaniem z mojej strony. Doceniam też inne pasje ludzi, tu oczywiście działa ten sam mechanizm-im bardziej „od czapy”, tym dla mnie ciekawsi. Rodzaj pasji nie ma dla mnie znaczenia. Może to być hobby typu rąbanie drewna, czy hodowla dżdżownic. Liczy się człowiek i jego podejście do tego, co kocha robić.

23. Nie dam się oszukać, nikt nie naciągnie mnie na kasę. Pożyczki nie podżyruję nawet najlepszemu przyjacielowi. Dbam o swoje interesy finansowe. Wynika to z tego, że mamy niskie i nieregularne dochody. Z tego muszę się nakombinować, jak zapewnić komfort życia dwóm osobom, pięciu psom i jednemu kotu. Nie jestem z tej przyczyny w stanie wspierać finansowo żadnych akcji dotyczących pomocy.
Wykazuję natomiast nieracjonalne zachowania altruistyczne i lubię pomagać, że tak powiem, w naturze. Poświęcę swój czas i swoją pracę bez oczekiwania na zapłatę każdemu, kto takiej pomocy potrzebuje. Więcej, czasem się wtrącam i robię rzeczy, których nikt ode mnie nie oczekuje i o nie nie prosi.
W dziedzinach, z których się utrzymuję i za co biorę pieniądze, zawsze daję więcej, niż zakłada plan pierwotny. Oznacza to, że moja rola hodowcy nie kończy się na sprzedaży szczenięcia i wzięciu za to pieniędzy, ale nabywca może liczyć na moją radę i pomoc w każdym momencie życia swojego/naszego psa. Rola gospodarza zaś nie musi kończyć się na wynajęciu pokoju i wzięciu za to pieniędzy. Jeśli turysta czegoś potrzebuje, zapomniał, ma jakieś ekstra wymagania, które jesteśmy w stanie spełnić, może na nas liczyć.
Do naciągaczy i cwaniaków mam nosa, wiem, kiedy jestem wykorzystywana i oszukiwana. Wówczas wykazuję bezwzględność.

24. Jestem dyskalkuliczką. Nie umiem liczyć. Dodaję na palcach do dziesięciu, bez kalkulatora nic nie odejmę. Jakie ja miałam kłopoty z tego powodu w szkole, tego ludzkie słowa nie opiszą. Nie sądzę, aby był to debilizm, bo z całą resztą śpiewająco dawałam sobie radę, to raczej defekt mózgu.

25. Nie mam instynktu macierzyńskiego. Wczoraj pierwszy raz w życiu dotknęłam niemowlęcia. Koleżanka wykorzystała moje koszmarne zmęczenie bieleniem drzewek w sadzie i posadziła mi swojego synka na kolanach. Nie miałam siły zaprotestować.

26. Niezdrowo podniecają mnie katastrofy. Nie znaczy to, że nie odczuwam żalu i współczucia dla osób dotkniętych kataklizmami. Fascynują mnie same zjawiska, szczególnie dotyczy to katastrof przyrodniczych.

27. Mam ciężką nerwicę, co skutecznie utrudnia mi niekiedy życie. Niestety, Chłopu często też. Ale widziały gały, co brały. Został uprzedzony, powiedział, że podoła. To niech podoływa.

