O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 2 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

niedziela, 27 marca 2011

Popitka z zagrychą.

O tym, że nie cierpię wszelkich prac, związanych z typowymi, tradycyjnie przypisywanymi kobietom, zajęciami w gospodarstwie domowym, pisałam już na początku mojej przygody z blogowaniem, w poście „Nie jestem kurą domową”. Prędzej ruszę z jakimś remontem, malowaniem, dekoracjami, niż z robieniem przetworów. Nawiasem mówiąc, sąsiad obiecał mi dziewiętnastowieczną wiejską szafę, oczywiście pomalowaną jakimś lakierem, więc już sobie ostrzę pazurki (wiertarkę) i doczekać się nie mogę, gdy wpadnie w moje łapska. 
Okazuje się jednak, że nie jest ze mną tak źle i w sensie tych przetworów.  Eksperymentować z jedzeniem lubiłam od zawsze, od zawsze też jestem na tyle leniwa, że jeśli brak mi motywacji, to po prostu temat zawieszam. Wystarczy jednak lekko kopnąć mnie w zadek, abym motywację znalazła i cieszyła się tym, co robię. W perspektywie bowiem mam ogromną satysfakcję z własnoręcznie zrobionych produktów, zaoszczędzone kilka złotych w portfelu, a jeśli nawet coś wyjdzie drożej lub tyle samo, co w sklepie, to przynajmniej wiem, co jem. Do pełnej samowystarczalności nie dojdę nigdy i nawet nie mam takich ambicji, lecz mogę lepiej, niż do tej pory, wykorzystać możliwości, jakie daje mi życie na wsi.

Z produktów, z których jesteśmy w tej chwili najbardziej dumni, są oczywiście wina. Cieszy mnie w tym temacie fakt, że przy ich produkcji, spełniam rzadką rolę zaledwie pomocnika szefa w kuchni. Miło jest czasem odpocząć od roli suki alfa we własnym domu.

Pieczołowicie, pod dyktando Chłopa, ostrożnie zlewam napój bogów do butelki docelowej.

Po pierwszym odruchu zwrotnym, jaki niesprawiedliwie, całkiem subiektywnie, popełniłam względem tuskulańskiego gronowo- jabłkowego, nauczyłam się nie oceniać młodego wina po smaku wprost z baniaka, ale przewidywać jego przyszłe walory. Po warunkiem, że owe walory doczekają swojej szansy. Następne wino, jakie zlaliśmy i którego spróbowałam, jak już odstało i zostało schłodzone, było to równie wytrawne wino, lecz z całych gniecionych winogron. Nie będę rozwodzić się nad jego boskim smakiem i aromatem, aby nie sprawić wrażenia osoby popadającej z jednej skrajności w drugą, w każdym razie smak doceniłam. Chętnie urąbałabym się i znów zaległa pod płotem, ale po prostu szkoda mi było niszczyć to, co za kilka miesięcy będzie napojem godnym bogów.


Gdzieś zginął mi projekt etykiety. Nie wiem, czy to widać, więc napiszę:
Wyśmienite gronowe wytrawne wino tuskulańskie
"Nawet z martwego zrobi jurnego".

Trzecie i ostatnie wino, to takie, co do którego mieliśmy bardzo wiele wątpliwości. Powstało z czystego soku z wielu odmian jabłek, rosnacych w naszym, bardzo wiekowym sadzie.

Fragment 0,6 hektarowego sadu. Tyle dało się dzisiaj złapać obiektywem. W styczniu udało mi się pobielić te moje 120 drzewek. Zajęło mi to 2 dni. Może nie są pobielone "od linijki", ale fajnie wyglądają w tych "białych kalesonach" :-)

Latem, prócz jabłek, w sadzie można spotkać różnego gatunku Rusałki :-)
Nic, tylko rwać. Jabłka oczywiście :-)

Ze starych odmian jabłoni, jakie zidentyfikowałam, są malinówki (absolutny hit), antonówki (wielkie, jak piłki do siatkówki), papierówki, reneta, gloster. Nie muszę chyba dodawać, że sad nasz pestycydu, czy herbicydu nie poczuł na sobie przez ostanie kilkadziesiąt lat, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Nigdy też w naszym jabłku nie znalazłam robaka.
Wracając do wina. Jego butelkowanie przebiegało w atmosferze niepewności, czy wyjdzie nam z tego wino, czy jakiś syf, który nadawać się będzie jedynie na destylat. Wbrew naszym obawom, okazało się, że to jedyne wino, które wyszło półsłodkie. W dodatku takie pyszne, że mam ochotę napisać, że jest najlepsze ze wszystkich trzech rodzajów. Ale jakże wino jabłkowe może być lepsze od gronowego? Ot i zagadka egzystencjalna.


Chłop przy pracy w kuchni, widok niecodzienny. 
Rzekłabym- rozczulający :-)

 Efekt końcowy



Następnym hitem w gospodarstwie, jeśli jeszcze jesteśmy w temacie popitki, jest tuskulański adwokat, jakiego nie znajdziecie nigdzie na świecie. Odkąd robię adwokata sposobem domowym, nie jestem w stanie docenić smaku likierów sprzedawanych w sklepach. Niegdyś trunek ten wyrabiałam dodając do klasycznego przepisu brandy, obecnie receptura tuskulańskiego adwokata owiana jest wątkiem tajemnicy. Uchylę jedynie jej rąbek i napomknę, że owa tajemnica ma subtelny, lecz nadający jej spcecyficzny i niepowtarzalny charakter, aromat tuskulańskich winogron i jabłek. Nie potrzeba nam już brandy.
Adwokat nie doczekał się etykietki, bo klej nie zdołałby zaschnąć na butelce. Znika on bowiem w przeciągu 3 dni. Z podobnych przyczyn nie sposób zrobić zdjęcia trunkowi, lecz obiecuję jutro uzupełnić opisane walory o ilustrację.

Będąc młodą praktykantką, jedną z ważniejszych życiowych mądrości, którą zdobyłam na studiach, było to, że nie ma popitki bez zagrychy. I tego się trzeba trzymać, gdyż tylko żule piją alkohol nie zakąszając.
Wcześniejsze niż zazwyczaj, wiosenne słońce, było przyczyną kilku nowych projektów w dziedzinie własnych prowiantów. Chodząc sobie od bloga do bloga, głównie osiedleńców, co rusz natykałam się na jakieś projekty związane z ogrodnictwem. Cóż, ludzie stanowią dla mnie dużą inspirację, ale nie mam złudzeń. Znając siebie, prędzej rozszczepię atom, niż wyhoduję pomidora od nasionka. Ale szczypiorek... hmm... Mam złe doświadczenia z hodowlą szczypiorku, który próbowała wprowadzić do mojego gospodarstwa mama. Posiała mi go na skalniaku, to zapewne wyplewiłam, albo coś go zagłuszyło. Posiała mi w jeżynach (co to za pomysł w ogóle)- diabli wiedzą, co się mogło z nim stać? Do trzech razy sztuka. Kupiłam zatem skrzyneczkę, nasionka siedmiolatka, czy jak mu tam, przygotowałam miejsce na oknie. Ziemi nie kupiłam wychodząc z założenia, że nie wypada, skoro wokół tyle hektarów. I nie wiem, czy to nie był błąd.
Kilka dni po postawieniu skrzyneczki na kuchennym oknie, z ziemi zaczęło coś wyłazić.

Na opakowaniu nasion było napisane- pikować co ileś tam. Czym, przepraszam, mam coś takiego pikować? Dłutem, czy pilniczkiem???

