O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

wtorek, 20 grudnia 2011

Stare skarpety i urodzinowe cycki.


-O jej- wzdycha Chłop, kładąc na stole zakupy- Zapomniałem kupić alkohol.
-I w czym problem?-pytam, bo od wielu dni nie kosztowaliśmy żadnego alkoholu, zatem nie widzę problemu, czemu to akurat dzisiaj ma nam przeszkadzać.
-Bo dzisiaj są finały Top Model.
-No i?- pytam, bo nie widzę związku.
-Tego nie da się oglądać na trzeźwo.

Przestałam już pytać, czy po prostu nie moglibyśmy sobie podarować tej wątpliwej przyjemności, ponieważ wiem, że są na tym świecie takie wydarzenia i takie koszmarne audycje, które  mojego Chłopa wprawiają w jakiś dziwny stan masochistycznego bezruchu. Tak jest co niedziela z ludowymi, tak jest ze wspomnianym Top Model. 
Przypomina mi się w tym miejscu taka scenka:

Mieszkając we Wrocławiu z Mamuśką w towarzystwie buldogów angielskich, przydybałam pewną babkę, która kolejny dzień stała pod płotem i wpatrywała się z fascynacją w buldogi. Widząc mój wzrok powiedziała: "Bo one są tak okropnie, okropnie brzydkie, że ja nie mogę od nich oczu oderwać". Podzielałam jej zdanie. Po tym oświadczeniu zaczęłam się jej kłaniać w pas z odległości wielu metrów. Do dziś, nawiasem mówiąc, mam koszmarne sny, że Mamuśka wprowadza się do nas ze swoimi buldogami. Jak zdarza mi się napyskować Chłopu słyszę: "oj, chyba chcesz, abym załatwił ci buldożka" lub "uważaj, bo buldożek już do ciebie jedzie"
Piekło i szatani!!!


A z resztą, kto tam wie, z jakich pobudek Chłop nie może oderwać oczu od Top Model? 
Jadąc pewnego dnia z miasta do domu, Chłopu wykręciła się szyja za wsiową młódką. Pytam: "Co ty robisz???" A on na to: "A ty wiesz, jak ja dawno nie widziałem siedemnastki?" No żesz, kurza blada twarz... wrrr...

Zrozumiałam zatem argument i rozejrzałam się po salonie. Wszystkie szafy i kredensy obłożone tuskulańskim winem. Wino dojrzewa, nabiera szlachetności, butelki subtelnie łapią kurz, a etykietki żółkną. No kurde, szkoda otwierać tuskulańskie na szmirowaty program!

-Ale wiesz co?- mówi Chłop- Mamy przecież gotowe do zlania wino gruszkowe.
-Wino gruszkowe, to może być niewypał- wyrażam zwątpienie.
-Nic nie szkodzi, jaki program, takie wino.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Skąd pomysł na gruszkowe wino? Jabłka w tym roku nie obrodziły i postanowiliśmy przetestować gruszki pod tym kątem. Czytając w internecie opinie o winie gruszkowym napotkaliśmy na skrajnie różne zdania. Jedni wychwalali je pod niebiosa (trzeba sprawiedliwie napisać, że mniejszość) inni „psy na gruszkach wieszali”. I trzeba było posłuchać tych ostatnich.

-I co?- pyta Chłop, kiedy pochyliłam się nad kieliszkiem.
-Pachnie bardzo ładnie, ale… - wzięłam łyk i na chwilę zamarłam.- Ma taki dziwny posmak w tle, jakby, jakby…- szukam odpowiedniego słowa.-Stare skarpety?
-No co ty, skąd stare skarpety!

Chłop wziął łyk i zrobił minę nietęgą.
-Zlewamy, czy pędzimy?-pyta
-Dajmy mu szansę i zlejmy chociaż do dwóch butelek.

Jeśli poczęstuję kogoś tym winem, to hmmm...może zrozumie aluzję.


