O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Kosmiczny porządek.

Taki tytuł przyszedł mi na myśl, kiedy postanowiłam pokazać Wam miejsce, w którym Fryderyk Nietzsche usiadł, zadumał się i napisał, że Bóg umarł, a świat tym samym stracił swój kosmiczny porządek. Nietzsche, który miał odwagę w tamtych czasach głosić, że ludzie mają głębiej zakorzeniony, uniwersalny system wartości, niż narzucony chrześcijański, jest moim idolem. Niemniej jednak, nawet ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak w takim pięknym miejscu, jakim jest Eze, ktoś mógł (na boga!) stracić wiarę w Boga?!

Tymczasem dnia następnego o poranku, z okien autokaru podziwialiśmy widoki na Niceę. W sumie to sama w końcu muszę to przyznać, że wiele mieliśmy pecha podczas tej wycieczki. Tym razem okazało się, że parking dla autokarów, który mieliśmy wcześniej upatrzony, jest akurat w remoncie. Kolejny raz zatem polizałam lizaka przez papierek :-)





Eze to kolejne urokliwe miasteczko położone na wzgórzu, z wąskimi krętymi i klimatycznymi uliczkami. I tyle, co mam na jego temat do powiedzenia, ponieważ go nie odwiedziłam. Wiem, że jest przepiękne, ale mimo to, nie żałuję. Urokliwych miasteczek miałam już kilka za sobą, czekały następne. Kiedy usłyszałam, że zbiera się malutka grupka chętnych na wędrówkę po Drodze Nietzschego, długo się nie zastanawiałam, tylko się przyłączyłam. Żałowałam jedynie, że po doświadczeniach z dnia poprzedniego kije zostały na kempingu. Och, przydałyby się- tak wzdychałam, kiedy wspinaliśmy się przez godzinę bezustannie stromo pod górę.

Widok na Eze

Eze to miasteczko, gdzie produkuje się perfumy. Tego dnia poszłam wraz z innymi "niepokornymi" na wagary. Cóż mnie, na boga, interesuje perfumeria!? No, może poza tymi wspaniałymi zabytkami techniki, które obfotografowałam głównie z myślą o Chłopie. A może wypatrzy coś ciekawego i udoskonali naszą destylarnię? :-)






Przeprowadzę Was ścieżką, po której chodził Nietzsche i gdzie powstała trzecia część jego dzieła życia "Tako rzecze Zaratustra". W tym miejscu spodziewałabym się raczej twórczości kiczowatej, która oparta jest na cudownej harmonii człowieka z wszechświatem. Widoki, które malowały promienie słońca, opierając się o zieleń i kwiaty, zapierały dech w piersi, nastrajały poetycko. Ostatnią rzeczą, o której mogłabym w tym miejscu myśleć, to nihilizm. Na tej ścieżce objawiło mi się bowiem całe piękno świata. No chyba że... może Nietzsche akurat był pod wpływem mistralu- niepokojącego i dziwnego prowansalskiego wiatru, który wprawia ludzkie umysły w stan balansu na krawędzi...

Nam tymczasem świeciło tego dnia piękne słońce.















Na końcu drogi czekała na nas prawdziwa niespodzianka- morskie wybrzeże:






Tak, to jest meduza :-)

To na pewno jest willa jakiejś wypasionej gwiazdy filmowej, lub jakiegoś celebryty. 
Ogromna posiadłość, wypieszczona, monitorowana.



Po godzinie schodzenia z Eze na wybrzeże, czekała nas godzina wspinaczki do punktu wyjścia. Wtedy- zmordowana i zadyszana, pomyślałam sobie, że wreszcie mam upragniony i wyczekany wysiłek fizyczny,  którego zabrakło w Wąwozie Verdon.

Nie to, że miałam dosyć tych pięknych, sielanowych widoków, ale tak po prostu... ucieszyłam się na wiadomość, że jedziemy do Monte Carlo :-) Wybrzeże Morza Śródziemnego jest tak różnorodne, że każdy może znaleźć tam coś dla siebie. A ja chciałam zobaczyć i posmakować jak najwięcej.
I znów, wraz z małą grupką, wyłamałam się z programu wycieczki. Ta bowiem zakładała, że zwiedzać będziemy Muzeum Oceanografii wraz z oceanarium. No nie!? Oceanarium? Rybki za szybą to ja sobie mogę poogladać w telewizorze, a muzeum mam we własnym domu! :-) Szybka kalkulacja, która uwzględniła również kwotę 14 euro za wstęp (to już wolałam kupić sobie za to album o Prowansji) i równie szybka decyzja- idziemy w miasto!
I poszliśmy.