-Czy ty widziałeś kiedyś wschodzący szczypiorek?- pytam Chłopa.
Uznałam go za znawcę, skoro od czasu do czasu, w dzieciństwie, pomieszkiwał z rodzicami na wsi. W dorosłym wieku pewnych rzeczy się nie przyswaja, więc czuję się usprawiedliwiona, że nie wiem, jak wygląda szczypiorek w stanie larwalnym.
-Nie- powiedział mój ekspert.
-Hm... A nie wiesz przypadkiem, czy młody szczypiorek ma listki?- pytam zaintrygowana wyglądem mojego szczypiorku.
-No, raczej nie- nie uspokoił mnie Chłop, oj, nie uspokoił.
-Może trzeba było kupić ziemię w sklepie, a nie brać z pola? Diabli wiedzą, co w tej skrzynce się czai. Ale wiesz co, na wszelki wypadek nie wyrwę tych roślinek, poczekamy, może stracą listki i zrobi się z nich szyczypiorek. W końcu kijanka nie przypomina żaby, a szczenię po urodzeniu bardziej wygląda na szczura, niż na psa- logicznie wybrnęłam z niewygodnego tematu.
Cztery dni po wzejściu roślinek z listkami, zaczęło wschodzić w skrzynce coś na kształt młodej trawki. Pieczołowicie podlewam moją hodowlę rozcieńczoną serwatką (nie codziennie) i zastanawiam się, czy nie opiekuję się przypadkiem podagrycznikiem, świerząbkiem i perzem.
Przynajmniej mój szczypiorek, czy co ja tam hoduję, ma oryginalną i niepowtarzalną konewkę :-)
Szczypiorek na oknie, a za oknem hektary :-)

Wspomniałam o serwatce i zaraz opowiem, skąd ona się wzięła. Jeszcze miesiąc temu byłam pewna, że zrobienie domowego twarogu, to jakaś kosmiczna technologia, zupełnie mi niedostępna. Nie znam nikogo ze swoich rówieśników, kto ma najbledsze choćby pojęcie o produkcji serów. Wyjaśnienie tego jest proste. Świadomość kulinarną nabyłam w latach 90-tych, kiedy w sklepach można było już kupić wszystko. W latach 80-tych, których marazm i puste półki pamiętam doskonale, byłam dzieckiem, karmionym tym, co mama dosłownie upolowała na mieście. Nie mogę sobie przypomnieć produkcji twarogu w moim domu, choć mama i starsza siostra upierają się, że takowa się odbywała.


Pierwszy ser, tak na próbę, wyprodukowany z kilograma sklepowego mleka. 

Kiedy wyprodukowałam swój pierwszy twaróg, obdzwoniłam rodzinę z uczuciem, jakbym co najmniej odnalazła życie na Marsie, nie znajdując niestety zrozumienia dla mojego entuzjazmu.
-Co ty dziecko, to ja cię nie uczyłam twarogu robić?- dziwi się mama.
-Nie, nie uczyłaś!- odpowiadam.
Zaopatrzona w elektroniczną wersję książki o produkcji serów, jaką przesłała mi nieoceniona Kasia z dalekiego świata, przymierzę się wkrótce do zrobienia jakiegoś śmierdzącego przepoconymi stopami, zgliwiałego sera.

Obecnie Chłop chodzi po mleko do krowy. Obawiam się, że gdybym ja tam poszła, to podarowałabym sobie wszelką produkcję nabiału. Wygląd gospodarza, który obsługuje krowy, budzi obawy bujnego życia w owym mleku. Mleko najpierw pasteryzuję, a potem zaszczepiam bakterie z poprzedniej partii (pierwsze bakterie były zaszczepione ze sklepowego kefiru). Gospodarza od krów też się boję, bo mnie podrywa, a ma z 80 lat. Pewnie pija swojskie trunki, mające znaczny wpływ na wigor. Mimo wszystko, trochę mnie to przeraża. Na Chłopa wprawdzie czyha tam Wieśka Mamunowa, ale że jest to egzemplarz mocno przechodzony (Wieśka, nie Chłop) i zmęczony wykonywanym zawodem wiejskiej jawnodajki, za bardzo się nie obawiam. 

Chłop z pięciolitrową kanką w drodze do domu.
Z tej objętości wyszło nam 830 gram sera, do tego cudowna serwatka, która-o dziwo- nadaje się do picia. Z mleka sklepowego się dla mnie nie nadawała. Trochę śmietanki z masłem też było, ale z 5 litrów, to ilość śladowa.

Tymczasem piekę aromatyczne babki Grażynki. Grażynka, również z dalekiego świata, odkrywa przede mną, dzięki swoim przepisom, nieznane mi do tej pory połączenia smakowe. Mam wrażenie, że to dopiero początek mojej przygody z kulinarnym światem Grażyny i że wsiąknę w niego na tyle głęboko, na ile mi czas, finanse i dostępność produktów pozwolą. Przepis na poniższą babkę możecie znaleźć tutaj.



 Jak widać,kształt, rozmiar nie ma znaczenia.

Kolejnym kulinarnym hitem w moim domu jest żurek owsiany blogerki Agik. Do tej pory myślałam, że żurek można robić tylko z żyta. Dziwne jest też to, że dopóki nie przeczytałam u Agik o owsianym żurku, nawet nie spojrzałam na etykietkę kupowanych w spożywczym gotowców. A tam- więcej mąki pszennej niż żytniej, a najbardziej zaniepokoił mnie enigmatyczny produkt: aromat czosnkowy. Nawet nie napisano „identyczny z naturalnym”, co stwarza podejrzenia, że z naturą nie ma on nic wspólnego.
Żurek owsiany jest smaczniejszy od żytniego, a na pewno od kupnego. Jest troszkę inny w smaku, mnie i osoby, które miałam możliwość poczęstować, zachwycił. Żurek owsiany najlepiej smakuje podany w wypieczonym tuskulańskim chlebku. Proste, szybkie, pożywne, smaczne, w stu procentach naturalne jedzenie. Przepis na żurek, sugestie, dyskusje,  znajdziecie też tutaj.

 Zakwas

Produkt finalny w tuskulańskim chlebku.


Wersja na drugi dzień. Tym razem dodałam do żurku wydrążony wczoraj z chlebowej miseczki miąższ i dodatkowo dołożyłam jajko.


Reasumując: pijemy, jemy, ciężko fizcznie pracujemy, więc nie tyjemy.
Co robimy? Prócz porządkowania obejścia, wycinki rozbujałych chaszczy, wierzb, bzów, leszczyn, postawiliśmy za płotem drogowskaz. Wypalałam go całą jesień. 


Chłop przygotowuje mocowanie słupa

Słup cierpliwie czeka

Słup stanął na tle stodoły i ogrodu skalnego.

Troszkę mam dosyć robienia w sezonie letnim za informację turystyczną dla zagubionych, poszukujących zabytków zmotoryzowanych turystów, którzy pchają się na pobliskie ruiny w poszukiwaniu zamku Rajsko. Na pomoc gminy, w postawieniu jakichś tablic informacyjnych, nie ma co liczyć, postanowiliśmy więc wziąć sprawy w swoje ręce.

 A na koniec niespodzianka dla fanów dolnośląskich stodół i przy okazji zapowiedź przyszłej i niedalekiej w czasie (póki jeszcze rośliny nie zasłaniają widoków), wirtualnej wycieczki po Tuskulum.  Oto nasza własna stodoła połączona ze stajnią (to te czarne drzwi po prawej, blisko rogu budynku).


poniedziałek, 21 marca 2011

Aneks do Iwana, czyli kwestia poszanowania ludzkich szczątków.

Mam nadzieję, że niewielu z Was posądziło mieszkańców Tuskulum o bezczeszczenie zwłok i robienie sobie jaj z ludzkich szczątków. Iwan bowiem jest plastikowym modelem, podarowanym dawno temu Chłopu przez wujka lekarza. Grzebanie zatem plastiku w ziemi, byłoby wielce nieekologiczne. Został on na straży dobytku tak, jak go znalazłam, a mnie przy tej okazji nasunęło się kilka refleksji związanych z problemem zmarłych w czasie wojny żołnierzy obu armii, które tutaj starły się pod koniec wojny.

Bitwa o Lubań, to jedna z największych, krwawych potyczek, jakie miały miejsce pod koniec II wojny światowej. Mało kto o niej wspomina, gdyż jest świadectwem porażki Armii Czerwonej- czyli funkcjonującej w ludzkiej świadomości- armii wyzwolicieli.
Bitwa o Lubań to ostatnie duże zwycięskie dla Niemców starcie owej wojny (a nie Ardeny!). O jej skali świadczy fakt, że na niewielkim stosunkowo terenie, w Lubaniu i okolicach, zniszczono około 100 radzieckich czołgów. Po wejściu do Lubania Armii Czerwonej, w lutym 1945 roku, doszło tu do walki, w wyniku której Niemcy odbili bardzo ważny dla ich zaopatrzenia węzeł kolejowy. Do zakończenia wojny w maju 1945 roku, do czasu kapitulacji Niemiec, teren ten pozostawał w rękach niemieckich.

Nie wszystkie zwłoki po wojnie zostały odnalezione i pochowane z należnym im szacunkiem. Dotyczy to z resztą wielu rejonów naszego kraju. Państwo niemieckie rozwiązało ten problem w nastepujący sposób. Powstała organizacja, z przedstawicielstwem w Polsce, która zajmuje się pochówkiem odnalezionych przypadkiem niemieckich żołnierzy oraz ich identyfikacją. Przedstawicielstwo zatrudnia robotników, którzy nie zawsze uczciwie podchodzą do zlecenia. Niestety, na giełdach staroci, które niegdyś penetrowaliśmy dosyć intensywnie, od czasu do czasu pojawiały się ściągnięte ze zwłok fragmenty wyposażenia niemieckich żołnierzy. Można było zakupić klamry, pasy, uzbrojenie, hełmy- jednym słowem, szelkiego rodzaju chodliwe pamiątki. I tak nie to jest jeszcze najgorsze. Zwłoki obierane były bowiem i z butów, bluz, czapek. To niesmaczny i wstydliwy proceder. W ostatecznym jednak rozrachunku, przynajmniej zwłoki zyskały należny im szacunek, a rodziny dostają informację o swoich bliskich. Dla niemieckich żołnierzy powstało kilka nekropolii, między innymi w Nadolicach.

