O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 2 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

środa, 30 stycznia 2013

Kurczak z nadzianką i słodka niespodzianka :-)

Dziś na prośbę kilku czytelników podzielę się z Wami przepisem babci (Chłopa babci) na kurczaka z nadzianką i jeszcze dorzucę słodką niespodziankę.

Mam kilka świetnych przepisów, które zdążyła jeszcze mi przekazać babcia przed swoją śmiercią. Są to smaki z dzieciństwa Chłopa (i za to mnie kocha :). Nie umiem wprawdzie sztywno trzymać się przepisów (jestem wybredna, ale kreatywna, zatem niezbyt lubiane składniki zastępuję innymi), podam więc wersję oryginalną i swoje zmiany.

Potrzebujemy:
-kurczaka,
-1-2 czerstwe bułki (jak nie mam czerstwych, to daję świeże :)
-nać pietruszki (może być suszona o tej porze. Ja nie lubię pietruszki i zastępuję ją suszonym czosnkiem niedźwiedzim lub majerankiem)
-jajo
-1/4 szklanki mleka
-sól, przyprawy

Wykonanie jest banalne. Skubiemy bułki lub tniemy w kostkę, wbijamy jajo, solimy, dodajemy pietruszkę, czy tam czosnek niedźwiedzi, co kto woli (wg uznania, jak ktoś lubi dużo, nie warto sobie żałować), zalewamy mlekiem, ciapamy.  Następnie robimy sobie kawę i zasiadamy przed komputerem, aby poczytać, co tam na licznych blogach u Riannon słychać ;-) Bułka w tym czasie nasiąka.


Mieszamy jeszcze raz i ściśle wpychamy nadziankę w odwłok. Jeśli Wasz kurczak został pozbawiony szyjki, trzeba uważać, żeby nadzianka nie wyszła górą :-)


Po nadzianiu kurczaka solimy i przyprawiamy swoimi ulubionymi przyprawami. Mój ulubiony dyżurny zestaw to curry (to żółte) oraz ostra papryka (to czerwone). Niektórzy pewnie stwierdzą, że naszym kurczakiem można by się ogolić-taki jest ostry, ale my tak lubimy :-)


Kurczaka podlewamy wodą (będzie soczysty i nie przywrze do naczynia żaroodpornego/brytfanki) oraz obkładamy jakimś tłuszczem. Polecam smalec. Ja akurat nie miałam smalcu, zatem obłożyłam kurczaka tłuszczami trans :-)
Jeśli ktoś lubi- a my bardzo!- można wkroić kilka ząbków czosnku.


Przykrywamy naczynie i wkładamy kurczaka na 2 godziny do piekarnika. Pieczemy w 180 stopniach.
A potem zaczyna się rozpusta i hedonizm... :-)


Z półtorakilogramowego kurczaka mam dwa nieprzyzwoicie syte obiady dla dwóch osób. Po przekrojeniu kurczaka oddzielam od niego piersi. Na drugi dzień te piersi szatkuję i wrzucam wraz z całym pozostałym wywarem do garnka. Osobno gotuję ryż, mieszam z podgrzanym mięsem i wywarem. Tak powstaje risotto.


Obiecałam Wam na deser smaczne ciacho. Jest niezwykle proste, a wzbudza w naszym domu zachwyty. Każdy chce wiedzieć, jak się to nazywa, a to nie ma nazwy, ponieważ:
1. Jest produktem niemal autorskim (na pewno czymś inspirowanym, ale nikt już nie pamięta oryginalnego przepisu)
2. Zawsze smakuje inaczej i za każdym razem lepiej :-)

Przepis na ciacho w kolejności wrzucania do miksera:
-4 jaja
-200 ml cukru (mała szklanka)
-100 ml (pół małej szklanki) oleju rzepakowego (pewnie może być też słonecznikowy)
-pół łyżeszczki przyprawy korzennej. Może być do piernika, albo do grzańca. Ten składnik decyduje o wyjątkowości ciasta. Zachęcam do eksperymentów.
-300 ml mąki (duży kubek plus troszeczkę)
-2 łyżeczki proszku do pieczenia.
-łyżka kakao, jeśli chcemy mieć wersję ciemną i zrobić oszukanego piernika.