Ze zgrozą patrzę na odlany do dzbanuszka płyn, mający znieczulić nas na finał Top Model.
-Wiesz co?- zagajam- Może wypij sobie ten CAŁY dzbanuszek, a ja sobie otworzę mniszkowe?
Nasze tegoroczne wino z mniszka  smakuje, jak miód pitny. 
-No wiesz co? Jak  możesz…!- moja propozycja spotyka się z oburzeniem.
-Dobrze- poddaję się- Jesteśmy w tym razem, razem weźmy to na klatę.


Kiedy Chłop odmóżdża się przy Faktach („bo muszę wiedzieć, co ci bandyci na nas szykują”) i audycjach w rodzaju Top Model, ja zaprzęgam do roboty swoje rączki i paluszki. 
Zrealizowałam już zamówienia na prawie wszystkie obróżki.  Nie było tego aż tak dużo, bo raptem cztery sztuki. Postanowiłam wynagrodzić osoby, które na tyle mi zaufały, że zamówiły obróżki w ciemno nie mając pojęcia, ile za nie „zaśpiewam”. Wszystkie te osoby obróżki dostaną w prezencie. Praca przy nich sprawiła mi ogromną przyjemność. Niestety, nie dostałam nigdzie sprzączek, zatem pozostałam przy klamrach. Jednej obróżki jeszcze nie pokażę, bo ma być niespodzianką dla właścicieli na "po świętach". 



Niestety, chwilowo muszę zawiesić produkcję, ponieważ wykupiłam wszystkie klamry w powiecie, zakupione przez internet są beznadziejne, a sprzączek wcale nie mogę dostać. Spróbuję po Nowym Roku sprowadzić sprzączki.  Dam znać, jak ruszę z produkcją.

Pomiędzy haftami wyprodukowałam dwie wielkie bomby. Spodobał mi się pomysł śniegowej kuli, która ukrywa pod warstwą puchu ornament.





Zamiast choinki, podobnie, jak w zeszłym roku, zrobiłam stroiki, ale tym razem dwa: do salonu i do sypialni.

Za doniczkę, w której tkwi gałąź lilaka, służy mi dużego kalibru łuska.


Stroiki są surowe, ponieważ takie lubię i pasują do wnętrza. Choinkę- jodłę koreańską, mam na zewnątrz przed domem i lada moment ją przystroję.

Postanowiłam też obdarować pewną osobę, którą życie nie oszczędza, dobrymi aniołami. To oczywiście decoupage.



W podziękowaniu za liczne inspiracje, za dobre serce i bezinteresowność, do Jagódki z Chaty Magoda powędrowały pirografy.





Moje doroczne hasło: „Są pierogi, to są święta”, jest wciąż aktualne. W ciągu roku nie robię pierogów, bo po prostu nie cierpię tej czynności. Uwielbiamy natomiast pierogi. Ja nie jestem w stanie zjeść gotowych potraw ze sklepu. Nie wiem, z czego to wynika, czy z delikatnego żołądka, czy po prostu boję się tego, co dodaje się do gotowców. Zatem muszę liczyć tylko na siebie. No, prawie na siebie. Do wyrabiania i wałkowania ciasta udało się zagonić Chłopa. 

Dwójka asystentów pod jego nogami, trzeci i czwarty pod moimi, poza kadrem, raczej nie przyłożyła łapy do produkcji :-)

70 sztuk powinno wystarczyć dla naszej dwójki na wigilię, tak sądzę :-)

Tą samą metodą powstały uszka do barszczu. Pierogi są z kapustą i zapuściańskimi kozakami, a uszka z podgrzybkami zeszłorocznymi, bo w tym roku grzybów, prócz kozaków w rowach, nie było.

Do wigilii w tym roku, podobnie, jak w zeszłym, zasiadamy sami. Rodzina z różnych względów, głównie stanu zdrowia,  nie może do nas przyjechać, my nie możemy zostawić zwierząt bez opieki i dojechać do nich do Wrocławia.  Zostajemy zatem w swoim wesołym stadzie. Ma to swoje plusy. Nie spędzamy czasu objadając się przy stole oraz jemy to, na co mamy aktualnie ochotę.  Ja na przykład preferuję na śniadanie sernik, oczywiście własnej roboty.

