O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Długi i bankructwo.

W ostatnim czasie wcale nie cierpię na brak roboty w gospodarstwie, czego wyraźnym przykładem jest fakt, iż na głównym blogu hula wiatr. Opieka nad szczeniętami przeplata się z życiem codziennym.

W tej gonitwie i walce z czasem coś mnie na chwilę przystopowało. Stanęłam na podwórku koło garażu i poczułam, że muszę, po prostu muszę wejść do składziku pod stryszek, którego pilnuje Iwan. Przedarcie się do tego miejsca przez stertrę rupieci nie było proste. Coś mnie jednak tam ciągnęło, jakby ktoś mnie uporczywie wołał.
Na środku składzika ujrzałam wielkie tekturowe pudło, które kusiło: „otwórz mnie”. Tak, wiem, to bardzo zły objaw, kiedy rozmawia się z tekturowym pudłem tym bardziej, że rzecz miała miejsce na jawie, a nie jak w przypadku Alicji- w Krainie Czarów. Cóż jednak było robić? Pomyślałam, że psychikę będę leczyć jesienią, jak już wszystkie swoje sprawy doprowadzę do końca. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak poddać się nieodpartemu uczuciu ciekawości, co też owo pudło zawiera?

Wielkie tekturowe pudło zabrało mnie do przeszłości. Okazało się, że zawiera dokumenty i listy po pradziadkach mojego Chłopa. Zaczęłam gorączkowo przerzucać rachunki i kwity z firmy budowlanej, którą prowadził na początku XX wieku pradziad.
-Gdzie żeś tam wlazła?- zawołał Chłop, który od dłuższej chwili poszukiwał mnie po całym gospodarstwie. Po chwli Chłop przyłączył się do mnie porzucając w połowie swoją robotę (to dlatego nasz piec chlebowy i inne rzeczy nie są jeszcze gotowe- co rusz nas coś rozprasza) i rozpoczął wertowanie dokumentów.

A ja szukałam bardziej prywatnej korespondencji. Marzyło mi się odgrzebanie jakichś intymnych listów, może miłosnych, albo takich, które rzuciłyby światło na fragmenty codziennych zmagań z rzeczywistością. W końcu spod sterty planów i rachunków wyciągnęłam śliczną, choć naruszoną nieco zębem czasu ... no właśnie co? Szkatułkę? Kiedy wzięłam znalezisko do rąk, okazało się, że to kolejne ślicznie ozdobione tekturowe pudełko. 


„Jeśli coś jest, to tylko tutaj”- powiedziałam, zabrałam pudełko, zamknęłam karton i zarządziłam posiedzenie przy dokumentach i przy kawie. Pogoda była śliczna, maluszki spały, reszta psiaków położyła się nam pod nogami i drzemała, a robota stała i czekała... To jednak było silniejsze od nas.


Pudełko zawierało historię świetności i upadku finansowego prapradziadka- Wiktora Jenknera. Po tych listach, trudnych niekiedy do odczytania, wydaje się, że protoplasta Chłopa prowadził bujne, ale dosyć ryzykowne operacje finansowe. Znaleźliśmy mnóstwo weksli oraz pism z banków. Początkowo lekko się podnieciłam, bo Wiktor miał wielu dłużników. Tak sobie pomyślałam, że może odkryjemy kto i co i ściągniemy owe długi od potomków dłużników? Niestety, kto ma dłużników, co nie spłacają należności, sam wkrótce popadnie w kłopoty. Wiktor chyba przesadził i z tego wszystkiego zbankrutował. Tak to jest, kiedy beztrosko pożycza się pieniądze, komu popadnie, występuje się jako żyrant w epoce, kiedy nie znano jeszcze instytucji „łysych z bejsbolem” do ściągania długów.


 Prócz ciekawej treści zainteresował mnie styl zarówno pisma ręcznego, jak i wypowiedzi. Zeskanowałam kilka dokumentów. Listy ręcznie pisane odczytuje głównie Chłop, gdyż jako dysgrafik ma dar odcyfrowywania nieprawdopodobnych kulfonów, bo sam takie sadzi. Temu pismu daleko do kulfonów, rzekłabym, że jest to kaligrafia, jednak równie nieczytelna dla mnie, co „hieroglificzne” pismo mojego małżonka.
I sama magia listów. W dobie e-maili zanika zupełnie epistolografia. Sama nie pamiętam, kiedy ostatni raz napisałam ręcznie list i do kogo?
Te pożółkłe kartki wywołują nostalgię. Ożywa stara polszczyzna, sztuka konwersacji, konwenanse. A spomiędzy tych wersów wyzierają ludzkie dramaty.



Najpierw jednak w oczy rzuciły mi się kolorowe karteczki, które okazały się starymi wekslami.


I egzotyczny banknot z Królestwa Czarnogóry:



Ozdobny papier listowy z miejscowości Biała, podejrzewam, że chodzi o dzisiejszą część Bielska-Białej, niestety zawiera diabli (niemieccy) wiedzą, jaką treść :-)


Były tam różne książeczki umorzeń, oszczędności, etc.




I ciekawe pisma z banków. Zwróćcie uwagę na formę, w jakiej bank zwraca się do klienta, który nie reguluje długu:
"Kwotę... o której uregulowanie uprzejmie upraszamy, w tem oczekiwaniu pozostajemy" Co za kultura! 
Dziś od razu straszy się sądem i komornikiem :-)

Tu już bardziej stanowcze wezwanie:


Oczywiście, najciekawsze są historie prywatne. Prapradziad tak napożyczał pieniędzy, że sam popadł w długi tym bardziej, że wierzyciele okazali się kompletnie niewypłacalni. Zobaczcie, jak tłumaczyli się z nieoddawania należnych Wiktorowi pieniędzy.
Tam, gdzie pismo jest nieczytelne, zostawiam miejsca wykropkowane.


Wielmożny Panie.
Piszę w imieniu mamy, która jest ciężko chora na zapalenie płuc. Co zaś do sprawy wuja Habury to wszystkie listy, które Wielmożny Pan przysłał do mamy odesłane zostały do Pana Habury Co zaś do sprawy Horowitza, to jak mama wyzdrowieje, to zaraz mama załatwi. Proszę Wielmożnego Pana w imieniu matki jeszcze jakiś czas zaczekać.
Z wysokiem poważaniem
Adam Zawadzki (?)