Jak sprawa wygląda z poszanowaniem zwłok żołnierzy Armii Radzieckiej, mieliśmy przekonać się o tym osobiście.
Kilka lat temu wybraliśmy się na spacer po lesie z naszą suczką Mantrą. Przy okazji, z wrodzonej ciekawości, zaglądaliśmy we wszystkie dziury, jakie tylko znaleźliśmy na swojej drodze. W jednym z takich miejsc odkryliśmy szczątki żołnierza radzieckiego. Po identyfikacji na podstawie wyposażenia (ja dodatkowo oszacowałam sobie jego wiek, niestety był to młodziutki, zaledwie dwudziestoletni chłopak), przykryliśmy go warstwą ziemi, ale przygoda ta nie dawała nam spokoju. Zwróciliśmy się z prośbą do znajomego, który jest osobą miejscową i ma kontakt z człowiekiem zajmującym się dokumentowaniem i zbieraniem pamiątek z II wojny światowej z tego terenu, aby zgłosił fakt odkrycia zwłok owej osobie, co też uczynił.
Dalsze losy owego „naszego” żołnierza wprawiły nas w prawdziwe osłupienie. Gdyby nie fakt, iż mamy do czynienia z ludzkimi szczątkami, można by sprawę porównać do najlepszego kabaretu na świecie.
Wszystkie instytucje, które teoretycznie powinny być zainteresowane tego typu przypadkiem, w tym konsulat rosyjski, odmówiły zajęcia się tym człowiekiem. Więcej, zgłaszającemu powiedziano, że po jakiego diabła w ogóle odkopywał te zwłoki, niech je zakopie na powrót. W rzeczywistości zwłoki owe nie były za mocno przysypane, były wręcz na wierzchu, lekko przysypane osuniętą z okopu ziemią.
Jest u nas więcej upierdliwych ludzi, nie tylko my. Człowiek, który zajął się owymi szczątkami, zniechęcony pukaniem od drzwi do drzwi różnych instytucji, w końcu oficjalnie powiadomił policję o odnalezieniu ludzkich zwłok. Policja, wielce zdegustowana owym zgłoszeniem, zlekceważyć tego nie mogła. Pomimo, iż wiadomo było, że zwłoki pochodzą z okresu wojny, uruchomiono standardową procedurę. Na miejsce, gdzie spoczywały szczątki, przyjechał prokurator oraz pogotowie ratunkowe (?!). Lekarz dokonał obdukcji, po czym stwierdził zgon. Zwłoki zabrano do prosektorium. Wszyscy mieli ogromne pretensje, że w ogóle musieli uruchomić procedurę taką samą, jak przy świeżych zwłokach.
Nie wiem, czy żołnierz spoczął wreszcie pośród swoich na cmentarzu w Lubaniu. Wiem, że nie jeden urząd miał zapewne jeszcze pretensje, gdyż pochówek taki musi być zorganizowany na koszt samorządu.

Obelisk w centrum cmentarza żołnierzy Armii Radzieckiej w Lubaniu

Kwatery z grobami żołnierzy Armii Czerwonej w Lubaniu.

piątek, 18 marca 2011

Czerwonoarmista Iwan, kopytko i wagon kolejowy...

...czyli zasoby Tuskulańskich włości.

Jednym z przejawów działania magii, jakiej doświadczam w miejscu, które sobie wykreowałam i fizycznie i w mojej własnej głowie, jest niesamowita zdolność tego miejsca do spełniania moich życzeń. Dwie stodoły, garaż, strych i kilka pomieszczeń gospodarczych, można porównać do tworów z innego świata, które wypluwają  z siebie potrzebne przedmioty niczym z bajki o stoliczku, co to sam się nakrywa. Tajemnica tego wszystkiego tkwi w tym, że nie tylko mój Chłop i jego rodzina, gromadząca różne, w tym dziwne, przedmioty od pokoleń, ale również poprzedni właściciel tego domu, nie mieli serca pozbywać się niepotrzebnych już nikomu sprzętów i przedmiotów. Poprzedni właściciciel pozostawił nam nie tylko rzeczy po jeszcze dawniejszym właścicielu (nawiasem mówiąc zmarły na przełomie lat 60 i 70-tych powojenny właściciel odwiedza nas tu czasem, sprawdzając, jak opiekujemy się jego gospodarstewm), ale również wyposażenie swojego sklepu oraz  przedmioty cudem zdobywane w latach komuny, gdzie każda rzecz stanowiła rarytas. Na taki rarytas, mianowicie na klapę od luku w towarowym wagonie kolejowym, natknęłam się w przepastnej stodole i wykorzystałam do kolejnego dekorku w moim domu. 


Ale o tym za chwilę. Opowiem Wam jeszcze o owej magii, jakiej doświadczam na co dzień.

Kiedy potrzebuję użyć jakiegoś przedmiotu i wiem, że nie mam go na stanie, wyrażam swoje życzenie głośno i okazuje się, że mamy go w: stodole, garażu, w futrowni, w stajence, na strychu. Tak było z pirografem, wozem na skalniak, latarnią i mnóstwem innych detali. Z tego powodu każdego niemal dnia przeżywam w Tuskulum przygody.

Pewnego letniego dnia zeszłego roku, zaniepokojona i zaintrygowana oraz lekko obrażona, czemu Chłop panuje nad naszymi zasobami i możliwościami gospodarstwa, a ja nie, postanowiłam zwizytować każdy kąt. Poza nieznanymi mi wcześniej pomieszczeniami (?!) natknęłam się na stróżującego czerwonoarmistę Iwana. Usiadłam wówczas na jakimś nie rozpakowanym od 10 lat pudle i potraktowałam to, jako znak. Nie wszystkie tajemnice należy bowiem ujawniać od razu. Trzeba pozostawić sobie jakiś margines tajemnicy, dzięki czemu każdy dzień w Tuskulum będzie niespodzianką.



W styczniu robiliśmy remont sypialni. Nie miałam pomysłu na szafkę pod telewizor. Nie wiedziałam, gdzie pomieszczę przedmioty z paździerzowej wyrzucanej komody, która nie pasowała charakterem do wnętrza pokoju. Kiedy tak chodziłam z kąta w kąt, przypomniałam sobie o starej, zapuszczonej XIX -wiecznej komodzie, która stanowiła pierwotne wyposażenie tego domu. Korzystając z chwilowej odwilży, udało mi się w ciągu kilku dni oczyścić ów mebel. Mam opory wobec robienia zdjęć przedmiotom znalezionym w ich pierwotnym stanie, dlatego pierwsza fotografia przedstawia mebel już oczyszczony, ale jeszcze przed lakierowaniem.


I komoda na swoim miejscu

 Mamy poważne kłopoty z wykończeniami. Mebel jest pozbawiony większości okuć przy uchwytach szuflad. Oczywiście, mówimy, że znajdziemy podobne na jakiejś giełdzie, ale znając nas, szybko o tej niedoróbce zapomnimy i zajmiemy się nowym projektem. Cały nasz dom prezentuje sobą, jak my to nazywamy, „punkową niedoskonałość” :-)

Po zainstalowaniu komody w pokoju, zaczęłam się zastanawiać nad pustą przestrzenią ponad telewizorem i jakimś dekorem, który charakterem pasowałby do owej XIX wiecznej komody.

Kiedy jak sroka w gnat, z otwartą buzią wydawałam z siebie jęki fascynacji połączonej z lekką zazdrością nad dekorkiem u Magody, która wykorzystała szewskie kopyta do ozdobienia ściany, Chłop popukał się w czoło i powiedział: „przecież cały koszyk takich kopyt leży w futrowni!
Futrownia- pomieszczenie gospodarcze, odpowiednik wypasionej stajni-obory, który znajduje się w obrębie domu mieszkalnego. W epoce (lata międzywojenne) pomieszczenie to było bardzo nowocześnie wyposażone w bieżącą wodę, kamionkowe żłoby, produkcji bolesławieckiej i metalowe poidła. Nazwa „futrownia” pochodzi od tego, iż poprzedni właściciel używał tego pomieszczenia, jako magazyn i trzymał w nim karmę dla nutrii, które hodował. My przejęliśmy jego nazewnictwo.