Mąkę, proszek i ewentualnie kakao lepiej jest zmieszać razem w osobnym naczyniu,  zanim doda się ją do płynnych składników.

Zmiksować to wszystko, ciasto ma być konsystencji ciasta do naleśników.

Formę do ciasta (np tortownicę) wysmarować tłuszczem. Pokroić jabłka na ósemki. W wersji ze śliwkami przekroić owoce na pół i pozbyć się pestki. Można zrobić wersję z gruszkami lub mieszaną. Małe owoce typu maliny i jagody się nie nadają, natomiast można sypnąć garść rozdrobnionych włoskich orzechów.
A nie mówiłam, że to ciacho dla kreatywnych? :-)
Bazą są jajka, cukier, olej i mąka z proszkiem. Cała reszta to improwizacja :-)

Na te owoce wylewamy ciasto i wkładamy do piekarnika na 40 minut. Pieczemy w 180 stopniach. Po wystygnięciu odwracamy owocami do góry i posypujemy cukrem pudrem. Smacznego :-)

Jak już się tak najemy do wypęku, warto byłoby gdzieś spalić tłuszczyk, który osadził się wszędzie, tylko nie na cyckach!!! :-) Zapraszam zatem na bloga sportowego do Remigiusza, gdzie tęskniąc za długimi wędrówkami w stronę zachodzącego słońca, zostałam zaproszona do popełnienia wpisu o nordic walking. A zaraz potem, na Korzystnych Zakupach, tłumaczę, jak kupić kije potrzebne do tej dyscypliny.
Może przyłączycie się do wędrówek? :-)

środa, 23 stycznia 2013

Po chandrze...

Nie wiem, czy to zasługa bogactwa mikroelementów zawartych w orzeszkach pistacjowych, o których dobroczynnym działaniu na organizm napisałam na Korzystnych Zakupach, czy miały na to wpływ dobre wiadomości, jakie otrzymaliśmy w ciągu ostatnich paru dni. Najważniejsze, że postawiło mnie do pionu zarówno pod względem fizycznym, intelektualnym, jak i muzycznym :-)

Już w ten sam wieczór, po opublikowaniu ostatniego wpisu, dostałam niesamowitą i niespodziewaną wiadomość od Egretty, która spowodowala wyrzut endorfin do mózgu, a co za tym idzie, humor poprawił mi się znacznie :-) Potem już było tylko lepiej. O tym na razie jeszcze cicho sza, aby nie zapeszyć, ale powiem Wam, że kolejny raz doświadczam ludzkiej dobroci i bezinteresowności. Zapraszam Was na bloga Egretty- są tam prawdziwe cudeńka, w które autorka wkłada całe swoje serce.

Drugą ważną i wzruszającą, bardzo długo oczekiwaną wiadomością było ostateczne załatwienie sprawy związanej z odzyskaniem Dworu na Woli Zręczyckiej, o którym pisałam dwa lata temu przy okazji prawomocnego wyroku nakazującego oddanie posiadłości rodzinie. To nieprawdopodobne, że po zapadnięciu wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego musieliśmy czekać jeszcze 2 lata, aby usunąć dzikiego lokatora w postaci Politechniki Krakowskiej, która bezprawnie dysponowała dworem.
Kuriozum całej tej sprawy polega na tym, że mimo iż mamy już 24 lata  "demokrację", rodzina musiała udowadniać i tłumaczyć się, że rodzinny majątek nie podlegał pod Dekret PKWN o przeprowadzeniu reformy rolnej. Tyle lat po upadku komuny dekrety te są wciąż obowiązujące, a jedyną szansą odzyskania zrabowanego majątku jest fakt, że pod te przepisy majątek nie podpadał (poniżej 50 ha). Jesteśmy też jedynym krajem, który nie rozwiązał problemu rozliczenia zrabowanych po wojnie majątków przez władze komunistyczne. Nie dotyczy to oczywiście instytucji kościoła katolickiego, który odebrał kilkakrotnie więcej dóbr niż stracił (kościelna komisja majątkowa). Niestety, również naszym kosztem.