Łaskawy Panie. 1903 rok
Całkiem zbytecznym było przypominanie mi o moim długu i Pańskim szlachetnym postąpieniu. Pamiętam dobrze o tej grzeczności i jak tylko będę w stanie, natychmiast z podziękowaniem zwrócę. Obecnie nie mogę, bo na razie jestem dopiero na początku moich interesów. I jak Panu zapewne z własnego doświadczenia wiadomo, to na początku każda dziesiątka jest tysiącem, jak się nie ma takich. Ja otwarcie kreślę moją sytuację Panu. (…) Miałem 300 zł- te włożyłem do interesu i interes o ile mi się zdaje jest dobrym, tak że przy pracy jeśli Bóg da zarobić, coś zarobię i natychmiast Łaskawemu Panu dług mój zwrócę.(…)
Finanse moje nie stoją tak źle, bo oprócz Pana mam tylko jeszcze ze 200 zł najwyżej długów. Z czego, jak Bóg da szczęścia, się spłacę.
Piszę tak otwarcie z prośbą o zatrzymanie tegoż w tajemnicy, Panu będzie na razie łatwiej (…) Ja wiem, bo Pan ma kredyt wstrzymany (?) a ja chętnie zapłacę procent, ponieważ ja mam na widoku jakąś większą robotę, w której będę potrzebował kredytu. Muszę na razie wobec tego (…) zahamować i długów i pożyczek żadnych nie zaciągać, aby w dowolnym razie mieć kredyt.
Nadziei, iż łaskawy Pan chętnie zadość uczyni mojej prośbie i że będę mógł kiedyś się mu czemś innem odsłużyć, kreślę się z poważaniem.
(podpis nieczytelny)

Ten dokument nieco mnie rozbawił. nie dość, że wierzyciel nie spłaca długu, to jeszcze prosi o załatwienie pracy w charakterze ciecia :-) Te obliczenia nijak nam się nie zgadzają, ale przepisałam, co stoi:
Wielmożny Panie Inżynierze Dobrodzieju. 9.06.1912.
Cenny list otrzymałem i biorąc treść tegoż do wiadomości zmuszony jestem donieść, że stanowczo  obecnie nie jestem w stanie uregulować kwoty dłużnej. Mam do utrzymania 7 członków rodziny z pensji 2700 koron i 960 koron kwaterowego, do którego to ostatniego dopłacam miesięcznie 15 koron=180 koron, łącznie zostaje więc 2200 koron. Weksle odciągają (stemple…)  tak, że zostaje 2000 koron. Ponieważ zaś posiadam koło 2500 koron (…) wekslowych, które wpłacam i 90 (…) co kwartał i trzeba liczyć najwyżej 800 koron rocznie, zostaje 1200 koron na wszystko, z których tak liczna rodzina żyć i utrzymać się nie może. Biję się tedy ciężko z losem i jedynem chyba dla mnie to jest nieszczęściem, że jestem uczciwy, że czynem nieczystym nie potrafię splamić się, bo inaczej dobrze by mi się powodziło… jestem bardzo biedny i z miesiąca na miesiąc żyję nadzieją, że jakaś opatrzność spadnie z nieba lub jakiś przypadek wydrze mnie z tego życia trosk i nędzy.
Pomocy znikąd i dopiero po śmierci ciotek, których jednak za życia drażnić nie wolno, mogę liczyć, że się odbiję, lecz to jeszcze lat kilka. Szukam kombinacyj, by można zaciągnąć pożyczkę (…) na kwotę 10.000 koron, bym mógł wszystko, co tylko zobowiązany jestem zapłacić i mieć tylko jeden dług, który bym w ratach miesięcznych, po 50 koron w drodze potrąceń płacił, ale ciężko, trudno to znaleźć.
Proszę tedy Wielmożnego Pana Inżyniera Dobrodzieja mieć nade mną litość. Ja pamiętam o… którą mi Wielmożny Pan uczynił i spłacę dług w całości, ale proszę łaskawie być jeszcze 2-3 lata cierpliwym.
Wyspowiadałem się, jak przed księdzem, a teraz proszę jeszcze raz o zwłokę i łaskę. Łącząc wyrazy głębokiego poważania i… do wszelkich usług gotów
Z poważaniem
………
Dopisek: Pan Inżynier Dobrodziej ma tyle koligacyj, czy nie można by w Krakowie, choćby za jakie marne wynagrodzenie, dostać administracyi kamienicę? Proszę o parę słów lub ojcowską radę.
Henryk Ż…
…Kolei Państwowych.

Wydaje się, że prapradziad popadł w największe tarapaty za sprawą niejakiego Piotra Hoffmana. Znaleźliśmy bowiem akt notarialny, gdzie Wiktor Jenkner wystąpił w charakterze żyranta, poręczył za długi Hoffmana oraz wziął na swoje barki jego dłużników. Jako zabezpieczenie zobowiązania dostał milion cegieł i zastaw na hipotece nieruchomości. Dokument jest bardzo ciekawy, kto ma ochotę, proszę  powiększyć i przeczytać.







Coś jednak musiało pójść nie tak i Wiktor zaplątał w tych swoich finansowych operacjach. Ratując się przed bankructwem, usiłował sprzedać jedną z posiadłości. Spędzał tym sen z powiek swojemu adwokatowi, który uwikłany w jego sprawy, dał się również pociągnąć na dno. Świadczy o tym dramatyczny list z kancelarii adwokackiej:




A potem były już prywatne listy z 1919 roku, gdzie spomiędzy wierszy można wyczytać, iż Wiktor umierając, pozostawił żonę w mało komfortowych warunkach finansowych. Są to listy praprababki z Kobylca do syna Władysława. Usiłują wspólnie wyrwać cokolwiek od Hoffmana, aby choć trochę odkuć się finansowo na korzyść praprababki. "Babka z Kobylca"- jak nazywała ją babcia mojego Chłopa, miała kłopot ze znakami przestankowymi. Starałam się uchwycić przerwy w potoku słów, aby uczynić tekst czytelniejszym.