Przyroda lubi równowagę. Po gruszkowym, zlaliśmy trzy baniaczki wina gronowego. Jeśli w zeszłym roku twierdziłam, że gronowe się udało (po dojrzeniu), to nie wiem, jakimi słowami określić to, co wyszło nam teraz. Stanowi bowiem, nawet młode, niebiańską ambrozję. Jest rozkosznie słodkie (a nie lubię generalnie słodkich win) i pioruńsko mocne. Jak w zeszłym roku, po dwóch kieliszkach uwalam się i zalegam pod płotem, co mogliście zobaczyć w TYM MIEJSCU.



Dziś są Chłopa urodziny. Kończy 39 lat i wchodzi w czterdziestkę. W przyszłym roku na ten dzień zapowiadają (kolejny) koniec świata. Ależ będzie miał Chłop fajerwerki na tę okrągłą okazję. :-)

Postanowiłam uwiecznić ten moment, kiedy Chłop ma ostatni raz "trzydziestkę" w kalendarzu.  Chciałam napisać, że będzie to pamiątka dla potomności, ale przecież my żadnej potomności nie mamy. Będziemy sobie oglądać to na starość razem z wujkiem Alzheimerem :-)


Zastanawiam się, co mu z tej dzisiejszej okazji zadedykować. Niech by to było coś miłego dla oka.  Myślałam, że  może "Happy birthday" w wykonaniu Marilyn Monroe, ale uważam, że powinien dostać to, czego w domu na co dzień nie ma. W słodką idiotkę potrafię zamienić się w każdej chwili, a z moim śpiewaniem też jest całkiem nieźle. Tu trzeba jakiejś odmiany.

Bozia obdarowała mnie kształtami zgodnymi bardziej z klasycznymi greckimi kanonami, niż z prawdziwymi męskimi upodobaniami. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że połowa populacji starożytnych Greków gustowała w chłopcach, a artyści, to już na bank, to tłumaczy wszystko :-) Mam też niestety (?) nieżyciowe i nienowoczesne poglądy co do plastiku wewnątrz ciała. To takie mało ekologiczne :-)


Mówi się, że dziewięciu na dziesięć facetów preferuje dziewuchy z wielkimi cycami. Ten dziesiąty natomiast preferuje pozostałych dziewięciu. Hm...
Chłop zatem tego nie ma, to niech sobie chociaż popatrzy. Kto wie, czy po czterdziestce jedyną przyjemność nie będzie czerpał z badania prostaty :-)


Ta bajka po czterdziestu latach może wyglądać tak:

Zdjęcie z portalu: www.siliconefree.com

******************************************

Dla wszystkich zaglądających do nas przygotowałam karteczkę z życzeniami, w który wplotłam obrazek zimowego Tuskulum. Tak nasza chatka wygląda dzisiaj, gdyż przez noc obficie napadało śniegu.

I do Siego Roku! Cokolwiek to znaczy :-)

niedziela, 18 grudnia 2011

Przedświąteczna muzyczna dedykacja.

Alternatywą dla coniedzielnych "ludowych", jakie serwuje nam o poranku Radio Wrocław (pamiętacie ludowe? Jeśli nie, to zapraszam do poczytania TUTAJ), jest dla mnie czeska regionalna stacja nadająca z przygranicznego, pobliskiego miasta Liberec. W tym czasie puszcza bowiem nostalgicznie brzmiące hity z lat 70-tych i 80-tych, jakich nie mogę złapać w polskim radio. Są to te śmieszne, obciachowe, dyskotekowe piosenki, które przywołują klimat wczesnego dzieciństwa. Jakiś czas temu usłyszałam tam piosenkę "One way ticket" w czeskiej wersji i spadłam ze stołka. Brzmiało to "prażski ekspres", czy jakoś tak. Dziś libereckie radio powaliło mnie czeską wersją "Last Christmas", którą uparłam się znaleźć na youtube na wszelkie sposoby, ale mi się to nie udało. Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi "Last Christmas" po czesku, a królestwo za "Prażsky ekspres" :-)