28. Moja największa tajemnica. Wyjawię ją, bo pewnie kiedyś przyjdzie mi pojęczęć i poszukać wsparcia. Poza tym niewielu zapewne dotrwało dokońca moich wynurzeń. Jak miałam 20 lat spędziłam 2 miesiące na oddziale reumatologii. Zdiagnozowano u mnie rzadką autoimmunologiczną chorobę genetyczną, taką samą, jaką ma Mick Mars- gitarzysta Motley Crue. Kto ciekawy, niech sobie rozwiąże tę zagadkę sam. Grozi mi, że za kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat żywcem zesztywnieję, więc póki jestem gibka, choć tu i ówdzie obolała, zamierzam czerpać z życia pełnymi garściami.
Nigdy nie byłam fanką Motley Crue i o chorobie Micka dowiedziałam się w zeszłym roku z programu LA Ink. Innym dziwnym zbiegiem okoliczności jest to, że urodziliśmy się z Mickiem dokładnie tego samego dnia i miesiąca (4 maja), ale w różnych latach. 
Przykład Micka działa na mnie budująco. Choć w dziwnej pozycji, ale można funkcjonować. On zastygł w pozie gitarzysty. W jakiej ja mam zastygnąć? Mam tyle zainteresowań, jakbym chciała przeżyć życie w przeciągu kilku zaledwie lat. Póki jestem w miarę giętka, zacznę myśleć, co będę chciała robić jako sztywniaczka do końca życia? A co będzie, jeśli nie przewidzę prawidłowo przyszłości? W końcu zastyganie to proces długotrwały i raz przyjęta, nieco utrwalona pozycja, nie powinna być zmieniana, bo można utknąć na pozycji pośredniej do niczego się nie nadającej. Myślę o tym, że jeśli zastygnę w pozycji dajmy na to dekupażystki, to co będzie, jak przyjdzie kryzys i zapowiadane przez niektórych załamanie systemu ekonomicznego? Może na wszelki wypadek warto zastygnąć w pozycji oracza?
A Wy drodzy wytrwali czytelnicy, gdybyście mieli wybrać jedną pozycję do końca życia, co chcielibyście robić do późnej starości?

Z racji tego, że wywnętrzyłam się za dziesięciu, złamię zasady i nie wskażę nikogo palcem. Wiem, że nie wszyscy lubią łańcuszki, a część z Was nawet zastrzega sobie, iż takowych sobie nie życzy. Nie pamiętam, którzy to. Nie chcąc zrobić nikomu przykrości, tudzież wprawić w zażenowanie, proponuję zabawę każdemu, kto ma na to ochotę.

piątek, 14 stycznia 2011

Jeszcze siedem dni i będzie tydzień, jak nie piję.

To wprawdzie zdanie nieprawdziwe w stosunku do mnie, ale niezmiennie mnie rozśmiesza :-)
Minął bowiem tydzień od mojego ostatniego kufelka i od momentu, kiedy narzuciłam sobie detoks od alkoholu pod każdą postacią. Święta, Sylwester, goście- to wszystko sprawiało, że alkohol był pod ręką dzień w dzień.
Kiedy łapię się na tym, że podczas dnia myślę o wieczornym kufelku, lub jęczę z rozkoszy na widok reklamy piwa, to znak, że trzeba zrobić antrakt. Jeśli odliczam dni od ostatniego kufelka (co właśnie uczyniłam) oznacza, że przerwa powinna jeszcze potrwać do czasu, aż o nim zapomnę, a reklamy mi zobojętnieją.
Siedzę więc sobie na tym detoksie, za oknem leje już kilka dni z rzędu i zanosi się na ciąg dalszy takiej aury, szaleję z pirografem (efekty wkrótce) i myśli moje błądzą ku złotym bąbelkom. Wystarczy, że walczę ze swoimi słabościami, z myślami więc nie zamierzam się zmagać. Pokażę Wam coś w związku z tym.

Były takie czasy, kiedy każda, nawet najmniejsza miejscowość, miała swój własny browar, albo i dwa. Piwo produkowano na rynek lokalny. Można było zrobić je byle jak i do byle czego rozlać, miejscowi i tak by kupili, bo wyjścia nie mieli. Nie robiono tak, gdyż browarnictwo było nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale całą filozofią. Jak chyba każde rzemiosło w tamtych dawnych czasach. Każdy browar miał odlewane na zamówienie indywidualne butelki i porcelanowe koreczki z nazwą miejscowości.
Przez kilka lat penetrowania poniemieckich zrzutowisk udało nam się odnaleźć kilka takich butelek z naszej okolicy:
Siekierczyn (Geibsdorf)
Jelenia Góra (Hirschberg)