Jedną z przyczyn przewlekłego postępowania była jawna działalność na naszą niekorzyść wiceministra rolnictwa Kazimierza Plotzke (Jego motto: By żyło się lepiej. Wszystkim!). W wydaniu decyzji urzędnik ten posunął się- odmawiając racji rodzinie- do podparcia się wymyśloną regulacją prawną. Wcześniej przedstawiciel Politechniki Krakowskiej publicznie przechwalał się swoimi znajomościami i możliwościami załatwienia każdej sprawy na niekorzyść prawowitych właścicieli. Decyzja K.Plotzke została wprawdzie uchylona przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, a potem orzeczenie to zostało podtrzymane przez Naczelny Sąd, jednak znacznie przedłużyło to sprawę o odzyskania mienia. Oczywiście człowiek ten nie poniesie za to nigdy żadnej odpowiedzialności, a jego tłusty tyłek wciąż zasiada na ministerialnym stolcu. Za jakiś czas zrobię o tym osobny wpis, z cytatami, obnażający cały mechanizm urzędniczego krętactwa na najwyższym możliwym szczeblu.
Na wszelki wypadek publicznie oświadczam, że nie zamierzamy popełnić samobojstwa, gdyby któregoś dnia ktoś znalazł nas z petlą na szyi.

Czasy się zmieniają, lata upływają, a czerwono-czarna mafia dalej zajmuje się pierdołami i napychaniem sobie kies, zamiast zabrać się za zmianę prawa.
Dedykacja dla tych, co u żłobu...



W związku z nowymi perspektywami, jakie otworzyły się przed nami dzięki odzyskaniu rodzinnego mienia, rok temu pojawił się dylemat, czy przeprowadzić się do dworu na Woli. Długo szarpaliśmy się z naszymi wątpliwościami. Mam duszę nomada i wciąż chcę stawać przed nowymi wyzwaniami. Stagnacja i brak nowych bodźców, to dla mnie śmierć. Nie boję się zaczynać od nowa i wydawało mi się, że z chęcią osiądę na nowej ziemi. Z takim bagażem doświadczeń, jakie są za nami, zawsze jest łatwiej organizować sobie życie od nowa.

No właśnie... wydawało mi się... Nie czułam się jednak na siłach poprowadzić samodzielnie takiego biznesu, jak hotel ful wypas. Tylko taka działalność, w miejscu oddalonym od Krakowa zaledwie 20 km ma sens, by dwór utrzymać.
Mam inną filozofię związaną z wypoczynkiem, którą zrealizowałam w Tuskulum w zgodzie ze sobą. (Można to podejrzeć w tym miejscu) Tylko tak wyobrażam sobie przeżyć dobrze i szczęśliwie życie- robiąc to, co kocham i co czuję, nie to co muszę i czego wymagają ode mnie okoliczności.

I jeszcze jedno...
Nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo można kochać DOM. Zrozumiałam to wówczas, kiedy entuzjastycznie podeszłam do pomysłu związanego z przeniesieniem się pod Kraków, a w tym samym czasie nocami budziłam się zalana łzami i z fizycznym bólem w sercu, ponieważ śniłam, że opuszczam ten dom. Wtedy zrozumiałam, że wbrew temu, co się z patosem mówi, dom to nie tylko to, co mamy w sercu i gdzie się dobrze ze sobą czujemy, ale to również są te realne ściany, słupy i gliniane tynki.
Ja wiem, że ten dom, w którym mieszkam jest wyjątkowy i że tak naprawdę to on nas sobie wybrał. I być może to dom da nam sygnał, kiedy czas będzie, by go opuścić.
Póki co, choć nadal mamy alternatywę, zostajemy i zapuszczamy głębiej korzenie w miejscu, gdzie osiedliśmy już prawie 12 lat temu. Nie oznacza to końca wyzwań, wręcz przeciwnie. Dwór też szuka swoich  ludzi.

sobota, 19 stycznia 2013

Zimowe dni...