Wszelkie moje dryfowanie po zasobach youtuba kończą się zawsze albo na Leonardzie Cohenie, albo na Marilyn Mansonie :-) Czasem, jak mam wyjątkowo dobry humor, to kończę Rammsteinem. Atmosfera przedświąteczna sprzyja wyciszeniu, a ja ostatnio ciężko doświadczałam Was trudną muzyką.  Leonard Cohen też łatwy w odbiorze nie jest, ale ta akurat piosenka zrobiła prawdziwą furorę i wdarła się do ludzkich serc również z tego względu, że powstało wiele jej coverów. Nie przepadam za nią właśnie dlatego, że zawsze była hitem. Dziś jednak dałam się skusić i porwać jej nastrojowi. Pragnę wszystkim przypomnieć, że "Hallelujah" nie jest "piosenką ze Szreka!" Nie jest też piosenką Alexandry Burke. Była, jest i będzie zawsze piosenką Leonarda Cohena.
Oto oryginał z epoki:



Pośród licznych coverów i wykonań tej piosenki najbardziej ujmuje mnie wersja Bon Jovi, być może dlatego, że jest najbliższa oryginałowi i zaśpiewana od serca i ze zrozumieniem.
A przy okazji. Jon jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że faceci są jak wino- im starsi tym lepsi. Pamiętacie, jakim był "pajacem" w latach 80-tych? :-) Podczas, gdy my-babeczki, po trochu umieramy z każdym siwym włosem, zmarszczką, czy mijającym rokiem, faceci szlachetnieją i są coraz bardziej "do schrupania". Zapraszam więc babeczki na małe co nieco, od czego w końcu mamy wyobraźnię :-)




niedziela, 11 grudnia 2011

Obraz nędzy i rozpaczy.


Bardzo długo omijałam szerokim łukiem tematy związane z naszym gminnymi miasteczkiem-Olszyną. Pomimo, że zaangażowałam się w działalność lokalnego stowarzyszenia mającego na celu przywrócenie Olszynie chociaż cień dawnej świetności, prywatnie uważam, że jest to sprawa beznadziejna. Garstka mieszkańców tego małego i świeżego miasteczka, jeszcze przed paru laty, dużej wsi, w dodatku będąca w opozycji do burmistrza i większości rady miejskiej, ma niewielką moc sprawczą. Wiem, trzeba próbować małymi kroczkami coś zmieniać. Tymczasem sama Olszyna jawi mi się, jak w tytule. Niegdyś hulała tu słynna fabryka mebli Ruscheweyha. Zasłynęła z opatentowania rozkładanych stołów. Ze zdumieniem odkryliśmy jakiś czas temu, że stół, który przywieźliśmy z Wrocławia i wstawiliśmy do stodoły, aby czekał na swoją kolej do renowacji, wyszedł właśnie z tej fabryki. I był to jeden z bogatszych modeli- obiekt westchnień współczesnych miejscowych lokalnych patriotów. Trzeba będzie potraktować go priorytetowo i zabrać się za niego w pierwszej kolejności.
Dziś po fabryce mebli pozostały zgliszcza i ruiny. Złomiarze przepijają dawną jej świetność. Podobnie stało się z pięcioma majątkami, jakie funkcjonowały we wsi. 

Tydzień temu postanowiliśmy wyskoczyć na jednen taki były majątek i zrobić dokumentację fotograficzną, póki jeszcze cokolwiek stoi. Po pałacyku nie został nawet smrodek, stoją jedynie fragmenty zabudowań folwarcznych i "czworaki", gdzie mieszkają obywatele Olszyny. Teren po majątku został wykupiony przez lokalnego mięsnego bonza. Wieść gminna niesie, że miał zbudować w tym miejscu zakład do rozbiórki kurczaków. Coś nie widać początków prac, jednak jak znam życie, budynki zostaną wkrótce zniwelowane.
Może to jesienna zgniła aura mnie tak nastraja, może energia samego miasteczka jest kompletnie rozminięta z moją wrażliwością. W każdym razie trudno mi zachwycić się się tym widokiem, a mojej wyobraźni nie staje, aby ujrzeć obraz takim, jakim był w przeszłości.
Po prostu udokumentowałam te resztki, które wkrótce znikną z krajobrazu Olszyny. Uwierzcie, że wcale nie pomoże to wizerunkowi miasteczka. Mam wrażenie, że miejsce to składa się z samych resztek.