Kochany Władziu (18.03.1919)
List otrzymałam dzisiaj o 8 rano, odeślę zaraz list, ale u nas poczta odchodzi co drugi dzień, to nie wiem, jak prędko dostaniesz. Wprost nie może mi się w głowie pomieścić, jak bezczelny ten Hoffman jest, jak może coś podobnego, za powóz żądać 8000 koron, teraz by nie wart, a dopiero wtedy, cośmy za karetę dali pamiętam 800 koron, a przecież kareta więcej ma wartości, niż taki powóz, który był już stary i poharatany. Chociażby ten powóz u niego był, to na pewno byłby też zniszczony. Co do propozycji tej, żeby ja miała mieć z Hoffmanem cos do czynienia, to nie chcę, nie zgodzę się, żeby on wypożyczał ode mnie powóz. Niby to ja naprzód wiem, że nic bym dobrego z tego nie miała. Od dziś dnia mam wstręt do tego człowieka, który jest bez żadnego serca i tak ojca poniewiera. Pamiętam, co do tego konia Hoffmanowi powiedziała, tak mi ojciec mówił, że masz tego konia w prezencie za to, że się zajmujesz naszymi sprawami. To była kaleka, co nie warta wtedy jak najwyżej 300 koron i nie wiem, co się później stało, że ojciec oddał tego konia, ale przypominam sobie, że Hoffman tego konia płacił, bo ojciec wtedy oddał konia i wziął od niego parę koni. Z pewnością, że tak było, ale Hoffman teraz mówi, jak mu lepiej, bo nie ma na to świadka.
Co do karety, to może by tak było, powinien się na to zgodzić, żeby mi dać 2000 koron, a ja mu karetę oddam na jego własność, naturalnie w potrąceniu za ten powóz. Jeżeli jego powóz wart jest 8000 koron, to przecież kareta więcej warta i może dopłacić 2000 koron o tyle tylko, że już teraz bardzo pieniędzy potrzebuję i nie mogę sobie dać rady i nawet zamyśliłam sobie ją sprzedać. A z drugiej strony myślę sobie, że przecież nie będzie mnie nawet stać, żeby ja mogła mieć konie odpowiednie i kiedyś w życiu karetą jeździć. Naturalnie, gdybym pieniądze jakie otrzymała, to kareta mogłaby stać i kiedyś mogłaby się i dla Ciebie przydać. Ale kiedy tak jest, to jeżeli karetę wydam, to już nie chcę, aby się do mnie wracała na powrót i niech mi Hoffman przyśle 2000 koron, to karetę natychmiast odeślę.
W każdym razie zrób tak, żeby dobrze było i ja chociaż trochę z tego skorzystała.
Pozdrawiam Cię wraz z Winką i Dzidzią
Serdecznie życzliwa
A.     Jenknerowa.

Dzidzia to była babcia Chłopa, a Winka, to Malwina, jej mama. Wychodzi na to, że Władysław podrzucał żonę z dzieckiem swojej mamusi :-)




Kobylec 25.03.1919.
Kochany Władziu.
Pieniądze otrzymałam, za które Ci dziękuję. Dobrze, żeś tak zrobił, bo przecież Hoffman i tak długo nie będzie żył, a chociażby żył, to ani koni, ani karet nie ma, czem by jeździł. To zwykle przed śmiercią, to najwięcej ludzie pragną wszystko mieć. Temczasem śmierć nieubłagana zabiera wszystko.
Ja miałam posłać we czwartek dwie fury z burakami i po wapno, temczasem nie wiem, czy poślę, bo dzisiaj śnieg wielki sypie, to pewnie się nie da jechać i dlatego przesyłam listy przez pana Stefana. Gdyby się dało jechać, to na pewno przyślę do wapiennika 10 metrów buraków, a 12 metrów będę brać wapna. Poślę Ci jaj i masła kilo, bo więcej nie mam, bo krowy teraz mało mleka dają. Nie mogę dużo masła zrobić. Jeżeli przyjedziesz, to znów może będzie trochę masła. Wieprzka to ma Nawojowski. Mały jest, ale może będzie kosztował około 1700 koron. Jeżeli byś przyjechał, to mógłbyś go kupić, ale teraz to bardzo są świnie drogie.
Karety teraz nie poślę, bo może Ci taka pilna nie jest. Poślę na drugi tydzień, bo tak bym chciała, żeby jeden koń zaciągnął karetę, a drugi koń wziąłby wóz i na powrót mogliby wapna przywieźć. Jeżeliby koniecznie była już potrzebna, no to muszę zaraz ją odesłać, bo jeżeli teraz bym posłała karetę i chciała wziąć wapno, to pewnie by nie dali, bo nie ma prowiantów. W każdym razie posłałabym na drugi tydzień karetę.
Jak Ci wiadomo, ta kareta nie ma dyszla. Ja już chciałam, aby ktoś dyszel zrobił, ale nikt nie ma dyszla suchego i nie może zrobić. Ja będę próbować od sani dyszel, ale jeszcze nie wiem, czy się nada. Jeżeli nie, muszę pożyczyć do odesłania karety, a później trzeba w Krakowie dyszel kupić.
Co do szorów, to teraz daliby i za szory 4000 koron, ale ja szorów nie sprzedaję, bo to jest miła pamiątka od ukochanego ojca i dopokąd żyję i konie chowam, to szory niech będą u mnie, a po mojej śmierci, szory należeć będą do Ciebie.
Co do mojego zdrowia, to trochę mi się naturalnie polepszyło, bo w styczniu i lutym było mi źle, ale teraz nie mogę jeszcze powiedzieć, żem zdrowa zupełnie. Apetyt mam szalony, ale nie mogę wszystkiego jeść, bo coś nieregularnie jest z tem żołądkiem. Nie wiem, czy wina żołądka, czy jaka inna słabość.
Proszę wszystko dobrze załatwić z długami, żebyśmy nie mieli jeszcze jakiej nieprzyjemności. Sądzę, że przecież jakie pieniądze zostaną. Staraj się wykupić willę od Hoffmana, żeby Ci tanio sprzedał, a dopiero po jego śmierci, żeby była Twoja własność. Dobrze by było, ale pewnie...