Lwówek Śl. (Loewenberg)
Gryfów Śl. (Greiffenberg)

Leśna (Marklissa)

Lubań (Lauban)

Lubań (Lauban)
Zgorzelec (Goerlitz)

Lwówek Śl. (Loewenberg)

Mirsk (Friedeberg)

XIX- wieczna austrowęgierska butelka raczej nie po piwie, ale po czymś mocniejszym.
Napis: 
Reinhard & Comp.
Wien. Prag & Pesth

I na koniec:

 mała okowita (175 ml)


duża okowita (1 litr)

Smacznego Wam życzę, ja muszę jeszcze trochę poczekać :-)))

niedziela, 9 stycznia 2011

Zapomniany świat: konne maszyny rolnicze.

Jestem pogodzona z faktem, że stary świat pogrążył się w niebycie, odszedł do lamusa historii. Nie pogodzę się natomiast z tym, że został on zupełnie zapomniany.
Urodziłam się w czasach, gdy po ulicach miasta mknęły auta, a w PeGeRach królowały traktory „Ursusy” i kombajny „Bizony”. Ten świat również odszedł i być może za dziesiątki lat znajdzie się ktoś, kto zechce wskrzesić klimat tamtych, znienawidzonych przez nasze pokolenia lat. Dziś żyję w czasach, gdy sprowadzony z niemieckiego złomowiska Claas wzbudza szacun we wsi.
Próżno też szukać w naszym regionie sielskiego obrazka ze snopkiem zboża, czy stogiem siana. Zapewne ma to negatywny wpływ na liczebność populacji, gdyż letnia porą nie za bardzo jest gdzie dopaść cudzą babę, by w tradycyjny i jakże romantyczny sposób wymienić się materiałem genetycznym. I mieć się z czego księdzu proboszczowi spowiadać...

Z magicznej szafy tym razem wypadła stara książka wskrzeszająca pamięć o dawnych dniach. Jest to katalog maszyn rolniczych, głównie napędzanych siłą konia, choć znajdziemy tu i prototypy traktorów.












Kiedy sprowadziliśmy się na wieś, stare konne maszyny leżały na złomowisku lub gospodarze sami pukali do naszych drzwi, aby sprzedać za parę złotych wariatom z miasta niepotrzebny przedmiot. Na ile starczyło funduszy, zgromadziliśmy sporą ilość owego „złomu”. Było to pospolite ruszenie, gromadzenie na razie bez pomyślunku i wyraźnego celu. Maszyny owe miały stanąć pewnego dnia jako dekor. Miały też spełniać rolę edukacyjną, pokazać czym to na wsi kiedyś się pracowało. Kilka sprzętów udało mi się odnowić, wiele oczekuje nadal na swoje ponowne narodziny. To staruszki. Nikt już nimi nie będzie nic robił, spędzą u nas emeryturę, szepcząc miedzy sobą o dawno minionych latach świetności, gdy od ich sprawności zależało życie rolnika.
Nie ukrywam, że chwilowo maszyny nas przerosły, a w zasadzie to one same zostały przerośnięte przez drzewa. Zamierzam w tym roku dać im już trzecie życie. Drugie dostały kilka lat temu, gdy postawiliśmy je w sadzie i trochę o nich zapomnieliśmy.
kopaczka do ziemniaków

kosiarka

siewnik

siewnik

kopaczka 

pług z odwracalnym lemieszem

snopowiązałka

maszyna do robienia dołków na kartofle (znacznik-dołownik)

Zrzutowisko w stodole. Wiele maszyn oczekuje jeszcze na naszą uwagę. 