To były przepiękne stajnie

Z granitowymi kolumnami


z krzyżowymi sklepieniami






Dolnośląskie "czworaki" wyglądają, jak niejeden dwór w głębi kraju. Mieszkali tu robotnicy zatrudnieni na majątku.


-Zrób mi zdjęcie instalacji elektrycznej, bo to bardzo ciekawe- poprosił mnie Chłop.
Cyknęłam, ale nie zdążyłam zapytać, co do diabła jest ciekawego w tych drutach i jakież to nowatorskie rozwiązanie tu zastosowano, bo do pomieszczenia zajrzała mieszkanka okolicznych "czworaków". 
-Dzień dobry- uśmiechnęłam się i zaczęłam tłumaczyć, że my tu nic nie niszczymy, ani śmieci nie wyrzucamy, tylko chcemy utrwalić na fotografii miejsce, które niedługo będzie tylko wspomnieniem.
-Pani, a co mnie to obchodzi- mówi na to mieszkanka, z racji wczesnej pory (niedzielne przedpołudnie), jeszcze trzeźwa. -Macie papierosy?
-Eee... nie, nie palimy. 
-A dwa złote, bo mi zabrakło.
-A jakoś tak bez portfela wyskoczyliśmy sobie na wycieczkę...- uśmiechnęłam się robiąc nieszczerze zbolałą minę.

Przeciętna obywatelka Olszyny udała się zatem szukać swojego szczęścia gdzieś indziej, a my podążyliśmy do włości pewnego barona, do miejsca, które chętniej polecę moim turystom, jako obiekt do zwiedzania, dlatego znalazło się na blogu turystycznym. 
Zapraszam Was na króciutką wycieczkę do:



poniedziałek, 5 grudnia 2011

Temat śliski.

Po bojowym temacie ostrym, dla równowagi będzie temat śliski. Jest to krótka historia mojej porażki i pean na cześć innej, utalentowanej osoby.
Pamiętacie moje próby ze zrobieniem własnych mydełek? Obiecałam wówczas, że następne mydła będą już prawdziwe, robione od początku do końca samodzielnie, a nie przetapiane z innych. Niestety, pierwsza próba mi nie wyszła. Za bardzo skupiłam się na kwestiach najważniejszych, mianowicie na bezpieczeństwie. W końcu jest to praca z substancją żrącą. Trochę przekombinowałam z tym wszystkim, przez co umknęła mi jedna z ważniejszych spraw, jakiej nie zrobiłam przy procesie produkcji. Mianowicie przeoczyłam, że przed wylaniem masy do formy, trzeba bardzo dokładnie i długo substancje mieszać, aż uzyska się konsystencję budyniu. A ja po zmieszaniu składników zabełtałam trzy razy łyżką i zadowolona przelałam coś, co miało być przyszłym mydłem, do rynienki. Moje "mydło", które po dobie nie zmieniło konsystencji (był to olej z jakimiś białymi drobinkami) wylądowało trzeciego dnia za stodołą razem z formą :-) Nic to! Najważniejsze, że wiem, gdzie jest błąd oraz że mam nie popadać w paranoję i histerię z tymi zasadami BHP. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej, bo nie zamierzam się poddawać.

Tymczasem chciałam Was zaprosić na bloga niezwykle uzdolnionej w tym temacie dziewczyny. Czerpię od niej inspiracje. Na razie tylko się przypatruję, bo cóż innego mi pozostaje? :-) Mogę co najwyżej mieć jeszcze nadzieję, że jakiś zabłąkany św. Mikołaj zaplącze się przypadkiem o mój komin, a z wora wypadnie mu paczuszka z takimi "pysznościami" bez kalorii.

Poniższe zdjęcie przedstawia tylko wycinek tego, co Soap Bakery przygotowała na tegoroczne święta. Całą resztę możecie zobaczyć pod tym linkiem:
 http://soapbakery.blogspot.com/2011/12/bajecznie-swiatecznie-oraz-smakowicie.html



piątek, 2 grudnia 2011

Biała broń- bagnety.