Wyciągnęłam z futrowni kopyta, oczyściłam, plakierowałam i ruszyłam na poszukiwanie jakiejś niezwykłej deski, do której mogłabym je przytwierdzić. W jednej ze stodół natknęłam się na wspomniane już wyżej 3 klapy od luku w towarowym wagonie kolejowym. Na cóż, do diabła, były poprzednikowi potrzebne klapy od wagonów? Po chwili doszliśmy do wniosku, że nie o same klapy mu chodziło, a o zawiasy, gdyż dokładnie takie same zawiasy znajdują się przy drzwiach od stodoły.

Zastosowanie zawiasów na potrzeby stodoły.



Zdjęcie w dużej rozdzielczości, szczegóły widoczne po kliknięciu.


Kopytka w kontekście. Moim zdaniem pasują charakterem do komody.


Nie zawsze gospodarstwo wypluwa z siebie natychmiast potrzebne przedmioty. Czasem trzeba złożyć zamówienie. Obecnie czekamy, aż ujawni się żeliwna płyta od pieca, gdyż zamierzamy tej wiosny postawić murowaną wędzarnię z grilem i kuchnią do gotowania jedzenia na ogniu w ciepłe letnie dni.

sobota, 12 marca 2011

Zapora Leśniańska i Zapora Złotnicka.

Jednym z głównych celów utworzenia tego bloga, była chęć przybliżenia czytelnikom piękna i ciekawych miejsc na terenie, który 10 lat temu stał się naszym miejscem na ziemi. Pozwólcie, że dziś powrócę do tego tematu.

W przewodnikach weekendowych i w internecie, przede wszystkim królują tu zamki, jako obiekty godne obejrzenia. Ja zaś zaczęłam od miejsc mało znanych, tajemniczych, ciekawych oraz od regionalnych wydarzeń. Do zamków dojdę z czasem. Jako, że duża część czytelników dołączyła później, zapraszam w wolnej chwili do poczytania o:

Dziś zaprezentuję prawdziwe perły- zabytki techniki- dwie zapory na rzece Kwisie w Leśnej i Złotnikach Lubańskich.

Kwisa, której źródła należy szukać w górach Izerskich, to nieprzewidywalna, dzika i niebezpieczna rzeka nawet w dzisiejszych czasach. Pomimo, iż istnieją dwie wielkie zapory, my sami, na przestrzeni 10 lat, byliśmy świadkami dwóch powodzi w Leśnej i kilku podtopień w Gryfowie Śląskim. 

Powódź w Leśnej, 2006 rok.

Przed powstaniem sztucznych zbiorników, sytuacja przedstawiała się bardziej dramatycznie. Powodzie nawiedzały ten rejon w sposób gwałtowny, powtarzały się wielkokrotnie, ginął dobytek, ginęli ludzie. Coś z tym trzeba było zrobić. Zapadła więc decyzja o podjęciu budowy zbiornika retencyjnego na Kwisie w okolicach zamku Czocha koło Leśnej.


Budowę tamy rozpoczęto w 1901 roku, a oficjalne otwarcie zapory dokonało się w 1905 roku. Przy tamie powstała elektrownia. Składa się z 6 turbin (z 1907 roku) o łącznej mocy 2,61 MW oraz 6 generatorów SWW z 1907 roku i współczesnych.
Po wojnie elektrownia ta stała się najstarszą zbiornikową elektrownią wodną w Polsce.


Powyższe archiwalne zdjęcia tamy Leśniańskiej pochodzą z książki Stanisława Leszczyńskiego "Od Marklissy do Leśnej"


Zapora w liczbach:
Zapora ma 45 metrów wysokości i 130 metrów długości. Korona jej gruba jest na 8 metrów, a u podstawy na 38 metrów. Zbiornik wodny, który powstał dzięki tamie, ma 5 km długości, 1 km szerokości, powierzchnię 140 hektarów, a mieści w sobie 15 mil m3 wody.

Przepust na zaporze Leśniańskiej

Zdjęcia z archiwum domowego

Druga zapora- Złotnicka, oddalona od naszego domu o 800 metrów, do użytku została oddana w 1924 roku. Jej nazwa pochodzi od położonej w pobliżu wioski, Złotniki Lubańskie. 
Tak niegdyś wyglądała Kwisa w miejscu dzisiejszego jeziora Złotnickiego.

Tama Złotnicka jest troszkę mniejsza od Leśniańskiej, ale też o nieco innej konstrukcji. Obie zapory są niepowtarzalne i stanowią olbrzymią atrakcję turystyczną w regionie. Przy Zaporze Złotnickiej powstały ciekawe tunele wykute w skale. Obiekt ten bowiem miał nie tylko spełniać swoją rolę zbiornika retencyjnego i elektrowni, ale przyciągać również turystów i miłośników pięknych widoków i niecodziennych rozwiązań technicznych.
Jeden z dwóch tuneli przy jeziorze. Stara widokówka z naszego archiwum.

Zapora Złotnicka w liczbach:
Zapora ma 36 metrów wysokości, długość korony to 168 metrów, grubość korony to 5 metrów, a w podstawie 27 metrów. Powierzchnia jeziora, jaką tworzy tama, to 125 hektarów o pojemnosci 10,5 mil m3.
Elektrownia zaopatrzona jest w 3 turbiny z 1921 roku, o łącznej mocy 4,42 MW.




Zapora Złotnicka na starych widokówkach z naszego archiwum.



Uwielbiam chodzić na tamę, jak spuszczają wodę przelewem. Niekiedy słychać szum aż w okolicach  naszego domu. Odnoszę wtedy wrażenie, iż mieszkam nad morzem.

Przepust przyprószony śniegiem.


Do dnia dzisiejszego zachowało się oryginalne wyposażenie obu elektrowni. Jest możliwość zwiedzania wnętrza elektrowni po umówieniu się z obsługą obiektów.

Oba jeziora pełnią funkcję rekreacyjną i stanowią kąpieliska. Należy ubolewać, iż nie można się dziś cieszyć atrakcją, dostępną "za Niemca", czyli możliwością rejsu statkiem po Kwisie. Obecnie z zamku Czocha sezonowo można skorzystać z rejsu niewielką łodzią wycieczkową.
Obydwa jeziora to atrakcyjne miejsce dla wędkarzy, występują tu niemal wszystkie ryby słodkowodne.

wtorek, 8 marca 2011

Mój mały manifest...

...z okazji Dnia Kobiet

-Oj, sąsiadko, trza dupę szykować, bo widzę, stary z kwiatkami do domu wraca... 
-A co to sąsiadko, wazona w domu nie macie...???
 

Ten dowcip, z resztą wytrawny i doskonały, jak młode tuskulańskie wino, usłyszałam kilka lat temu i nie mogę od tego czasu oprzeć się wrażeniu, iż stanowi on doskonałą ilustrację tego, co z dniem kobiet zrobiła komunistyczna tradycja. Chąc, czy nie chcąc, nadal jesteśmy w niej osadzeni, gdyż, chodząc już od lat w tym dniu po małych prowincjonalnych miasteczkach, obserwuję zaiste niecodzienne widoki, jakby żywcem wyjęte z minionej epoki. W tym dniu bowiem, nie tylko kulturalny mężczyzna, ale i każdy menel przemieszcza się od rana, dzierżąc w dłoni kwiat. Tu czas się zatrzymał. Każdego roku, obserwuję ze zdziwieniem, jak chłopaki spod gryfowskich arkad (tzw arkadiusze), co z flaszką nie rozstają się we dnie i w nocy, w tym dniu w drugiej ręce niosą mniej lub bardziej śniętego tulipana. Z kwiatkiem idą bracia- Dziad Kulawy i Dziad Brodaty. Nawet typek, który sądząc po zapachu i wyglądzie, trzy dni domu swego i swej baby nie widział, pakuje tulipany do bagażnika przy rowerze.

Jako, że mieszkam już 10 lat pośród gór, kwiatków, motylków, ptaszków, robaczków, szczeniaczków, to wrażliwa się jakaś taka zrobiłam. Widok taki napełnia mnie bowiem wzruszeniem i wprowadza w melancholijny nastrój. 
Mówię zatem do Chłopa, który od zawsze bojkotuje ten dzień:
-Zobacz kochanie, W TEN DZIEŃ, to nawet menel niesie kwiatka swojej kobiecie-mówię to, mając nadzieję, iż zrozumie aluzję.
-Ale ten kwiatek, to jest tylko inwestycja. Wyda parę złotych na tulipana, baba mu wybaczy, wieczorem flaszkę postawi, bo jakże się nie napić z okazji Dnia Kobiet, a może i da coś jeszcze, nie wymigując się, że „głowa boli”.
I tak Chłop odziera mnie z romantycznego nastroju.