„Minęły już dawno te czasy, kiedy socha drewniana, brona pleciona i cep bylejaki stanowiły cały inwentarz rolnika; z miasta sprowadzał on tylko kosy, których resztki skwapliwie kazał przekuwać na sierpy, pozostałe zaś narzędzia robił w domu lub żądał, ażeby przywołany do pracy robotnik przynosił z sobą. (...) Były to jednocześnie czasy gospodarki ekstensywnej, którą niejednokrotnie ośmielilibyśmy się nazwać rabunkową, przynajmniej w stosunku do roli, gdyż konieczność wieloletniego odłogowania, albo nawet i jednorocznego ugorowania niektórych pól, najlepiej świadczyła o tem, że takie metody uprawy roli prowadziły ją do wyczerpania tych zasobów, które dopiero podczas odłogowania lub podczas uprawy ugorowej z powrotem zdobywać sobie musiała”. (...) Hasłem wieku XX staje się coraz wyraźniej dążenie do motoryzacji rolnictwa, będące na razie jeszcze w zarodku, ale już zupełnie skonkretyzowanie w swych planach i zamierzeniach. (...) Jest to niestety prawda dziejowa, która z żelazną konsekwencją rozwija się z roku na rok i której nic już obecnie nie tylko przeciwstawić się, ale nawet i zahamować nie potrafi.”

                                   Cytat z Przedmowy do katalogu (ortografia oryginalna).

17 lutego 2011. Na prośbę Arkadiusza wklejam traktor, który został przedstawiony w owym katalogu:






wtorek, 4 stycznia 2011

Biesiadę skończyć czas...

W tym roku rozpoczęliśmy świętowanie już 21 grudnia, bowiem tego dnia wypadają urodziny Chłopa. Z powodu surowych warunków pogodowych i trudnościach z wydostaniem się z gospodarstwa (tudzież z powrotem, jak uda się wyjechać) zapasy świąteczne zostały zgromadzone dużo wcześniej. Na cóż więc było czekać?

Dzień później świętowaliśmy-jak co roku- dzień przesilenia zimowego. Pogańskim przodkom też należy się szacunek. Celebrując zjawiska przyrody byli oni bliżsi rzeczywistości niż współcześni, którzy uważają, że wątpliwa historycznie osoba, zmarła dwa tysiące lat temu, ma jakiś wpływ na nasze obecne życie. Na nasze życie mamy wpływ my sami.
Starożytni, obserwując rytm przyrody, wiedzieli, że Słońce jest realnym dawcą wszelkiego życia. Choć dziś mało kto czci Słońce w charakterze boga, współczesna nauka uświadamia nam, że atom każdego pierwiastka w naszym ciele powstał miliardy lat temu w jakiejś poprzedzającej nasze Słońce gwieździe. Za następne miliardy lat nasze Słońce, umierając, stworzy podwaliny dla nowej generacji życia, gdyż w przyrodzie nic nie ginie, lecz podlega ciągłym przemianom. Oto nieustający ciąg fizycznych narodzin i śmierci na każdym poziomie, który będzie trwał przez eony.

A potem przyszedł czas na tradycyjne święta Bożego Narodzenia. Mimo, iż przypadają w mroźny czas, najcieplejsze, najbardziej rodzinne i niezależnie od wyznawanego światopoglądu, przepełniające nasze serca nadzieją na przyszłość. Nadzieją wyrażaną przy łamaniu się opłatkiem podczas kolacji wigilijnej.
W tym roku owe święta spędziliśmy we dwoje, dzięki czemu, ze spokojnym sumieniem, złamaliśmy większość obowiązujących, sztywnych konwenansów i rodzinnych tradycji.
Na wigilijnym stole pojawiły się cztery potrawy. Karpiowi powiedzieliśmy stanowcze „nie”, i odmawiając uczestnictwa w masowej histerii amatorskiego mordowania żywego stworzenia, nabyliśmy na jego miejsce martwego dzikiego łososia norweskiego.
Postawiłam w kąciku alternatywną „choinkę”, która nie przypomina świerczka, lecz tak cieszy oko, jak żadne inne tradycyjne drzewko.

Stół wigilijny: barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i grzybami, łosoś, kutia.