Zimowe dni, szczególnie teraz, kiedy wszystko przysypane jest sporą warstwą śniegu i dojechać do nas mogą jedynie bardzo odważni, mijają dosyć spokojnie. Monotonię i sielankę przerywają jedynie moje weekendowe wyjazdy do Wrocławia na uczelnię. Jak nie było śniegu, to można było liczyć na to, że wpadł na kawkę budujący dom nieopodal nas kolega- przyszły sąsiad, lub przybiegał do nas inny sąsiad ze swoimi filozoficznymi przemyśleniami.

Przemyślenia sąsiada Zdzisława są niezwykle inspirujące i nieodmiennie nas zaskakują. Kiedy widzę,  jak sąsiad Zdzisław truchta pospiesznie w naszą stronę, nadstawiam ucha, bo wiem, że w jego głowie zrodziła się myśl, którą musi koniecznie się z nami podzielić.

Jeszcze zanim spadły śniegi, spocony Zdzisław przytruchtał i rzekł: "Pierdolę, nie wycinam tych krzaków!”, po czym udał się w stronę domu, niewątpliwie podzielić się tą myślą z żoną. Pół godziny później, kiedy szłam na spacer z Fioną, Zdzisław pieczołowicie wycinał  krzaki z rowu. 
Oj, żona chyba nie podziela jego życiowej filozofii :-)

Dzień wcześniej, kiedy wieś przygotowywała się na doroczne wręczanie kopert księdzu, Zdzisław nie omieszkał poinformować nas: "Pierdolę, nie czekam na księdza!”, po czym ogolony i w czystym sweterku w atmosferze oczekiwania koczował pod drzwiami.

W sezonie wiosna-jesień, kiedy naszą aktywność fizyczną determinuje rozbuchana przyroda, Zdzisław przychodzi z częstotliwością raz na tydzień i rzecze: „Pierdolę, nie koszę!” Nie muszę Wam chyba mówić, że zaraz potem rozlega się warkot kosiarki spalinowej :-)

Najgłębsze jednak Zdzisław ma przemyślenia poza moimi uszami, w gronie ściśle męskim. 
Pewnego dnia, w ramach jakiejś sąsiedzkiej pomocy, robił coś z Chłopem przy instalacji elektrycznej. Chłop- zafascynowany dialogiem ze Zdzisławem- pochwalił mi się jego głębokim filozoficznym cytatem, świadczącym o posiadaniu własnego zdania, odmiennego od całej reszty ludzkości: „Ludzie kurwa pierdolą, że masa to chuj, a masa to ważna rzecz...
Takich właśnie atrakcji zostaliśmy pozbawieni, kiedy wokół zalega gruba warstwa białego puchu.


W połowie stycznia, jak to jest u nas w zwyczaju, jakkolwiek byśmy się nie przygotowali do zimy, brakuje nam drewna na opał. Chłop zaprzęga zatem Syfa, który na swoich lśniących łańcuchach zapycha w zaspach i przywozi brzózki z pól i rowów. Ja zamieniam się w dobrą i kochającą żonę i pichcę a to kurczaka z nadzianką (receptura starożytna, przekazana przez babcię) a to risotto, a to racuszki z jabłkami. Zdjęć nie będzie, bo zanim pomyślę o fotce, wszystko już jest wyżarte :-)

Z ostatniego zjazdu na uczelni wróciłam jakaś taka rozbita. Pomijając już stan psychiczny spowodowany niezmiennymi u wrocławskiej rodziny problemami ze zdrowiem, gorączkowałam, miałam dreszcze, bóle w plecach i ogólnie trudno było mi podjąć jakiekolwiek działanie. Żadnych kaszlów, smarków, bólu gardła, zatem to chyba nie szalejąca po Dolnym Śląsku świńska grypa, a normalna, regularna depresja. No, jeśli ja przez 3 dni gapię się w monitor nie mogąc wykrzesać kilku zdań to jest to stan bardzo poważny. Apetyt mi jednak dopisuje, zatem żyć będę :-)

Moje zimowe depresje mają różne odcienie i barwy. Na tę najcięższe pomaga mi jedynie odjechana twórczość Marilyn Mansona ze wszystkich jego epok, ale ta depresja jest akurat delikatna i sentymentalna. Słucham sobie wtedy smutnych nastrojowych piosenek i nie zważam na to, czy są komercyjne. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej pani, ale sądząc po liczbie wejść, robi karierę:


Ostrzeżenie: Wszelkie próby nakłonienia mnie w tym stanie ducha do posłuchania czegoś weselszego kwituję groźbą strzału w ryj :-)

Dwa dni temu (a może trzy, bo już jest po północy) Jaskier skończył 10 lat. Nie mogę sama w to uwierzyć, że zaczęliśmy jedenasty rok życia z pieskiem!