8 marca- dzień, kiedy nawet mamuny przypominają sobie, że mają swoją drugą połowę, tak naprawdę nie pochodzi z tradycji PRL-owskiej, ale jest hołdem składanym pokoleniom kobiet, które walczyły o swoje prawa, ginęły za swoje przekonania i marzenia. To wspomnienie o czasach, gdy strajkujące kobiety zamykano w fabrykach, gdzie zaraz potem, tajemniczo i „przypadkowo” wybuchały pożary pochłaniające ich życie. W owe przypadki wierzę tak samo, jak w to, że koronni świadkowie i klawisz, co się nimi „opiekował”, w sprawie Olewnika, sami z siebie, bez udziału osób trzecich, popełniali samobójstwa. Musiało zatem zginąć parę setek niewinnych ludzi, aby światu otwarły się oczy na problemy przez setki lat ignorowane i upychane po kątach.

Czasy PRL-u wypaczyły tę pamięć, zbarbaryzowały, upodliły i sprowadziły go do dawanego w tym dniu goździka, rajstop, pieluch dla dzieci, czy śpioszków. Oto kobieta cały rok pracująca na dwa etaty (zarobkowo i w domu), stawająca przed świetem w kolejce po chleb czy mięso, borykająca się z surrealistycznymi dla nas problemami, w ten jeden dzień miała poczuć się wyjątkowo. Jak to wyglądało w większości domów i gospodarstw?


W tym dniu legalnie i obowiązkowo kobieta, w zamian za goździka, stawiała wieczorem flaszkę i jak codziennie, kładła głowę w oparach, ulatniającego się z nieświeżego oddechu małżonka, etanolu. Taki los.
Pomimo, iż wiem, z jaką radością witają ten dzień niektóre kobiety, ja osobiście odczuwam niesmak. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dziesiątki lat sowietyzacji tak ukształtowały mentalność ludzi w tym kraju, że nie zauważamy absurdu w dawaniu kwiatka komuś tylko dlatego, że jest płci odmiennej.

Nie chcę otrzymywać kwiatów i życzeń tylko dlatego, że nie mam penisa! Chcę zasłużyć na to, aby ludzie życzyli mi dobrze każdego dnia w roku, nie dlatego, że jestem kobietą, ale z tego powodu, jakim jestem człowiekiem.

Te dzielne kobiety sprzed stu i więcej lat zrobiły milowy krok w przełamywaniu stereotypów związanych z płcią. Wiele jeszcze przed nami. Nadal żyję w świecie, który nie do końca mi się podoba.
Nie sposób zaprzeczyć, iż kobiety i mężczyźni różnią się nie tylko wyglądem zewnętrznym, ale i sposobem postrzegania rzeczywistości, zachowaniami, które tworzą pomiędzy nimi tę cudowną chemię. Nie oznacza to jednak, że możemy wartościować, uważać za mniej lub bardziej uprzywilejowaną tę czy drugą płeć.

Z okazji Dnia Kobiet, zrobiłam sobie listę spraw, które mnie autentycznie uwierają i wracają jak bumerang przy różnych okazjach. To taki mój mały, prywatny manifest:

Gdyż NIE CHCĘ żyć w kraju, gdzie:

  1. Kobiety- z woli boga- podporządkowane są mężczyznom.Wszak już w świętej księdze Genesis napisano: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Nie świadczy to o niczym innym ponad to, że Biblię pisali mężczyźni i że większość ludzi nie ocknęła się jeszcze z mitycznego postrzegania rzeczywistości.

  1. Problem nierówności płci pod względem prawa sprowadza się do parytetów. Wolę, aby rządzili krajem mądrzy mężczyźni, niż głupie kobiety tylko dlatego, że musiały „z łapanki” znaleźć się na listach wyborczych. I vice versa. Wolę, aby o przyszłości tego kraju decydowały mądre kobiety, niż głupi mężczyźni tylko dlatego, że mieli większą siłę przebicia.
.
  1. Gdzie kobiety wraz z dziećmi muszą opuszczać domy przed swoimi oprawcami i tułać się po przytułkach, podczas gdy ich kaci chodzą w majestacie prawa po ulicy i mieszkają w ich wspólnym domu.

  1. Gdzie łamie się podstawowe prawo człowieka do stanowienia o swoim życiu, instytucjonalnie dyskryminując kobiety w ciąży, odmawiając im możliwości podjęcia decyzji o legalnej aborcji, tym samym odmawiając im prawa do bezpiecznej aborcji.

  1. Gdzie kobietom, które śmią mówić o swoich prawach oraz piętnującym stereotypy, zamyka się buzie, przyklejając pogardliwą łatkę „feministka”.

  1. Gdzie obowiązuje podwójna moralność wobec płci. To, że mężczyzna pije i leży w rowie jest normalne, ale za to kobiecie to już nie wypada!

  1. Gdzie mężczyzna, mający tysiąc kochanek, nazywany jest „macho”, „kogucik”, a kobieta, która miała sześciu mężczyzn w swoim życiu, nazywana jest „puszczalską”. Nie chcę też żyć w kraju, gdzie same kobiety źle się z tym czują, tylko dlatego, że nie udało im się znaleźć za pierwszym razem tego jedynego.

  1. Gdzie kobiety, spełniające się w życiu zawodowym, gardzą kobietami, które spełniają się jako matki i gospodynie domowe. Gdzie takie kobiety nazywane są pogardliwie kurami domowymi, pomietłami i określane innymi niewybrednymi epitetami.

  1. Gdzie gospodynie domowe gardzą kobietami na stanowiskach, spełniającymi się poprzez wykonywanie swojego wymarzonego zawodu. Gdzie poczynania takich  kobiet traktowane są jako „zaprzeczenie istoty kobiecości”.


  1. Gdzie panowie w krawatach, muchach i w sutannach mówią innym ludziom, jak mają żyć i myśleć, a sami w domowych pieleszach wyczyniają najprzeróżniejsze świństwa (słynna ostatnio historia prokuratora-pedofila).

  1. Gdzie ocenia się ludzi po wyglądzie i ubraniu, jakie na sobie mają. Gdzie chłopak z  makijażem wywołuje ostracyzm i budzi agresję. Przypominam, że to ZMP, w latach 50-tych, wylansował współczesny styl konwencjonalny, gdzie każdy musiał wyglądać jednakowo i jak z obrazka, gdzie nie dopuszczalny był kolor i nie było miejsca na indywidualizm. Tu panowie są bardzo dyskryminowani i uważam to za niesprawiedliwe. Jeśli lubisz styl konwencjonalny i nie chcesz wyróżniać się z tłumu, nie ma w tym nic złego. Jeśli natomiast uważasz, że każdy tak powinien wyglądać, uważam, że nie masz prawa tak twierdzić.

  1. Gdzie zagląda się ludziom pod kołdrę i mówi o prawie naturalnym, jakim rzekomo podlegają kobiety i mężczyźni łącząc się w „jedyne i słuszne” heteroseksualne pary.

  1. Gdzie związek dwóch kobiet publicznie jest piętnowany z wielkim wrzaskiem, a w domowym zaciszu perwersyjnie i z fascynacją omawiany, przeżywany i rozbierny na czynniki pierwsze.

Chciałam kobietom zadedykować piosenkę, którą osoby o kosmatych myślach określają mianem lesbijskiej. To piękny utwór o kobiecej przyjaźni. Zarówno tekst, jak i teledysk są niesamowicie ekscytujące. 
Kasia Nosowska&Renia Przemyk
"Kochana"






piątek, 4 marca 2011

Śpię pod płotem.

To się musiało tak skończyć. Jeśli podejmujesz tak ważną życiową decyzję, jaką jest porzucenie wielkomiejskiego stylu życia, musisz z czasem liczyć się, że wieś wchłonie Cię i pociągnie za sobą. Nie ważne, jak długo się temu opierasz, pięć, czy dziesięć lat, nie ważne, jak długo odpędzasz od siebie pokusy. W końcu Cię dopadną i... wylądujesz pod płotem.

Ta historia, zakończona gdzieś pod płotem w małej wsi na krańcach Polski, ma wiele wątków. Zasadniczo rozpoczęła się pewnego dnia na kanapie we Wrocławiu, ale nie cofajmy się, aż tak daleko. Zahaczmy się o jeden, poruszany już  na tym blogu, listopadowy wątek.

Kiedy w moim domu przestało już pachnieć żulem, winne drożdże przez wiele tygodni zawzięcie pracowały na nasze przyszłe upodlenie. Co jakiś czas kontrolowaliśmy proces zatanawiając się jednocześnie, czy już zdechły z głodu, czy utopiły się we własnych odchodach? Od tego bowiem zależy, czy nasze wina będą wytrawne, czy słodkie. Tak już jest świat urządzony, że jedne stworzenia umierają po to, aby inne czerpały radość z życia. „Taka karma”- jak mawia jedna moja znajoma. W tym miejscu też warto przypomnieć inną maksymę- człowiek nie świnia, zeżre wszystko.
I nadszedł wreszcie ten dzień, gdyż już w starych księgach napisano: jest czas siewu i czas zbiorów.