Dzisiaj zafunduję Wam ostrą jazdę i nie jest wykluczone, że następne wpisy będę snuła spoza krat zakładu penitencjarnego. Zamierzam bowiem bez skrępowania obnażyć jeden z aspektów chorego, polskiego prawa, a to się wielu może nie spodobać. Przy okazji sobie ulżę, bo coś dziś mam bojowy nastrój. Zawsze lepiej się wygadać, niż komuś bez powodu przypieprzyć.


Jeśli myślicie, że żyjemy w cywilizowanym, praworządnym kraju, to udowodnię, że jest wręcz przeciwnie. Rzecz dotyczy bulwersujących regulacji prawnych wobec kolekcjonerów i poszukiwaczy. Wyobraźcie sobie, że w Polsce można szukać, ale nie wolno niczego znaleźć. Jeśli znajdziesz cokolwiek zakopanego w ziemi, co pochodzi sprzed 1945 roku, automatycznie stajesz się przestępcą i grozi ci postępowanie karne. Wykrywacz metali możesz zakupić wszędzie, możesz nawet trochę sobie z nim pochodzić, ale też nie w każdym miejscu. Jeśli jednak coś ci tam zapika i wbijesz w ziemię saperkę, módl się, aby była to twoja zagubiona obrączka ślubna lub kawał drutu z czasów komuny. Jeśli wykopiesz z ziemi na przykład ruski hełm, stajesz się przestępcą. Ten sam hełm możesz z powodzeniem i bez konsekwencji (chyba, bo sama jestem skołowana tymi regulacjami prawnymi) znaleźć pod krzaczkiem w lesie, gdzie poszedłeś na siusiu.

Państwo polskie wymusza na ludziach, by stawali się przestępcami. Demoralizuje młodych ludzi, którzy zainteresowani historią, szukając i znajdując, stają się przestępcami. Czego to dowodzi? A otóż tego, że z punktu widzenia państwa dobry obywatel to taki, który nie ma żadnych zainteresowań. Dobry obywatel powinien usiąść grzecznie po pracy na ławeczce, jedną stroną przyjmując opatrzone akcyzą płyny, a stroną przeciwną pierdzieć w deskę, na której siedzi.

Być może niektórzy zbagatelizują sprawę i powiedzą- w czym problem? Przecież nie musisz podawać źródła pochodzenia znaleziska, znalazłeś coś podczas grzybobrania i już. Mnie osobiście wydaje się trochę śmieszna i mocno głupia historia, że jakiś dzieciak poszedł na grzyby i nagle, pod krzaczkiem objawiła mu się ogromna skrzynia z pałacową porcelaną. Proponuję do tej historii dodać dwóch spoconych dźwiganiem skrzyni krasnoludków, będzie równie wiarygodnie. Taki znalazca, jeśli nawet chce oddać znalezisko, będzie się bał, jak jego historia o krasnoludkach zostanie potraktowana. W Polsce bowiem obowiązuje domniemanie winy.

To nie są historie wyssane z palca. Od czasu do czasu środowiskiem poszukiwaczy wstrząsają historie o uczciwych ludziach, którzy (uwaga!) okazali się na tyle naiwni i "głupi", że postanowili oddać cenne dla kultury znalezisko lub swoją kolekcję i… zostały im postawione zarzuty z kodeksu karnego. Czy przypadkiem takie historie nie są dla nas wszystkich demoralizujące? Czy można liczyć na to, że ludzka uczciwość zostanie pozytywnie wzmocniona?

Jestem pewna, że wielu poszukiwaczom i kolekcjonerom przeszkadza fakt, że w świetle prawa są przestępcami. Nie wyobrażacie sobie, jak wiele cennych dla naszej wiedzy przedmiotów ludzie ukrywają po domach. Nie boją się pospolitych rabusiów. Ludzie boją się złodziei, którzy ukradną im kolekcje w majestacie prawa.