 Nawet pies ma depresję :-) Depresji nie ma jedynie Chłop. Mówi, że nie ma na to czasu, bo ktoś musi zadbać, żeby było ciepło we wszystkie nasze depresją ogarnięte dupska:-)

wtorek, 8 stycznia 2013

Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków przed Sądem.


Pierwszą korespondencją, jaka dotarła do Tuskulum po Nowym Roku była gruba koperta z Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, zawierająca uzasadnienie dla wydanego 28 listopada wyroku w sprawie o udostępnienie na potrzeby naszego Muzeum dokumentacji archeologicznej dla zabytków z regionu. Niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają, że wystąpiliśmy o te dokumenty z paragrafów dotyczących informacji publicznej. Wiele urzędów nie przyjmuje do wiadomości faktu istnienia czegoś takiego, jak informacja publiczna i jak to zrobił Wojewódzki Konserwator Zabytków, po prostu ludzi olewa.


Tymczasem dla urzędników przepisy są bardzo rygorystyczne, a dostęp do informacji publicznej jest  jednym z podstawowych konstytucyjnych praw obywateli, o czym mało kto zdaje sobie sprawę. Tak jak wielu urzędników nie przyjmuje do wiadomości owych przepisów prawa, tak też niewielu obywateli ma świadomość, że może żądać wglądu w dokumenty i uzyskać ich kopie. Dotyczy to wszystkich dokumentów, którymi dysponuje publiczny urząd, z pominięciem nielicznych wyjątków (np. sprawy podatkowe, toczące się sprawy w sądach, historia choroby pracowników, etc.)

Nowym czytelnikom pokrótce przedstawię historię naszej sprawy, już częściowo opisanej tutaj.

25 czerwca złożyliśmy wniosek o wydanie na statutowe potrzeby Muzeum, kopii kart księgi rejestru i kart ewidencyjnych zabytków archeologicznych z rejonu Pogórza Izerskiego. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, czy to odmownej decyzji, czy tym bardziej samych materiałów, o które wnioskowaliśmy, złożyliśmy skargę na bezczynność urzędu WKZ do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Kiedy WKZ otrzymał dokumenty z Sądu, swoim niechlubnym, ale mocno utrwalonym zwyczajem sprawę zignorował, a nam wysłał płytkę z samym spisem stanowisk archeologicznych. Z korespondencji dołączonej do owego wykazu dowiedzieliśmy się też, że informacje, których żądamy nie są informacją publiczną, a jeśli mimo to chcemy z nich skorzystać, musimy pofatygować się do urzędu osobiście i poprosić o udostępnienie tych materiałów.

 Ponieważ w tym względzie, zdaniem urzędu, panuje pełna dowolność i uznaniowość (nawet pracownicy naukowi mają problemy z uzyskaniem wglądu w te dokumenty), mogliśmy się spodziewać, że takiej zgody po prostu nie uzyskamy. Ze źródeł prywatnych wiemy też, że pracownicy dolnośląskiego WKZ są dla ludzi  nieuprzejmi, opryskliwi, można spotkać się z pytaniami „a czego tu”, „a po co to”, zatem i tak nie mielibyśmy ochoty na osobistą wizytę w tym przybytku. Nie ma zresztą takiej potrzeby, gdyż prawo zobowiązuje urząd do przesłania na wniosek osoby zainteresowanej dokumentów pod wskazany adres.

Wraz z wysłaniem nam wykazu i pouczeniu nas, co też mamy robić i jak się ukorzyć, aby ewentualnie ktokolwiek z WKZ-tu chciał z nami rozmawiać, urząd uznał sprawę za zakończoną i nie przesłał dokumentów do Sądu.