Katedra z relikwiami św Dewoty (nieco głupio to dla nas brzmi :-) oraz z grobami panującej rodziny Grimaldi.



grób księżnej Grace

I jej męża księcia Rainiera III

Na starym mieście w Monako są takie same 
wąskie urokliwe uliczki, 
jak w każdym południowym miasteczku.


Pierwszy z rodziny Grimaldi- Francesco, który otrzymał ksywkę Malizia (Przebiegły)
Z miejsca przechrzciliśmy go na "Franka Maliznę" :-)

Zróćcie uwagę na tę rybitwę na głowie posągu :-)

Mimo, że robiłyśmy zamieszanie- wcale nie chciała zwiać :-)

 Na ten krajobraz, który rozciąga się z centrum miasta, gdzie tylko nie spojrzeć, brak słów...






Twierdza i pałac Grimaldich





Niestety, nie zdążyłam wejść pomiędzy te blokowiska.



 Kasyno... Czy wiecie, że obywatelom Monako nie wolno tam wchodzić?
Są nastawione na ruinowanie turystów :-) Nie dam się zruinować nikomu i nigdzie, nawet w Monako :-) Kasyno obejrzałam od zewnątrz. Na wizytę w środku nie wystarczyło czasu.







Liście akantu- tego od kolumn korynckich

Żegna nas rybitwa (chyba to jest rybitwa! :-)
Wg innych sugestii- mewa białogłowa :-)

Kosmiczny porządek rządzi się swoimi prawami. Po pięknym i słonecznym dniu, przyszedł mokry, szary i bury czwartek. Plan zwiedzania został okrojony do minimum. Szybki skok do Saint Tropez, a potem zakupy w markecie, bo w piątek przecież ruszamy do domu.
Tego dnia było tak ponuro i jakby tu rzec- obrzydliwie, że wcale nie odczuwałam przyjemności ze zwiedzania Saint Tropez.








 Twierdza była w remoncie i zamknięta. Kolorytu tego dnia jedynie dostarczył paw- mieszkaniec twierdzy Saint Tropez.










Prowansję pożegnałam koszmarnym bólem gardła i katarem, który ciągnął się jeszcze dwa tygodnie po powrocie. Organizm nie wytrzymał tych gwałtownych skoków temperatury od mroźnej zimy, po ciepłe lato i słońce, które na przemian chowało się za ołowiane chmury sprowadzając przejmujące zimno. Powrót do krajobrazu zimowego też mi nie pomógł. 
Kosmiczny wąż- Ouroboros- zjadł swój ogon. Wróciłam do punktu wyjścia. Wszystko powróciło na swoje miejsce, a mnie pozostały wspomnienia i tęsknota. I nadzieja, że jeszcze kiedyś tam wrócę...



11 komentarzy:

  1. Dziękuję za oprowadzenie po miejscach, w których nie byłam i nie wiadomo, czy będę. A może jednak się uda? Zdjęcia zachwycające, nawet te w deszczu. I jak tu nie tęsknić do Prowansji?!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie trać nadziei :-) Jeśli się czegoś naprawdę chce, to marzenia się spełniają :-)
      Dziękuję, że dałaś się porwać w tę wirtualną podróż po moich wspomnieniach :-)

      Usuń
    2. Tak, wiem i nie tracę nadziei na powrót do Prowansji w ogóle (oj, zioła prowansalskie mi się kończą, więc naprawdę muszę pomyśleć o jakiejś wycieczce w te strony), ale do rzeczonej miejscowości być może nie uda mi się ponownie trafić, choć bardzo bym chciała. Stąd też moje pytanie o "skorupy" stamtąd, jakbyś się wybierała ponownie, to może naprawdę się dogadamy? Mam nadzieję, że do tego czasu odwiedzę Twoje gospodarstwo osobiście (bardzo bym chciała, ale wciąż czasu lub pogody brak) i może się jakoś umówimy...
      Pozdrawiam gorąco i coraz bardziej chcę Was odwiedzić. Czy winko czereśniowe wciąż na mnie czeka?