Zanim jednak nadszedł, wybraliśmy się do Gryfowa w poszukiwaniu wężyka do zlania wina z baniaczków. A, że jesteśmy mocno początkujący jako producenci win, trafiliśmy pod zły adres. Sprzedawca w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego popatrzył na nas tak, jakbyśmy świeżo spadli z kosmosu, bo któż takich rzeczy nie wie, że wężyki do zlewania wina kupuje się w sklepie motoryzacyjnym.
-Sam tam kupuję-dodał.
Udaliśmy się zatem prosto pod wskazany adres, do znajomego nam już, dzięki licznym naprawom i przeróbkom aut, właściciela sklepu motoryzacyjnego.
-Weźcie ten cieńszy, bo ten gruby, owszem, jest dobry, ale ciągnie syfy- wypowiedział się sprzedawca z miną znawcy i nie było co dyskutować. Zaufaliśmy zawodowcom.

Takie dekorki wiesza mi Chłop na salonach!

Uzbrojeni w wężyk, zaciekawieni rezultatem wielu tygodni hodowania drożdży, bez cienia wyrzutów sumienia, iż przyczyniliśmy się do zagłady prawdziwej cywilizacji, jaka przez ten czas rozwinęła się w trzech baniakach, przystapiliśmy do próby.
-Masz spróbuj- Chłop podaje mi kieliszek- Nie wiem, czy ci będzie smakować, bo jest bardzo wytrawne.
Hm... a więc nasi mali przyjaciele zginęli jednak z głodu przerobiwszy cały dostępny im cukier na alkohol.
Biorę kieliszek do ręki, wącham. Pachnie i wygląda przyjemnie. Biorę malutkiego łyczka.
-Jezus Maria!- jęczę.
Biorę drugiego malutkiego łyczka.
-Matko Boska- mówię oszołomiona
-He he he...- niepewnie rechocze Chłop, nie mając pojęcia, jakież to wzruszenia aktualnie przeżywam. Gorzej, że ja też tego nie wiem.

Riannon podczas degustacji.

Biorę zatem trzeci malutki łyczek i milczę, gdyż zabrakło mi już inwokacji do wszystkich świętych.
-Jezu Chryste- w końcu mnie odblokowało- Nigdy w życiu nie piłam takiego gówna!
Musiałam chyba zapomnieć o Beaujolais Nouveau, które pewnego roku wybitnie się nie udało, a po którym przyrzekłam sobie nigdy więcej nie brać do ust tegoż piekielnego trunku, który siarką i ogniem wypalił mi spojówki i przenicował gałki oczne na drugą stronę.
-A ty jesteś pewien, że nie wyszedł nam ocet?
-Weź sobie nie żartuj- mówi na to mój Znawca Win- To wspaniałe, wytrawne wino, lepszego nigdy w życiu nie kosztowałem. Domowe, nie przemysłowe, bez siarki i ulepszaczy.
Biorę czwarty, troszkę wiekszy łyk.
-Wiesz ty co? Poleży to kilka lat, przegryzie się i faktycznie będzie dobre. Dawaj drugi kieliszek. Jak do jutra przeżyjemy, rozlewamy w butelki!

Przeżyliśmy i słowo ciałem się stało.

Etykietka mojego projektu


Drugi wątek tej historii ma swój początek latem zeszłego roku, kiedy pierwszy raz do ręki wzięłam pirograf. Dostałam lekkiego bzika na tym punkcie pirografując każdą deskę, jaka mi wpadła w ręce. Ciągle było mi mało i szukałam jakiegoś orygnialnego pomysłu. Pirografia nie jest popularną dziedziną zdobnictwa, więc za dużo inspiracji nie znalazłam. Wpadł mi jednak do głowy, tak sam z siebie, fajny pomysł na dekorek do świeżo wyremontowanej i pustej jeszcze sypialni. Postanowiłam wprowadzić sobie do pokoju kawałek wsi i postawiłam nad łóżkiem płot, który wcześniej przez połowę zimy pracowicie wypalałam w rustykalne wzorki.



I tegoż wieczora, na przednówku, kiedy rankiem ponad wezgłowiem łóżka, zawisnął dekor, upodliwszy się dwoma kieliszkami młodego tuskulańskiego wina, zaległam pod płotem.



Z tejże okazji, zapraszam na trochę klasyki



poniedziałek, 28 lutego 2011

Lans pod Biedronką.

Gdzie jest granica pomiędzy rupieciarstwem a gadżeciarstwem? Ano, gdzieś tak pomiędzy Chłopem i  Babą.
Przywiązuję się do przedmiotów. Nie do wszystkich oczywiście, bo to domena Chłopa. Gdybym nie ogarniała od czasu do czasu wszystkich kątów i nie urządzała przynajmniej powierzchownego sprzątania, dom wyglądałby jak garaż, dwie stodoły i kotłownia, czyli miejsca, których Baba prawie palcem nie tyka.
Mimo wszystko i ja przywiązuję się do rzeczy martwych. Być może jest to atawizm- pozostałość po pierwotnej religii-animizmie, która nadaje duszę wszystkim żywiołom. Kto ma stare auto, ten wie, że ma ono swoją osobowość, fanaberie, dni lepsze, czy gorsze.
Takie auta spełniają też niekiedy nasze życzenia.
Ostatnio zaliczyliśmy awarię. Samochód zatrzymał się na środku krajowej 30-stki, w miejscu absolutnie do tego nie nadającym się, w dodatku było pod górkę. Kiedy zdenerwowany Chłop gmarał kluczykiem w stacyjce, ja cichutko jęczałam: „no rusz, rusz...” i wiecie, co się stało? Seat ruszył! Czyż to nie piękne? Dlatego odpowiedzią na bezbrzeżną miłość Chłopa do Syfa, jest moje delikatne ciepłe uczucie do Seata, który w tym roku osiągnął pełnoletność. Jeszcze trochę poczekamy i zrobimy z niego pojazd historyczny.

Seata Toledo nabyliśmy w innej epoce, bo jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej. Dziś takie auto może wzbudzać politowanie, a w najlepszym wypadku nikt na niego nie spojrzy, lecz wtedy przesiedliśmy się z siedemnastoletniego, zdezelowanego poloneza, a świeżo jeszcze w pamięci mieliśmy jazdy maluchem. Nie było widać, iż pojazd ma już 10 lat, za to w oczy rzucał się elegancki seledynowy metalic, welurowe siedzenia, podłokietniki i inne cuda wianki. Zatapiając się w te welury, czułam się wyjątkowo, gdyż właśnie tyłek na owe welury przeniosłam z dziurawego polonezowskiego fotela, który lada moment wyleciałby dołem przez zgnitą podłogę. Był to ostatni moment na sprzedanie poloneza, a i tak tydzień bałam się odbierać telefonów w obawie, czy nie dzwoni nabywca z karczemną awanturą, pozwem do sądu, lub ostrzeżeniem przed ruską mafią.
Ale to nie owe welury, podłokietniki i inne gadżety wzbudziły mój największy zachwyt, ale malutki, niewidoczny guziczek, sprytnie ukryty pod tapicerką, na który Chłop mówił „immobilizer”. Guziczek ów mnie fascynował i rozśmieszał, a czasem powodował przyspieszone bicie serca. Zanim Chłop nauczył się automatycznie naciskać guziczek przed uruchomieniem auta, troszkę czasu upłynęło, a my przez ten czas przeżywaliśmy przygody. Notorycznie zatrzymywaliśmy się po stu metrach pod oknami sąsiadów i wyliśmy alarmem. Mniej śmiesznie było, jak taka przygoda spotykała nas na ruchliwej ulicy, gdy wyjeżdżaliśmy spod sklepu, czy z innych miejsc. Ale z czasem owych wpadek było coraz mniej.
Upłynęło kilka lat, auto bardzo dobrze się sprawowało, niestety, zaczęła wysiadać elektronika związana z zabezpieczeniami. Auto, po zamknięciu, potrafiło samo się otworzyć i zacząć wyć w nieprzewidzianych momentach, aż zrobiło się to na tyle uciążliwe, że prosiłam Chłopa o pozbycie się alarmu. Prosiłam bez skutku, Chłop wymawiał się, że akutrat na tym się nie zna i zbyt dużo czasu zajęłoby mu rozgryzanie całego systemu. Aby pójść z tym do specjalisty, jakoś nie pomyślał, pomimo, że jego kolega wykonuje tego typu zlecenia.