Naprawdę nie wiem, na jakiej zasadzie działają fora internetowe skupiające poszukiwaczy, ale właśnie stamtąd dochodzą mnie słuchy o kolejnych nalotach na domy kolekcjonerów. 
Poszukiwacze posługują się szyfrem. Rzeczy znalezione w ziemi określają mianem „ziemniaki”, a znaleziska po kątach, to po prostu „strychy”. Pewnego razu, ktoś zapytany publicznie o pochodzenie przedmiotu, zmuszony był liczyć na inteligencję pytającego odpowiadając, że przedmiot jest „ziemniakiem, ale w skorupce”. Chodziło o bardzo ładnie zachowany, cenny drobiazg odnaleziony w szkatułce zakopanej w ziemi.
Mocno dała mi też do myślenia zamieszczona w czasopiśmie skupiającym poszukiwaczy skarbów informacja:

 ”Szanowni Państwo. Jeśli posiadacie informacje dotyczące tematyki naszego pisma, dokonaliście interesujących odkryć, macie własne obserwacje i teorie, znaleźliście ciekawe miejsca, tajemnicze obiekty lub wykopaliście coś fajnego i chcielibyście się tym podzielić z innymi poszukiwaczami, prosimy o kontakt. Zapewniamy tajemnicę dziennikarską”.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że poszukiwacze są jedyną grupą przestępczą, która ma własny organ prasowy.

Niestety, to nie wszystko. Chore prawo umożliwia szerokie pole dla korupcji. Pewnego czasu słynna była sprawa staruszka- powstańca warszawskiego, który od dziesiątków lat gromadził zabytkową broń. Jego kolekcja była bardzo cenna i niezwykle bogata. Dziadek chciał ją zarejestrować, aby móc pokazywać ją ludziom. Robił to, co my teraz- starał się o utworzenie prywatnego muzeum. W trakcie tego procesu, współczesna „ubecja” zrobiła mu nalot na dom, kolekcję zabrano, dziadka zamknięto i założono mu sprawę karną. Dziadek był przy prawie, sprawę przeciwko niemu umorzono, ale trwało to kilka lat. W tym czasie spora część kolekcji tajemniczo wyparowała. W telewizji mogliście usłyszeć, że trafiła do państwowego muzeum. Nie powiedziano najważniejszej rzeczy- do muzeum trafiła mała część kolekcji i to mocno zdekompletowana. Przypomina mi to historię, kiedy media poinformowały o tym, że skarb srebrnych monet rozpuścił się podczas konserwacji. Te i mnóstwo innych przykładów ludzi, których nawet znamy osobiście dowodzi, że rabowane w majestacie prawa rzeczy trafiają do prywatnych kolekcji „ubeków” i ich kolesi. Wiele takich nalotów, zakończonych rabunkiem, robionych jest na zamówienie.

Proszę, kiedy usłyszycie w wiadomościach, że zlikwidowano zbiory kolekcjonera pamiątek z czasów II wojny światowej, spójrzcie na to inaczej. Nie chodzi bowiem o to, że ktoś ma wielce niebezpiecznego, starego zdezelowanego i niekompletnego Mausera i jest potencjalnym terrorystą, tylko o to, że w kolekcji ma coś bardzo cennego, co podczas procesu rozpłynie się w mrokach policyjnych magazynów.

Zwolenników konkretnych opcji politycznych informuję, że proceder ten ma miejsce od lat i nie jest zależny od tego, czy rządzą nami POpaprańcy, PISuary, czy „czerwona mafia”. Nie mogę uwierzyć, że ludzie tworzący w tym kraju prawo są aż takimi głupcami. Przypuszczam, że taka regulacja prawna odpowiada  ich własnym interesom.

To chore prawo i skorumpowany system, w którym żyję, powodują, że sama czuję się zastraszona i zdezorientowana, co ja mogę w domu posiadać. To, że jestem przestępcą jest jasne. Wszak nie raz, przy kopaniu grządek i plewieniu kwiatków zdarzyło mi się natrafić na szczątki garnków po Niemcu. Pomysł aby biec z tym do konserwatora zabytków wydał mi się idiotyczny, a poza tym… wszak je wykopałam, zatem mogą mnie nawet zamknąć.
Jestem pewna, że po tej lekturze wielu z Was również ze zdumieniem odkryje, że są przestępcami.