Końcówka listu jest nieczytelna.

Jak spuentować taką pełną ludzkich dramatów historię?
Może tak:
"Dobry zwyczaj, nie pożyczaj, jeszcze lepszy, nie oddawaj!"



piątek, 12 sierpnia 2011

Jaskier-spełnione marzenie.

Dojrzałam do tego, aby słowem namalować portret kolejnego psa, jaki trafił pod nasz dach. Posłuchajcie historii o Jaskrze:


-Pani Aneto, czy wybrała sobie pani może imię na U dla swojego pieska?- spytała mnie przez telefon Danusia, hodowczyni od której w 2003 roku nabyłam mojego Jaskra.
-Mnie jest absolutnie wszystko jedno, proszę nazwać go, jak pani chce, my będziemy wołać na niego „Jaskier”- odpowiedziałam, bo sama nie lubię, jak mi ktoś próbuje wcisnąć swoją propozycję nazwy rodowodowej dla szczenięcia. Chcę, aby jakaś cząstka mnie poszła z psem w świat, dlatego starannie wybieram nazwy dla maluszków. Nie są to imiona, a właśnie nazwy. Imię piesek będzie miał takie, jakie nada mu nowy właściciel. Nawet, jeśli właściciel schowa metrykę w szufladę i nie będzie pamiętał o tym, jaką nazwę nadał mu hodowca, mam świadomość, że poprzez nadanie owej nazwy, piesek zawsze będzie w jakiejś części mój. Dlatego też nie chciałam się wtrącać w ten proces, dla mnie wręcz mający intymny wymiar, narzucając swoją propozycję innemu hodowcy.
-Pomyślałam, że będzie bardzo fajnie, aby piesek miał w nazwie pani przydomek hodowlany, tak na wzór brytyjski- kontynuowała Danusia. Z Danusią dziś jesteśmy zaprzyjaźnione, wówczas byłyśmy jeszcze na per „pani”. –Myślałam, żeby nazwać go Useful Friend of Tuskulum.
Nazwa przypadła mi do gustu, ponieważ była kwintesencją mojego stosunku do przyszłej podpory mojej hodowli. Miał to być przede wszystkim nasz przyjaciel, a dopiero potem pies, z którego miałabym mieć pożytek. Z resztą kto wie, co wyrośnie nawet z najbardziej obiecującego szczenięcia? I tak Jaskier dostał nazwę Useful Friend of Tuskulum Kwintesencja, ku uciesze mojego, będącego na bakier z angielskim Chłopa, który natychmiast ochrzcił go mianem „Józuś” .

Jak doszło do tego, że 8 marca 2003 roku stałam się posiadaczką Jaskra? Nie był to żaden przypadek, ale świadomy wybór. W 2000 roku uczestniczyłam jako obserwator oraz „pomoc techniczna” dla wystawianych przez hodowlę z Niedźwiedziej Gawry psów na Europejskiej Wystawie Psów Rasowych w Poznaniu. Jako posiadaczka dwóch goldenek, interesowałam się już wówczas rasą i w przyszłości nie wykluczałam założenia hodowli. Planowałam też wyprowadzkę z Wrocławia na wieś, zatem posiadanie własnego reproduktora wydało mi się rozsądne. Poza tym wszystkim, chciałam mieć pieska. Popędziłam zatem na ring goldnenów i uważnie przypatrywałam się „europejskiej śmietance”, jaka zjechała na ową prestiżową wystawę. Na samym szczycie znaleźli się faworyci, zwycięzcy innych prestiżowych wystaw (w tym światowej), których nie miałam nigdy okazji wcześniej obejrzeć, a jedynie przeczytać o nich w kynologicznych czasopismach. W 2000 roku internet był jeszcze słabo dostępny. Jeśli wpisało się w wyszukiwarkę słowa „golden retriever”, wyskakiwało kilka pozycji. Można było te strony policzyć na palcach jednej ręki. Mieliśmy naprawdę utrudniony dostęp do informacji i jedynym źródłem obiektywnej wiedzy o psach było zobaczenie ich na własne oczy. Owi faworyci Lorinford Harlequin i Karvin Basic Instinct of Galans, byli absolutnie poza moim zasięgiem. Pierwszy mieszkał w Finlandii, drugi na Węgrzech. Aby dostać potomstwo od któregoś z nich, trzeba było ustawić się w kolejce i czekać lata.  Nie to jednak było dla mnie najgorsze. Problemem dla mnie było dotarcie do owych zagranicznych hodowców, co  oznaczało że muszę się podlizać, niemal wejść im w tyłek bez żadnej gwarancji, że zostanę potraktowana poważnie. Nie leży to zupełnie w mojej naturze,  zawsze miałam problemy z nawiązywaniem kontaktów, szczególnie z ludźmi, którzy odnieśli w życiu sukces i kręciło się wokół nich wielu, którzy tym sukcesem chcieli chociaż pooddychać. Nie byłam jeszcze hodowcą, nie byłam dla nich osobą wiarygodną, ani godną kynologicznego szacunku. Przynajmniej tak mi się wydawało, zatem nie zrobiłam nic w temacie nawiązania kontaktu. Życie jednak lubi sprawiać ludziom niespodzianki. Myśl poszła w eter. Od tej pory pracowała ona na przyszłe spełnienie marzenia.



Na tej wystawie, w 2000 roku, wymarzyłam sobie ojca dla 
mojego przyszłego psa płci męskiej, jakiego chciałam nabyć
na potrzeby mojej hodowli. 
Nie miałam zielonego pojęcia,jakim cudem i z jakie pieniądze 
mogłabym załatwić sobie psa po reproduktorach  z najlepszym rodowodem, 
zwycięzcach wystaw Europejskich i światowych, 
będących w rękach najbardziej prestiżowych europejskich hodowców. 
Mimo to, trzy lata później, los pozwolił mi na realizację tego marzenia. Ojcem mojego Jaskra jest Karvin Basic Instinct of Galans, pies po prawej stronie. 