I tu trafił Chłopa potężny szlag. 
Wysłaliśmy zatem wniosek o wymierzenie WKZ-owi grzywny za ignorowanie obowiązku przekazania skargi i odpowiedzi na naszą skargę do Sądu, aby zmotywować urząd do przestrzegania prawa. Sąd dnia 8 listopada wymierzył z tego tytułu WKZ-owi grzywnę w wysokości 200 zł, a nam zwrócono koszty postępowania (100 zł). To była osobna sprawa niż ta o wydanie dokumentów. Można zapoznać się z nią pod tą sygnaturą. IV SO/Wr 25/12

Dopiero po tej interwencji WKZ przesłał dokumenty i 14 listopada odbyła się rozprawa w WSA z naszym udziałem, o czym króciutko wzmiankowałam tutaj.

28 listopada sąd wydał korzystny dla nas wyrok i zobowiązał urząd Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków do wydania nam kopii dokumentów, których żądaliśmy. Z pełnym uzasadnieniem wyroku można zapoznać się w Centralnej Bazie Orzeczeń Sądów Administracyjnych (sygn. IV SAB/Wr 96/12) ja przedstawię jedynie wnioski i przemyślenia, jakie nasuwają po tej całej zadymie.

Ze stanowiska WKZ w tej sprawie wynika, że urzędnicy tam pracujący nie mają bladego pojęcia o organizacji własnego urzędu i piszą brednie, że rejestr zabytków i ewidencja zabytków znajdują się w archiwum zakładowym. Archiwa zakładowe rządzą się innymi prawami. Jest do nich dostęp ograniczony i rzeczywiście określa to ustawa regulująca dostęp do tego typu archiwów. Nie wiemy, czy był to nieudolny manewr taktyczny, który miał na celu wprowadzenie w błąd Sądu i który niby miał wykazać, że ewidencja i rejestr zabytków wchodzi w skład archiwum zakładowego. Tymczasem zarówno z przepisów ustawy o ochronie zabytków, rozporządzeń wykonawczych do niej, jak i z regulaminu organizacyjnego nadanego WKZ-owi przez Wojewodę Dolnośląskiego wynika jasno, ze rejestr i ewidencja zabytków jest zupełnie osobną jednostką organizacyjną od archiwum zakładowego.  

Sąd wytknął również fakt dla nas oczywisty, ale dla WKZ-tu chyba nie, że wszelkie wewnętrzne regulaminy i przepisy, które urzędnicy sami sobie wymyślają nie mają mocy aktów prawnych i nie stoją ponad prawem zagwarantowanym ustawowo. Pan Konserwator nie może sobie wymyślić, że będzie traktował wnioski o udostępnienie informacji uznaniowo i ujawniał je wg własnego widzimisię.

Sąd stwierdził też, że wnioskodawca nie może odpowiadać za niedomogi organizacyjne urzędu i być przez to źle obsłużonym. Była to odpowiedź na argument urzędnika-autora odpowiedzi na naszą skargę, jacy to oni są zapracowani, zarzuceni robotą, biedni i nieszczęśliwi, że ktoś od nich coś chce.

Do tej pory zabawa WKZ-tu z nami kosztowała skarb państwa (a więc podatników) 400 zł. Gdyby urzędnik miał zapłacić tę kwotę z własnej kieszeni, gwarantuję, że nie tylko my, ale wszyscy byliby obsługiwani w urzędach wzorowo.

W województwie dolnośląskim jest to pierwsza tego typu sprawa i jedna z bardzo niewielu, jakie toczą się w podobnych przypadkach w naszym kraju.
Ciekawa jestem, jak długo jeszcze WKZ zamierza zabawiać się z nami w ten sposób, marnując publiczne pieniądze. Wyrok jest nieprawomocny, ale poparty stanowiskiem Naczelnego Sądu Administracyjnego w podobnej sprawie. Zatem wszelkie odwołania się WKZ -tu od wyroku do instancji wyższej, będą jedynie miały na celu złośliwe przeciągnięcie sprawy w czasie, o czym będę skrupulatnie Was wszystkich informować.

wtorek, 1 stycznia 2013

Jak świętujemy w Tuskulum.