Jeździliśmy z tym następne miesiące, a może i lata. Chłop klął, ja się martwiłam, aż wreszcie Seat zrobił mi niespodziankę- podczas podróży na wystawę psów do Leszna, alarm sam odpadł. Nie żeby od razu wszystkie kable, ale sam buczek urwał się na jakiejś dziurze. Odetchnęłam z ulgą. Nawet jeśli drzwi się same otwierały, przynajmniej nie było tego słychać, a przed ewentualną zakusą odjechania, podczas naszej nieobecności z parkingu, dzięki magicznemu guziczkowi, wiedzieliśmy, w jakim promieniu szukać ewentualnego porywacza seatów, czy amatora welurów.

I przyszedł wreszcie ten dzień. Dzień pożegnania się z magicznym guziczkiem. Kiedy na owej wspomnianej krajowej 30-stce Zgorzelec-Jelenia Góra, zostaliśmy na chwilę zastopowani, po wnikliwej analizie Chłop odkrył, iż przyczyną jest ów nadal rozbudowany alarm. W końcu pozbyliśmy się tylko buczka, wszystkie bebechy zostały i powodują jakieś zwarcia. W domu nastąpiła narada, niczym na czas wojenny. Co robić? Jak będziemy teraz funkcjonować?
-I jak to będzie teraz niby wyglądać? Rozumiem, że likwidujesz cały system alarmowy? Prujesz kable, tak?- pytam dziwiąc się, kiedy nabył wiedzę na ten temat? Jeszcze niedawno zarzekał się, że nie potrafi tego zrobić. A może on chłonie wiedzę z powietrza? Może łączy się z Uniwersalnym Mózgiem Wszechświata, który sączy mu powolutku mądrości techniczne? Zaiste, umiejętności mojego Chłopa są dla mnie niepojęte. W końcu żyjemy ze sobą trzynasty rok legalnie, a już nie liczę, ile bez papierów i takie rzeczy, jak zdobywanie wiedzy i nauki drogą konwencjonalną nie mogłyby mi umknąć. Szkoda jedynie, że Chłop nie ma połączenia z bogami kulinarnymi, gdyż jedyne, czego mi do szczęścia potrzeba, to podane pod nos śniadanko czy obiadek raz...hm, no niech będzie... na pół roku.
-Tak- przerywa mój potok myśli Chłop- wszystko wylatuje.
-Zaraz, zaraz, czy to oznacza, że nie będzie już guziczka pod tapicerką?- pytam szczerze zaniepokojona.
-Wreszcie się go pozbędę- z ulgą mówi Chłop.
-Hm... a jak ktoś nam ukradnie Seata?
Chłop patrzy, jakby planował zakutanie mnie w kaftan bezpieczeństwa.
-Bucha ha ha ha ha...-wybucha śmiechem
-Uuuu ha ha...- odpowiadam.
Kiedy już sturlani po podłodze ze śmiechu i obsmarkani po pachy, wstaliśmy na nogi, zapytałam:
-Czy to znaczy, że auto będzie otwierane z kluczyka? Wyrzucamy pilota?
-A nie, nie...
-A po co pilot?- pytam, bo ten guziczek akurt mnie mocno denerwował. Otwierał się i zamykał, kiedy sam chciał.
-Pilot musi być. Zrobię jeszcze tak, aby migacze błyskały przy otwieraniu i zamykaniu drzwi.
-Na boga świętego, PO CO CI TO???
-No, jak to po co? Przecież lansik na parkingu przed Biedronką musi być!!!



 W zeszłym roku, ze względu na pogarszający się stan blacharki (tym razem Chłop omal dołem z fotelem nie wyleciał), musieliśmy podjąć ważne decyzje. Jako, że mechanicznie Seat jest w stanie bardzo dobrym, uznaliśmy, że mądrzej i rozsądniej będzie zrobić mu gruntowny remont, niż nabywać "nowe" stare auto i inwestować w wymianę tego, co w seacie już zostało zrobione.
Seat został wykluczony z użytku na miesiąc, Chłop ujawnił jeszcze jeden talent, którego nikt się po nim nie spodziewał. Zabrał się za spawanie blach.

Seat podczas rozbierania go  na czynniki pierwsze:




Manewry na podwórku mające na celu odpowiednie ustawienie auta do podwieszenia:



Spawanie w kanale jest bardzo niewygodne i szkodliwe dla zdrowia. Chłop wymyślił inny sposób. Na podnośniku gibnęliśmy seata na bok i podłożyliśmy stemple:
Bardzo niebezpieczna sytuacja- Mantra kręci się w przestrzeni roboczej. To incydent. Pieski miały troszkę ograniczone przestrzenie przez ów remont.


Pospawana podłoga przed zakonserwowaniem. Chodziły tu do nas wycieczki, gdyż mało kto wierzył w talent do spawania miejskiego intelektualisty. Fachowiec określił te spawy, jako artystyczne, a szacun teraz we wsi taki, że ho ho... :-)

Pomagałam, jak tylko mogłam. Srebrzyłam to coś srebrnego powyżej i nakładałam konserwację.


Auto podczas składania. Zdjęcie zrobiłam ze względu na ten fotel kierowcy :-)

Opinia fachowca zaowocowała tym, że podesłał nam już od tamtej pory dwóch znajomych, aby zaspawać im jakieś dziury. Zastanawiamy się, czy się nie przebranżowić :-) W dobie kryzysu i galopujących cen, ludzie chyba częściej będą łatać dziury, niż kupować "nowe" stare auta.
Obecnie zastanawiam się, czy nie założyć Chłopu portfolio :-)

piątek, 25 lutego 2011

Świat jest pełen dobrych ludzi.

I dziś nie jest to tytuł ironiczny. Cieszę się bowiem, że pośród wszelkich paranoi współczesnego świata, od teorii spiskowych począwszy, po realne zagrożenia, jakie czyhają na człowieka w kraju uprawiającym politykę „by żyło się lepiej”, jestem w stanie wyłowić uprzejmości i uczynki, jakimi obdarzamy się nawzajem.
Nie dziwi fakt, gdy czynimy je sobie po sąsiedzku, czy w gronie znajomych. Kiedy jednak spotykam się z owymi gestami od osób albo znanych ze świata wirtualnego, albo w ogóle nie mając pojęcia, iż ktoś taki istnieje i czyta ten blog, uczynki owe pozytywnie szokują.
Zawsze miałam stawiany zarzut, że nie umiem brać, że mam zaburzoną równowagę pomiędzy dawaniem i braniem, a to też nie jest dobrze, z energetycznego punktu widzenia, gdyż w przyrodzie równowaga być musi. To tak jak z tą hollywoodzką równowagą pomiędzy siłami dobra i zła :-)
W tym miejscu chciałam podziękować Magodzie za stos serwetek do dekupażu, jaki od niej dostałam po marudzeniu, iż nie mam się już czym bawić w tym temacie. Teraz mam za to zabawę na rok cały. Dziękuję Kasi, która z dalekiego świata, wysłała do mnie płytki z fajnymi dekorkami. Dzięki takim, jak Wy osobom, świat nabiera piękniejszych barw. Z dedykacją dla Was te wiosenne, kolorowe kwiaty, niestety, jeszcze nie tegoroczne, gdyż kilka dni temu zawiązki przebiśniegów i krokusów przykrył śnieg.



Pośród nas, przeciętnych ludzi z typowymi problemami (głównie jak dociągnąć od jednej wypłaty do drugiej), wspomagających siebie nawzajem uprzejmościami i miłymi gestami, pozwalającymi z uśmiechem iść przez życie, znajduje się nieuświadomiony bezmiar ludzkiego nieszczęścia. Skutkiem ubocznym (ale nie w negatywnym tego słowa znaczeniu) prowadzenia owego bloga jest dostrzeżenie na mojej drodze ludzi, których los doświadcza szczególnie. Nie ukrywam, że do tej pory starałam się iść przez życie z zamkniętymi oczami na wiele z owych problemów na zasadzie, iż jeśli czegoś nie dostrzegam, tego nie ma. Nie jest to oznaka mojej bezduszności, lecz instynkt samozachowawczy. Przeczulona na ludzkie emocje i te pozytywne i te negatywne, reaguję patologiczną empatią, zamartwiając się o rzeczy, na które nie mam wpływu i w dodatku dotyczące osób trzecich. Oczywiście wprost proporcjonalnie zamartwiam się również o swoje sprawy, lecz tu przynajmniej, jeśli nawet jest to bezpodstawne, o tyle ma sens, że dotyczy mnie samej.
Oduczam się więc zamartwiania o rzeczy, na które nie mam wpływu, uczę się pochylać nad ludzkimi tragediami.