Zakochałam się w obu wspomnianych wyżej psach, choć każdy z nich był inny- i od tamtej pory trzymałam rękę na pulsie i przeglądałam nowinki kynologiczne oraz ogłoszenia. Będąc już ulokowana na wsi, zadzwoniłam w kilka miejsc w poszukiwaniu psa dla siebie, ale odbiłam się od słuchawki, niczego nie osiągnąwszy. O moich ulubieńcach z 2000 roku niemal zapomniałam. Jakież było moje zdumienie i niedowierzanie, kiedy zobaczyłam ogłoszenie hodowli Kwintesencja, która reklamowała szczenięta po jednym z tych piesków, wówczas vice zwycięzcy owej wystawy w Poznaniu, Karvin Basic Instinct. To nie były jeszcze czasy, kiedy Polacy swobodnie i masowo jeździli na zagraniczne krycia ze swoimi sukami. Na to pozwalały sobie tylko renomowane hodowle, które prowadzili sędziowie kynologiczni mający z racji swojego zajęcia kontakt z sędziami i hodowcami z całej Europy. Granice były jeszcze pozamykane, a my mieliśmy inną mentalność. 

Niech sobie eurosceptycy szczekają w domowych pieleszach i na blogach jakie to nas nieszczęście spotkało po wstąpieniu do Unii i jak nam jest źle. Ja obserwuję przez tych kilka lat tak kolosalnie pozytywne zmiany, przede wszystkim w mentalności ludzkiej, że ogarnia mnie  pusty śmiech, kiedy czytam te pierdoły. Nie pozwalam sobie na taki ton i odzywki na cudzych blogach, ale u siebie ulżę sobie: Zamknijcie się, zgnuśnijcie i tetryczcie się w domach, pielęgnując  swoją postkomunistyczną mentalność, odwracając się tyłkiem do świata, który niezależnie od waszych poglądów i tak się zmienia!

Ale wróćmy do tematu :-)

Pamiętam, że w tamtym czasie było głośno o Kwintesencji. Psy z tej hodowli wygrywały wystawy i natychmiast w hermetycznym świecie goldeniarzy pojawiły się zawistne komentarze, pomówienia, złe opinie o decyzjach hodowlanych, tak jakby ktoś z owych krzykaczy był kompetentny lub chociaż upoważniony do komentowania poczynań hodowców. A ja lubię takie klimaty i ludzi kontrowersyjnych, niesłusznie skazanych na ostracyzm. Natychmiast skontaktowałam się z hodowcą i… znów niemal odbiłam się od słuchawki. Pieski były zarezerwowane, mimo wysokiej ceny. Urocza osoba, jaką okazała się Danusia, poinformowała mnie, że za pół roku wybiera się z inną suczką na krycie do tego psa. Jeśli będę zainteresowana, miałabym pierwszeństwo wyboru pieska dla siebie. Czy można zmarnować taką okazję? Oczywiście, informację przyjęłam z entuzjazmem i pozostałam w kontakcie z hodowcą. W międzyczasie dorobiłam się telefonu na kablu i łącza internetowego. Życie stało się prostsze.

Szczenięta urodziły się 16 stycznia 2003 roku. 8 marca pojechaliśmy do Krakowa (jakieś 500 km) starym polonezem caro, który miał uszkodzony zapłon i coś zlego działo się ze smarowaniem. Objawiało się to tym, że po zgaszeniu silnika, pojazd rzadko odpalał. Trzeba było całą drogę zaplanować tak, aby jak najrzadziej gasić silnik. Dojechaliśmy niemal nie zatrzymując się. Na całe szczęście auto nie robiło fanaberii, kiedy dwa razy trzeba było jednak go odpalić. Raz pod domem Danusi, raz na stacji z paliwem.
-A co pan taki blady i zdenerwowany?- zapytał nie bez emocji nalewający gaz pracownik stacji. Chłop wyglądał, jakby planował napad i nie mógł się zdecydować, czy stuknąć gościa, czy odjechać. A Chłop po prostu był cały posrany, że już zostaniemy z tym 7 tygodniowym maluchem na zadupiastej stacji benzynowej, gdzieś na obrzeżach Gliwic.

Ale zanim to nastąpiło, w domu Danusi, w kojczyku, ujrzałam 9 identycznie na pierwszy rzut oka wyglądających maluchów, w tym 6 piesków, spośród których miałam wybrać tego jedynego na kilkanaście lat przyjaciela. Pech chciał, że akurat od kilku miesięcy zmagałam się z ostrym napadem powracającej do mnie co jakiś czas choroby reumatycznej. Byłam tak naćpana prochami, w tym sterydami (nie bacząc na wątrobę), sztywna i zmęczona podróżą, że ledwo na oczy patrzyłam. Zadanie wydało mi się absolutnie niewykonalne. Usiadłam i wezwałam imię boże na daremno. Na daremno, bo oczywiście wsparcia z tej strony nie dostałam. Wtedy zaskoczył mnie Chłop. Wszedł do kojca ( butach!) i zanim z krzykiem wywaliła go stamtąd Danusia, zamieszał w dziewiątce śpiących ciasno przy sobie szczeniąt i wyciągnął jednego.

-A co powiesz na tego?- zapytał mnie, kiedy już został przegoniony i obsobaczony przez hodowcę Chłop. Jaskier na jego rękach (tak, to był Jaskier) łypnął z ukosa okiem.
-Żartujesz sobie chyba, musimy wybrać psa nie na oko, czy losowo, ale poprzez porównanie z innymi.