Dymiący barszczyk z uszkami

Łosoś norweski


A na deser sernik lub piernik


Tradycje są piękne i potrzebne do czasu, gdy nie stanowią ograniczeń. Dostosowując tradycje do własnych potrzeb i swojej estetyki, stworzyliśmy nie tylko nową jakość, ale uczyniliśmy te święta wyjątkowymi, innymi niż przez ostatnie dziesiątki lat. Poczuliśmy się w tym czasie wolni i swobodni. To był spokojny, szczęśliwy czas, taki ze zwyczajowych życzeń na bożonarodzeniowych kartkach „spokojnych Świąt”.

Po świętach, wytarzani na łonie rodziny, z pełnymi brzuszkami po tradycyjnych sytych biesiadach przy rodzinnych stołach, zjechali się na wypoczynek goście.
Sylwester spędziliśmy więc w większym gronie, znów nie napinając się i nic nie musząc, ot po prostu tak, jak wszyscy lubimy. Hitem i głównym punktem programu było ulubione przez nas ostatnio sushi.
Dwie minuty przed północą polewam :-)

Ostatni goście wyjechali wczoraj. Pozostawili po sobie miłe wspomnienie oraz nadzieję na przyszłe spotkania. Nasza gościówa Aga pozostawiła przepiękne fotografie okolicy naszego gospodarstwa w mroźnej zimowej scenerii. Uzyskałam zgodę na ich opublikowanie, za co serdecznie dziękuję.
















Nasza kicia- Tissaia de Vries





Świąteczne spacerki:







Biesiada zatem dobiegła końca. Czas się ogarnąć i wejść w rytm powszednich dni. Miałam wiele oczekiwań w stosunku do minionego roku, podobno mojego roku- tygrysa. Był przeciętny, może troszeczkę bardziej aktywny niż zazwyczaj. Nie czuję jednak, aby moje życie jakoś wyjątkowo się zmieniło. Nie należy więc spodziewać się cudów, które niczym manna, spadną nam z nieba. To jeszcze jeden dowód na to, że sami wykuwamy sobie los. Nic w życiu nie jest nam dane, na wszystko składa się suma naszych małych kroczków i podejmowanych decyzji. Życzę sobie i Wam wszystkim podejmowania tych najtrafniejszych.

Na 2011 rok mam kilka małych marzeń i planów związanych z gospodarstwem.
Ma to być rok szczeniaczkowy. Chciałabym powołać do życia nowe stworzenia, które dadzą radość i szczęście swoim przyszłym właścicielom. Staną się dla nich najlepszymi przyjaciółmi i członkami rodziny. Takie jest moje życzenie, które nie do końca zależy ode mnie, lecz w sporej części od natury.
Jednodniowe szczenię golden retriever

Musimy, po prostu musimy w końcu postawić wędzarnię z prawdziwego zdarzenia. Wędzenie w beczce jakoś mnie nie przekonuje. Dla mnie to różnica, jak pomiędzy samolotem, a drzwiami od stodoły. Niby polski pilot i na drzwiach poleci, ale jakoś to nie to samo, co samolot.
Materiał na wędzarnię leży na miejscu przyszłej budowy od dwóch lat, a wciąż wypadają nam pilniejsze sprawy. Uważam, że w obecnych czasach wędliny sprzedawane w sklepie są niejadalne, a te lepsze zbyt drogie na naszą kieszeń. Jako, że nie święci garnki lepią, nie mam wątpliwości, że wędzić się nauczę, jeśli się za to zabiorę.

Do remontu są dwie szafy Ludwik-Filip, które mają stanąć w sypialni oraz na zmontowanie czeka łóżko z bali modrzewiowych.
Prócz tego mam marzenie dalszego upiększania Tuskulum pod względem dekoracji zarówno wewnątrz budynku, jak i w otoczeniu. Mam fajny pomysł na dekory w sadzie ale nie wiem, czy uda się go zacząć realizować w tym roku.

W ciągu tych dziesięciu lat sporo zostało już zrobione, ale na ogarniecie czeka chyba jeszcze więcej. Mamy robotę na tyle lat, na ile sił nam starczy. Co nam uda się w tym roku zrobić, czas pokaże.