Wróćmy jednak do tytułowych bagnetów. Nabyte drogą legalną stanowią dozwoloną prawem polskim kolekcję.  Dopóki komuś coś się za bardzo nie spodoba, mogę spać spokojnie.  "Ubeków" i konfidentów uprzejmie informuję, że sypiam z bagnetem do Lebela pod poduszką i będę bronić swojej własności.  Bladym świtem, kiedy "smutni chłopcy" pojawiają się w drzwiach mieszkań kolekcjonerów, jestem nieobliczalna. Tak łatwo okraść się nie dam.

----------------------------------
Bagnet Argentyna wzór 1909 wyprodukowany przez zakłady Weyersberga w Solingen. Z powodu wybuchu I wojny światowej bagnety te nie zostały dostarczone do Argentyny.
Stan bardzo dobry. Przedmiot zakupiony na giełdzie staroci we Wrocławiu.





-----------------------------------
Bagnet szwedzki.
Zakupiony na giełdzie staroci we Wrocławiu. Niestety, nic więcej nie potrafię o nim powiedzieć. Trzeba przegrzebać internet.




-------------------------------
Niemiecki bagnet paradny, wzór KS 98, wyprodukowany przez firmę Eckhorn Solingen. Posiada ruchomy zatrzask i w pełni funkcjonalna szynę, co oznacza, że można założyć "bagnet na broń" :-) w odróżnieniu od większości tego typu bagnetów.
Odkupiony od kolegi w Świerzawie.


zwróćcie uwagę na tę śmieszną wiewiórę:

---------------------------
Bagnet Mauser, wzór 1884/98. Najpowszechniejszy niemiecki bagnet, wersja produkowana w III Rzeszy, lata 30- te XX wieku.
Stan bardzo dobry. O ten bagnet Chłop potknął się w okolicach obecnie budowanego stadionu piłkarskiego we Wrocławiu. Cóż było robić, jak nie podnieść go. 



--------------------------------------------
Bagnet niemiecki , wzór 1898/05 do karabinu Mauser. Tzw "liść". Piła została usunięta (wersja humanitarna :-) Używany podczas I wojny św. 
Stan bardzo dobry, bagnet nabyty we Wrocławiu, a pochwa w okolicach Zielonej Góry.


--------------------------------------------
Bagnet belgijski.
Nabyty od pewnego krasnoludka , który spadł w Żaganiu z końca tęczy dzierżąc w ręku ów oręż. 



-----------------------------------------------------------
Bagnet francuski, wzór 1886 do karabinu Lebel. Wzór używany powszechnie do wybuchu II wojny światowej. Najczęściej podczas I wojny w armii francuskiej.
Nasze lokalne krasnale są również niczego sobie. Wyobraźcie sobie nasze zdumienie, kiedy będąc na spacerze z psem w olszyńskich lasach, podszedł do nas pewien łysy gnom i wręczył nam ten "rożen".




-------------------------------------------------------
Jatagan, wzór 1866 do karabinu Chassepot. Tego typu bagnety wraz z karabinami Chassepot zostały zdobyte w większej ilości przez armię pruską w czasie wojny prusko-francuskiej (1870-71).
Jatagan dostaliśmy od kolegi z Kotliny Kłodzkiej, który również ma znajomości pośród uczynnych krasnali.





---------------------------------------------------------
Tasak francuski produkowany od czasów napoleońskich do końca XIX wieku.
Jeżeli na podstawie bić ktoś jest w stanie coś więcej o nim powiedzieć, proszę o informację. Krasnal z Bożkowic rzucił nam go bowiem pod nogi i uciekł bez jednego słowa.





------------------------------------------------
I na koniec rarytasik
Kord paradny Luftwaffe, tzw. druga wersja- "ozdobna". 
Kiedy krasnal z lasów olszyńskich przyniósł go pod nasze drzwi, Chłop popłakał się ze szczęścia.




Teraz sobie przypominam, że ten gnom wyglądał identycznie, jak koleś u góry :-)

Późniejszy dopisek: Od dnia 5 stycznia 2012 roku, Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego w Zapuście posiada regulamin uzgodniony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i ma tym samym status prawdziwego, zgodnego z przepisami prawa, prywatnego muzeum. Nasze zbiory są pod prawną opieką wyżej wspominanego Ministerstwa.