Dwie godziny ustawialiśmy obok siebie na stoliku całą szóstkę w różnych konfiguracjach. Spośród nich wyłoniliśmy finałową dwójkę. Nie było rady, Jaskrem okazał się wyciągnięty wcześniej przez Chłopa piesek. Najśmieszniejsze było to, że pies zdawał się wiedzieć, że jedzie w daleką podróż. Jeszcze podczas oględzin chwycił w ząbki swoją wyprawkę, którą przygotowała Danka  podbiegł do mnie wlokąc pudełko, jakby chciał powiedzieć: „daj spokój, przecież to ja, jedziemy do domu!” Od tej pory wierzę, że psy w tego typu hodowlach rodzą się dla kogoś. Jaskier urodził się dla mnie, wszyscy to wiedzieli, włącznie z psem, tylko ja zaakceptowałam to jako ostatnia. Do mnie należała ostateczna decyzja. Oczywiście tak naprawdę numer z pudełkiem świadczył tylko i wyłącznie o tym, że pies jest bezczelny, dominujący i że będzie miał ciężki charakter. Wiedziałam o tym, ale i tak podjęłam decyzję, przyjęłam do wiadomości ów dar od losu. Wiedziałam, że ten pies będzie stanowił dla mnie wyzwanie, czegoś mnie nauczy. Wzięłam Jaskra na ręce, przytuliłam go. Wtulił się we mnie tak mocno, że nawet nie udało się Danusi zabrać go na chwilkę przy wyjściu i ucałować ostatni raz. 
Pięć minut po tym, jak drzwi zatrzasnęły się za nami, pewna dziewczyna płakała ze szczęścia w słuchawkę , że nie wybrałam drugiego z finałowych piesków. Był to jej wymarzony szczeniaczek. Ale o tym dowiedziałam się wiele lat później. 
Tymczasem odpaliwszy szczęśliwie auto, ruszyliśmy w drogę powrotną, która okazała się dla psa zupełnie bezstresowa. Jeszcze w drodze przez Kraków Jaskier strzelił na gazetkę wielkie kupsko, zaraz potem porzygał się, po czym ułożył się pod moimi nogami na gumowej wycieraczce (wyścielonej nowymi gazetami w razie powtórki wypróżnień) i poszedł spać. Spał tak do samego końca podróży, czyli 8 godzin, bo tyle zajmowała w tamtych czasach podróż z Krakowa do nas. Nie było jeszcze połowy dzisiejszej autostrady i jechało się po starych, wąskich, dziurawych drogach. Jaskier co 2-3 godziny budził się, wyciągał głowę do góry i patrzył na mnie. „Czy to już?”-jakby pytał. „Nie, jeszcze nie, idź spać”- mówiłam i pies szedł spać.


Zazwyczaj pieski w nowych domach przez pierwsze dwa dni czują się nieswojo, ostrożnie badają swoje otoczenie, często przez pierwsze godziny chowają się po kątach. Nie Jaskier. Ledwo postawiłam go na nóżki po wniesieniu na piętro, obleciał wszystkie kąty, zlał się pod stołem w salonie i … znów zaczął biegać po domu. Mniej więcej tak wyglądało jego dzieciństwo, a i potem energii mu nie brakowało. Był przy tym wszystkim tak słodki, uroczy, że rekompensowało to jego trudny, dominujący charakter. Przynajmniej dwa razy doprowadził mnie do łez, ale się nie poddałam i konsekwentnie bez złych emocji, zabrałam się za okiełznanie tego charakterku. Praca szybko przyniosła efekty. Jaskier okazał się wprawdzie niezwykle żywym i mającym swoje zdanie na wiele tematów pieskiem, ale szybko się uczył, był piekielnie inteligentny. Oczywiście ową inteligencję wykorzystywał również przeciwko nam, jeśli tylko któreś z nas okazało się niekonsekwentne w swoich poczynaniach.


Od początku był wyjątkowy, jakby zaprzeczał wszelkim stereotypom dotyczącym psów. Nie interesowało go jedzenie. Nie to, że nie był łakomy. On po prostu nie chciał jeść. A jeśli już, to ostatnią rzeczą, jakiej pragnął w młodości była karma i mięso. Jadł chętniej warzywa i owoce. Taki dziwny pies-wegetarianin mi się trafił. Nie miałoby to może większego znaczenia, bo jest takie mądre powiedzenie, że pies z głodu nie umrze mając pełną michę pod nosem, gdyby nie fakt, że mnie bardzo zależało na tym, aby pięknie rósł i prawidłowo się rozwijał, a nie jadł aby aby, żeby tylko podtrzymać funkcje życiowe. Jaskier miał być przecież psem wystawowym i w przyszłości miał zostać reproduktorem. Co my wyprawialiśmy, aby namówić tego psa do jedzenia...
Udało mi się wypracować kompromis. Rano jadł mięso, ale nigdy nie tknął więcej niż 400 gram. Wieczorem, po całym dniu wariowania, skakania, zabawy, jadł karmę z dodatkami. Dodatki były różne, w tym ekstremalne, na przykład polewaliśmy chrupki… piwem. Po skończeniu 3,5 roku, zmieniła mu się przemiana materii. Zaczęłam wydzielać jedzenie, gdyż zaczął przybierać na wadze. Od tamtego czasu pies je wszystko i rzadko marudzi, bo jedzenie ma porcjowane. Nadal pozostało mu wielkie zamiłowanie do warzyw i owoców. Prędzej pójdzie za kimś, kto ma w ręku jabłko, niż za tym, który ma kiełbasę.


Przez to, że Jaskier słabo reagował na jedzenie, zabawkami interesował się umiarkowanie, miałam utrudniony proces uczenia go właściwych zachowań. Nie miałam dostatecznie mocnych argumentów. Jaskier był skoncentrowany tylko na sobie i swoich potrzebach. Był nie przekupny. Nigdy nie udało mi się do końca zupełnie go sobie podporządkować. Owszem, postawiłam na swoim, ale wiedziałam, że pies nie godzi się z moimi decyzjami i bywa czasem nieszczęśliwy. Było tak choćby wtedy, kiedy wychodziliśmy z domu bez niego lub wyjeżdżaliśmy na dłużej zostawiając go na wybiegu wraz z suczkami.