      Usuń
    3. Hajduczku, serdecznie zapraszamy, winko czereśniowe jeszcze jest, choć usilnie pracujemy nad uszczuplaniem jego zapasów :-) Trzeba zatem korzystać, póki jest :-)
      Oczywiście. Jeśli tylko ponownie trafię do Moustiers (a jest spore tego prawdopodobieństwo) to bardzo chętnie przywiozę dla Ciebie "skorupki". Napisz mi mail na priv (mój mail w profilu), to będziemy w tej sprawie w kontakcie.

      Usuń
  2. Rzeczywiście zdjęcia piękne, a opisy jeszcze lepsze. U nas teraz dopiero nastaje taka pogoda jaka miałaś w Prowansji. Popatrz, jaki poślizg:)
    Zdjęcia przedstawiające panoramę miasta z widokiem na przystań są cudne, ale gdy wokół widać blokowiska kłóci się to z moim gustem, oczekiwaniami, smakiem. Niestety tak jest w wielu miejscach na świecie, ot znak czasów. Jednak te klimatyczne uliczki, niezwykłe zakamarki, zdumiewająca nas, ludzi bardziej północnych przyroda pozostają w pamięci.
    Po raz kolejny życzę Ci powrotu, ba innych kierunków zwiedzania, abyś mogła tak ciekawie oprowadzać nas po tych pięknych miejscach, do których nie każdy ma szczęście dotrzeć.
    Pozdrówka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A u nas znowu ziąb i deszcz, brr... Jak w Saint Tropez, może nawet zimniej.
      Powiem Ci, że te blokowiska wkomponowane w skały bardzo pasowały do krojobrazu. Naprawdę marzyłam, aby tam wejść i poczuć klimat, porównać z naszymi blokami. Nie zdążyłam. Bardzo lubię porównywać tego typu klimaty. W końcu Monte Carlo to jest przecież współczesne miasto.
      Dziękuję, chętnie bym wróciła. Na pewno miałabym jeszcze niejedno do opisania.
      Tymczasem... trzeba wracać do codzienności :-) Uściski :-*

      Usuń
    2. A u mnie +34 stopnie w cieniu, chociaż przedwczoraj była prawdziwa burza DESZCZOWA (bo, piaskowe to tutaj norma)

      Usuń
    3. Zazdroszczę wszystkiego! A szczególnie burz piaskowych :-) Od kilku dni mamy 9 st, mżawkę na zmianę z deszczem. Czuję, jak powoli zamieniam się w obywatela Krainy Deszczowców. Już mnie nawet reumatyzm pokręcił! Prześlijcie nam trochę słońca, może być nawet z piaskiem :-)

      Usuń
  3. Super zdjęcia i jak zawsze fajnie się czytało Twoje opowieści.
    Warto było przemilczeć jedno wydarzenie, żebyś spokojnie mogła nacieszyć oczy takimi widokami.
    Chcesz po uszach ;) za rybitwę ;)
    To ptaszysko, które nie chciało się przegonić to mewa białogłowa :)
    Chcesz ;) wirtualnego buziaka na dzisiejsze urodzinki : -*
    Życzę Ci jak najwięcej takich podróży, tylko zamów sobie wcześniej ;) bezdeszczową pogodę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś mnie mało ornitologów czyta, że nie ma protestów :-) Dopiero dziś poszperałam w necie i rzeczywiście, chyba masz rację, to bardziej jest mewa, niż rybitwa. Ale czemu akurat białogłowa? A nie może być romańska? :-) W Monte Carlo spodziewałam się mniej pospolitych rzeczy, a tu tak po prostu, zwykła białogłowa mewa? :-) Wybrzeże Morza Środziemnego to dawne kolonie Rzymian, ja zatem protestuję! Niech ona będzie chociaż romańska! :-)

      Usuń
  4. Chcesz romańską włączaj fotoszopa i rób ;)
    Przyciemnij skrzydła, zmniejsz białe plamki na końcach lotek, zrób masywniejszy dziób i powiększ czerwoną plamkę na dziobie, daj więcej zółtego na nogi, zrób czerwoną otoczkę przy oku i prawie już masz romańską :-)
    Riannon nie przejmuj się :) one i tak są wszystkie do siebie podobne i szkoda tracić czasu na analizę gatunku.
    Ważne żeby mówić mewa :) a nie rybitwa ;) ale to już sama zauważyłaś :)
    Pozdrowionka ;*

    OdpowiedzUsuń