Słowo „oduczam” jest tu dobrze użyte, gdyż jeszcze się nie oduczyłam. Obecnie przeżywam kilka historii, całkiem podobnych i sprowadzających się do jednego mianownika- służba zdrowia. Dzięki blogowaniu poznałam drogą emailową pewną dziewczynę, która podobnie, jak ja, cierpi na reumatyczną chorobę autoimmunologiczną. Los, który mnie w tym temacie mocno póki co oszczędza, z Nią obchodzi się okrutnie. Jej odmiana jest niezwykle zjadliwa, przez co dziewczyna musiała przejść kilkanaście operacji. Na geny nie ma rady, lecz podczas jednej z operacji została Ona zakażona bodajże gronkowcem, czy innym paciorkowcem i pozostawiona samej sobie. Nie dosyć, że organizm jest umęczony samym procesem chorobowym, to jeszcze dowalono jej infekcję i pozostawiono na pastwę losu. Kiedy dziewczyna się ogarnęła i zorientowała, że jeśli sama sobie nie pomoże, to nie może na lekarzy liczyć, okazało się, że jest już za późno i noga nadaje się tylko do amputacji.
Dziś poznałam historię dosłownie zza płota. Moja sąsiadka, która ledwo przekroczyła trzydziestkę, została jakiś czas temu poddana jakiemuś rutynowemu zabiegowi. Przy okazji lekarze wszczepili jej gronkowca. Zbywana przez lekarzy, nieświadoma infekcji, zorientowała się dopiero wówczas, gdy ta zaatakowała narządy wewnętrzne, w tym najważniejsze organy: serce i nerki.
Nie wszystko, co złe w służbie zdrowia da się wytłumaczyć barakiem pieniędzy. Nikt też nie wmówi mi, że to są jakieś siły wyższe, przypadki losowe, których nie dało się uniknąć. Do licha, mam zwierzęta, które niejednokrotnie przechodziły szereg operacji i zabiegów (najczęściej sterylizacja), mniej lub bardziej trudne porody i nigdy, przenigdy, nie doszło do zakażenia zjadliwą bakterią. Niejednokrotnie już o tym mówiłam w kręgu znajomych i rodziny, powtórzę to teraz publicznie: moje psy mają lepszą opiekę medyczną, niż ludzie w tym kraju!

Znajoma mojej koleżanki, szczęśliwa przyszła mama dwójki bobasów czekających na wydostanie się z brzuszka na dzienne światło, poszła –zdrowa jak przysłowiowa ryba- na cesarskie cięcie. Tą drogą na świat przyszła dwójka dzieciaczków- nowych obywateli naszego kraju. Dwa dni później, mama, zamiast tulić swe dzieci do piersi, zapadła w śpiączkę!
Jednym z poważnych powodów, dlaczego nie zdecydowałam się na wydalanie z siebie  potomstwa, jest właśnie ów poziom krajowej służby zdrowia. Jeśli chcecie, abyśmy rodziły obywateli, którzy będą pracowali na przyszłe emerytury, do cholery- nie zabijajcie nas!

Opowiem Wam historię, z nieco innej bajki, o jednym małym chłopcu. Ma na imię Patryk i ma 6 lat. Urodził się z uszkodzonym ośrodkowym układem nerwowym i rozwija się z opóźnieniem. Dzięki takim, często anonimowym, dobrym ludziom, Patryk czyni znaczne postępy. W kraju, gdzie na służbę zdrowia nie można liczyć, musimy wspierać się sami.
Rodzice Patryka mają tylko jedno marzenie- móc w przyszłości porozumieć się ze swoim synkiem. Oddaję im głos:

Patryk urodził się w październiku 2004 roku.  Nasze dziecko przyszło na świat z wrodzoną  stopą końsko-szpotawą i 10 punktami w skali Apgar . Niestety bardzo wcześnie, bo już po trzech miesiącach okazało się, że jego rozwój całościowy jest zaburzony.  Stwierdzono uszkodzenie ośrodkowego  układu nerwowego.  Od tego czasu rozpoczęliśmy jego intensywną rehabilitację. Dzięki ćwiczeniom  zaczął samodzielnie siedzieć w wieku 12 miesięcy a raczkować jak miał półtora roku. W wieku dwóch lat przeszedł operację stopy i od tej pory mógł zacząć naukę chodzenia, którą udało mu się opanować w wieku prawie 3 lat. Niestety rozwój ruchowy nie poszedł w parze z rozwojem psychicznym. Patryk miał problemy z koncentracją, skupieniem uwagi, nie potrafił się bawić tak jak inne dzieci, nie mówił. Problemy z mową pogłębiły się dodatkowo przez nawracające ropne zapalenia migdałów, które spowodowały, że Patryk miał przez długi czas zatkane przewody słuchowe.  Skończyło się to operacją usunięcia migdałów i drenażem uszu.  Patryk ma teraz 6 lat i wciąż wymaga bardzo dużego wsparcia i intensywnej wielokierunkowej rehabilitacji.  Obecnie ma cotygodniowe zajęcia z rehabilitantem ruchowym, pedagogiem specjalnym i neurologopedą. Część z tych zajęć jest odpłatna a miesięczny koszt takiej rehabilitacji jest znaczny i wynosi  500 złotych. Do tego dochodzą prywatne konsultacje u lekarzy oraz leki i suplementy, które musi przyjmować.  Patryk w dalszym ciągu nie mówi, choć coraz częściej próbuje się z nami porozumiewać gestem, coraz więcej rozumie. Uczy się samodzielnie jeść, ubierać. Patryk uczęszcza do masowego przedszkola ale ze względu na nadruchliwość  trzeba go cały czas pilnować i może tam przebywać tylko godzinę. Ale Panie i dzieci w przedszkolu bardzo dobrze się nim opiekują a on wielu rzeczy się tam nauczył. Chcielibyśmy, aby od września mógł uczestniczyć w zajęciach w szkole dostosowanej do jego możliwości i potrzeb.  Patryk jak każde dziecko ma swoje ulubione zajęcia lubi bawić się w wodzie, na basenie i w wannie, lubi jak mu się puszcza bańki mydlane, zawsze zauważy przelatujące na niebie ptaki i wirujące na wietrze papierki. Bardzo lubi słuchać muzyki i jak mu się śpiewa.
W związku ze znacznymi kosztami związanymi z potrzebami Patryka założyliśmy mu  w „Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Ochrony Zdrowia” subkonto, na które zbieramy wpłaty pochodzące z 1% podatku.
Dzięki wpłatom za ubiegły rok nasz synek mógł uczestniczyć w dwutygodniowym turnusie rehabilitacyjnym w ośrodku „Neuron” w Małym Gacnie (koszt 4100 zł ) i w tygodniowym turnusie w Międzynarodowym Instytucie dr Swietłany  Masgutowej we Wrocławiu (koszt 3000 zł).  Poza tym mogliśmy sfinansować prywatne zajęcia z terapeutami . Dziękujemy wszystkim, którym nie jest obojętny los naszego dziecka.
Bardzo prosimy o wsparcie naszych działań, które pozwalają naszemu dziecku lepiej się rozwijać i zrozumieć otaczający go świat.
Jeśli ktoś chce przekazać 1% swojego podatku na rehabilitację Patryka wystarczy, że na końcu zeznania podatkowego w części poświęconej  przekazaniu 1% podatku na rzecz OPP zostanie wpisany nr KRS fundacji 0000050135 i kwota jaką chce się przekazać, a poniżej w części „Informacje uzupełniające” w rubryce: cel szczegółowy 1% wpisze się hasło „JARMUSZ” (wtedy pieniądze trafią bezpośrednio na konto dla Patryka).
Jeśli ktokolwiek chciałby wspomóc nas choćby najdrobniejszą  kwotą pieniędzy prosimy o wpłatę na konto: Dolnośląska Fundacja Rozwoju Ochrony Zdrowia
Bank Pekao S.A. I Oddział Wrocław  45 1240 1994 1111 0000 2495 6839 z dopiskiem darowizna na cele ochrony zdrowia „JARMUSZ”
Adelina i Wojtek Jarmuszewicz”


Obecnie mamy do czynienia z lawiną próśb o przekazanie 1% podatku na potrzeby rozmaitych fundacji. Za każdą taką prośbą kryją się ludzkie dramaty i mozolne wyszarpywanie życiu kolejnego dnia. Dzięki zwykłym ludziom, rzadko dzięki służbie zdrowia, owe dni nie są stracone.
Jeśli jeszcze ktoś nie znalazł pomysłu na przekazanie dla jakiejś fundacji swojego procentu, mam nadzieję, iż pochyli się nad przypadkiem Patryka, za co, w imieniu rodziców, serdecznie dziękuję.