Przy tym całym swoim charakterze Jaskier ma wiele pozytywnych cech wrodzonych, których nigdy nie był uczony. Nie wychowywał się z dziećmi, mimo to względem nich wykazuje niesamowitą delikatność i cierpliwość. Zawsze się bałam kontaktów z małymi dziećmi z racji jego żywiołowego charakteru. Zupełnie niesłusznie. Mimo tego, że przy dzieciach nie spuszczamy go z oka, udało się kiedyś jednemu z dzieci wsadzić psu palce do oka, czy pociągnąć mocno za ucho. Jedno z dzieci nawet na niego spadło, zsuwając się z krzesełka. Jak widać, to dzieci są w swoich poczynaniach absolutnie nieobliczalne. Jaskier w takich wypadkach odwraca tylko głowę, ewentualnie strząsa z siebie dziecko i kładzie się kawałek dalej. Mimo wszystko staram się unikać tego typu wypadków. Kiedy psa coś mocno zaboli, ma pełne prawo ugryźć.


Jaskier wykazuje się umiejętnością abstrakcyjnego myślenia. Kiedyś zabrałam go ze sobą, kiedy szukałam Chłopa w lesie. Wydawało mi się, że powinien już wrócić do domu i byłam niespokojna. Nie bardzo wiedziałam, w której części lasu może się znajdować. Stanęłam na skraju pola i zaczęłam wołać Chłopa po imieniu. Jaskier uniósł głowę, powęszył dookoła, złapał górny wiatr i pędem rzucił się przed siebie ciągnąc mnie w chaszcze. Szybko okazało się, że znalazł skrót do Chłopa. Nigdy nie był uczony szukania któregoś z nas, ani żadnych rzeczy. Sam odczytał moje intencje.


Jaskier uwielbia wszelkie czynności pielęgnacyjne wokół siebie. Kiedy czuje się pomijany, czy nie dopieszczony, podstawia się i „mówi”: „wyczyść mi chociaż uszy”. Uwielbia czesanie, czyszczenie sierści i uszu. Mniej lubi strzyżenie, natomiast nie cierpi kąpieli w wannie. Bardzo lubi tabletki. Łyka je jak smakołyki. Witaminy do jedzenia mogłam podawać tylko w formie tabletek, karmę posypaną proszkiem omijał szerokim łukiem.

Niestety, Jaskier to bardzo kontuzyjny pies. Już od szczeniaczka zbyt wiele skakał, pobudzał się, nakręcał, wyładowywał energię w gwałtowny sposób. Przeszedł wiele kontuzji kończyn, z których najgorsza zadecydowała o wykluczeniu go z czynnego udziału w wystawach w najlepszym dla niego okresie. W wieku 3 lat, pobudzony cieczką jednej z moich suczek (Triss, o której pisałam, że jak miała ruję, to psy razem z budami meldowały się u mnie pod płotem) tak skakał, próbując się do niej dostać, że pękła mu kość przy stawie skokowym. Odprysk usadowił się tuż przy stawie powodując jego zmniejszoną ruchomość i prawdopodobnie ból, choć pies się nie skarżył i nie skarży do tej pory. Ortopeda oczywiście jak to zobaczył, chciał mi go położyć na stół i pokroić. Pies nie kulał, chodził normalnie, odłamek oblał się okostną i był widoczny w postaci zgrubienia przy stawie. Na moje pytanie, czy po grzebaniu w stawie pan ortopeda da mi gwarancję, że pies nie będzie kulał, mina ortopedzie zrzedła. Tej klientki nie da się naciągnąć na drogi zabieg. Choć inny, zaufany weterynarz powiedział nam, że pies prędzej czy później kuleć zacznie, bogu dzięki minęło od tamtej pory 5 lat i Jaskier nie odczuwa widocznych dolegliwości. Ma ten staw sztywniejszy, chód mu się trochę zmienił, ale nie widać, aby odczuwał ból. Jest bardzo oszczędzany na tę okoliczność.


W związku z tym, że mieliśmy od początku ogromne kłopoty z nakarmieniem niejadka, przyjęłam pewną strategię dotyczącą wystaw. Postanowiłam zrobić z nim kwalifikacje hodowlane i zdobyć tytuł reproduktora zanim przejdzie do klasy dorosłej. Podejrzewałam, że może być uznany za słabiej rozwiniętego pośród dorosłych, starszych psów. W klasie młodzieży sędzia patrzy na psy nieco pod innym kątem. Oceniany jest nie tylko wygląd obecny, ale przede wszystkim potencjał. Jak sobie założyłam, tak zrobiłam. Jaskier pięknie zaliczył wystawy. Dostał nie tylko wymagane oceny doskonałe, ale również medale, w tym z międzynarodowej wystawy w Lesznie w 2004 roku (srebro), gdzie była spora i mocna konkurencja. 


Podkreślano jego niezwykłą elegancję i klasę. W klasach dorosłych szło mu z czasem coraz lepiej. Sypnęły się medale i tytuły, został najlepszym goldenem w rasie. Wtedy właśnie, kiedy zmężniał, dorósł, wypiękniał, zdarzył się ten opisany wypadek z pęknięciem kości. Ja stanęłam wobec dylematu: czy pieścić swoją próżność i jeździć z psem polując na tytuły i starając się dokończyć czempionat (brakowało mu jednego, ale trudnego zwycięstwa z międzynarodowej wystawy), czy postawić na jego zdrowie i komfort życia? Po tym wypadku jeszcze dwa, trzy razy pokazaliśmy się na wystawach, ale zauważyłam, że za bardzo się pobudza tymi wycieczkami i po powrocie do domu nóżka go jednak boli. Powiedziałam sobie, że znam wartość swojego psa i nie potrzebuję za cenę jego zdrowia udowadniać jej całemu światu. Wycofałam Jaskra z uczestnictwa w wystawach.

Jaskier w wieku 18 miesięcy, 
w momencie uzyskania kwalifikacji hodowlanych.

Obecnie Jaskier ma 8,5 roku. Jest dojrzałym, cudownym psem, którego bardzo oszczędzamy, aby pęknięta nóżka nie przeszkodziła mu dożyć starości we względnym komforcie. Chodzi na częste, ale krótkie spacery. Spacerów nawiasem mówiąc nie lubi. Jeszcze jedna cecha zaprzeczająca istocie psa. Woli posiedzieć przy nas, lub poszwendać się po podwórku przed domem. Kontroluje w ten sposób cały teren i nie lubi tracić go z oczu. Jest ulubieńcem naszych gości i znajomych. Jest też trochę przez nich rozpieszczony.
Psom w tym wieku często zmienia się charakter i temperament. Zachowują się jak kot Bonifacy ze słynnej kreskówki, są spokojne, znudzone, z lekka zblazowane. Nasz Jaskier nadal ma temperament ciekawego świata młodego Filemona. Nie wygląda na seniora, nie zachowuje się, jak senior.


 A jakie ma śliczne dzieci, możecie zobaczyć tutaj :-)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Klamry do pasów wojskowych.

Dzisiejszy wpis sponsoruje Chłop, bowiem zaprezentuję jego własną kolekcję, której strzeże i którą pieści, nie ma bowiem dnia, aby jego wzrok z czułością nie spoczął na owych znaleziskach.

Zdarza się bowiem, że Chłop ze swoich licznych wędrówek w poszukiwaniu pozostałości po przedwojennych mieszkańcach tych ziem przynosi nie tylko przedmioty bądź ich fragmenty zwane przeze mnie ogólnie „śmieci”, ale rzeczy które zdobywają uznanie w kręgach kolekcjonerskich. Ja jestem osobą małostkową, opętana materializmem i pierwotnym instynktem do błyskotek. Mnie spodobałoby się, gdyby ze swoich eskapad przyniósł mi kiedyś jakiś pierścionek złoty, albo coś, ale Chłop niech też ma coś z życia. Cieszy się z tych klamerek, jak dziecko z lizaka. Odstąpiłam mu moją dekupażową skrzyneczkę, aby przechował swoje skarby, póki nie będzie miał nowego pomysłu na wyeksponowanie ich. Przed remonetm sypialni wisiały nad jego stroną łóżka.
Mamy pewność, co do autentyczności klamer, ponieważ znamy ich pochodzenie. Plagą bowiem są podróbki takich klamerek sprzedawane na allegro jako oryginały. 

To jest podróbka- przykład współczesnej kopii przedwojennej klamry strażackiej


Skąd się wzięły owe klamerki porozrzucane po okolicy? Zapewne za każdą z nich kryje się inną historia. Większość z nich pozostała po poprzednich mieszkańcach. Są śladem po działaniach militarnych na tym terenie. Klamry, jako symbol hitlerowskich czasów wyrzucano, pasy wykorzystywano wtórnie w gospodarstwach domowych.

Póki nie umieramy z głodu, żadna z prezentowanych klamerek nie jest na sprzedaż.  Z tego względu, że niektóre budzą emocje pośród kolekcjonerów, w wypadku pomysłu, aby którąś z nich nabyć drogą daleką od legalnej, przypominam, że domu naszego strzeże 5 psów (słownie: pięć)- proszę sobie policzyć, ile to jest zębów, nieobliczalny w obronie swego mienia Chłop (sypia z bagnetem pod poduszką- lebel) i agresywna Baba wyspecjalizowana w machaniu patelnią, która nie zawaha się jej użyć :-)

Klamra saksońska z II poł XIX wieku trzymana najprawdopodobniej jako pamiątka służby w wojsku. Po wojnie, wraz z innymi przedmiotami (ceramiką, porcelaną -niestety w kawałkach)., wyrzucona do lasu w okolicach Młyńska.

Dwie klamry NSFK (paramilitarna organizacja zajmująca się szkoleniem pilotów, coś w rodzaju współczesnego aeroklubu). Oba wzory funkcjonowały równocześnie, z tym, że górny jest wcześniejszy. Górna pochodzi z Zapusty, dolna ze  Stankowic- po drugiej stronie Kwisy.

Klamra Jungvolku, czyli młodszej grupy wiekowej Hitlerjugend (nasze zuchy). Zwana jest przez nas klamrą papieską, gdyż z taką biegał , dziecięciem będąc, obecny zwierzchnik kościoła kat -Joseph Ratzinger. Pochodzi z Zapusty.

Klamra RAD (służba pracy, przyjmijmy, że jest to odpowiednik OHP), pochodzi z okolic  Leśnej.

Klamra Wehrmachtu. Przykład wtórnego wykorzystania przedmiotu. Po wojnie usunięto z niej symbolikę hitlerowską i użytkowano przez jakiś czas, zanim trafiła na śmietnik lub została zgubiona. Znaleziona w okolicach Lubania.

Najciekawsze znalezisko. Polska klamra rembertowska (od miejscowości Rembertów). W Rembertowie stacjonowała jednostka wojskowa, która przed samym wybuchem wojny jako pierwsza otrzymała ten wzór klamer do użytku. I jako ostatnia, gdyż nigdy więcej ten wzór nie wszedł w użycie z powodu wybuchu wojny. Wyprodukowano małą liczbę tych klamer, stanowią prawdziwy rarytas kolekcjonerski.  Prawdziwą zagadką jest to, skąd się wzięła na terenach niemieckich. Być może jest to jakieś trofeum wojenne lub przybyła po wojnie z polskimi osadnikami. Najprawdopodobniej została zgubiona, gdyż leżała samotnie w okolicach Zapusty.


 ***********************************************************
Chciałabym serdecznie podziękować za wyróżnienie, jakie spłynęło do mnie z kilku zaprzyjaźnionych blogów: Agik, Anovi, Asjah, Asia i Wojtek, Mirka, Sarenzir. Jeśli kogoś pominęłam, proszę się upomnieć :-)

Wasze wyróżnienie jest dla mnie miłym wydarzeniem. Ja również bardzo chętnie zaglądam do Waszych blogów.  Każdy jest niepowtarzalny i każdy reprezentuje inny świat, do którego dajecie mi dostęp :-*

Wybaczcie, że przerwę łańcuszek wyróżnień, gdyż nie jestem w stanie wskazać palcem tych najszczególniejszych blogów pośród szczególnych. Blogi do których zaglądam wyróżniam na pasku po prawej, pisząc komentarze, a czasem po prostu w ciszy przeglądam, bo nie mam nic mądrego (w swoim znaczeniu tego słowa) do powiedzenia.
Jeszcze raz dziękuję :-*