Święta w Tuskulum przebiegły bardzo spokojnie. Od kilku już lat, z powodów obiektywnych (głównie choroby w rodzinie), spędzamy wszyscy ten czas osobno. Organizując sobie w taki sposób życie, czyli przenosząc się na wieś i mając pod opieką stadko psiaków, świadomie zrezygnowałam z wszelkich wspólnych z Chłopem dalszych wyjazdów, czy to na święta do rodziny, czy na wakacje. Od samego początku, jak tylko osiedliśmy na wsi, moi rodzice na zimowe święta przyjeżdżali do nas. Niestety, ciężka choroba ojca, początkowo mająca związek z niewydolnością nerek, a potem już posypała się reszta, spowodowała, że od trzech lat rodzice nie mogą już do nas przyjeżdżać i zostać kilka dni. W tym układzie rodzice szli na Wigilię do siostry, lecz w tym roku mój ojciec jest już w takim stanie, że nawet nie może za bardzo ruszyć się z domu.

Najbardziej przejęta tym faktem była moja mama. Zadzwoniła do mnie prawie z płaczem w Wigilię, kiedy z pełnym brzuchem leżałam w fotelu i powiedziała, że to jej pierwsza Wigilia bez rodziny. W zasadzie można powiedzieć, że spędziła ten dzień sama, bo ojciec ma tak mocno posuniętą chorobę Alzhemera, że nie wiedział nawet, co to jest opłatek. W kółko pytał, czemu jest inaczej niż zwykle, denerwował się i nie mógł się nadziwić. Niestety, z ojcem nie ma prawie już kontaktu, cud że poznaje mamę, bo mnie już niekoniecznie. Kiedy spędzam weekendy we Wrocławiu mówi do mnie wprawdzie imieniem, które używane było przez rodziców w moim wczesnym dzieciństwie -„Anuś”, ale pytania, jakie mi zadaje, głównie „a jak się czuje twój tatuś?”, świadczą, że kompletnie nie kontroluje rzeczywistości. Dobre w tym wszystkim jest to, że boi się wychodzić z mieszkania i tylko tam czuje się bezpiecznie. Przynajmniej na razie nie ma obawy, że wyjdzie i nie wróci.

W październiku kuzyn przywiózł moich rodziców do nas na kilka godzin. Już po 15 minutach ojciec stał się nerwowy i zażądał powrotu do domu. Nie poznawał otoczenia, bał się stracić z oczu mamę. To wszystko mnie przeraża i przerasta.

Nasza Wigilia jest skromna. To tylko barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i ryba (karp i łosoś).
Bardzo mi smakuje opłatek, więc sobie nie odmawiam :-)

Pierwsza nasza Wigilia kilka lat temu, tylko we dwójkę, była dziwna i sentymentalna, ale szybko dotarło do mnie, że ma ona wiele plusów. Nie muszę przygotowywać tony jedzenia, nie mordujemy karpii, nie muszę wysłuchiwać marudzenia o pójście w święto do kościoła. Mogę jeść sernik na śniadanie i kutię na kolację, a obiad przyrządzić o dowolnej porze dnia. I mogę sobie robić, co chcę. W tym roku pogoda sprzyjała, aby pojeździć sobie po okolicy, lecz mnie ogarnął turystyczny leń. Zasiadłam do przebudowy mojej strony internetowej. Jeszcze nie jest ona do końca gotowa, zostały mi drobiazgi, ale już dziś zapraszam do zerknięcia na jej nową szatę graficzną i częściowo zmienioną merytoryczną. Wszelkie uwagi dotyczące treści, co ewentualnie powinno się jeszcze znaleźć z punktu widzenia Was-czytelników, jako potencjalnych klientów gospodarstwa agroturystycznego, proszę kierować do mnie na maila. Być może ktoś z Was podsunie mi jakiś pomysł. Strona jest dostępna pod tym linkiem: Agroturystyka Góry Izerskie.
 ******
Również stało się to już utartym zwyczajem, że po spokojnych świętach przybywają spędzić u nas Sylwestra nasi stali zaprzyjaźnieni goście. Gwarantuje to zawsze miłą zabawę w sprawdzonym towarzystwie. A że „nadajemy na tych samych falach” buzie nam się nie zamykają i czas nie wiadomo kiedy mija. Dobrze, że jest telewizor, dzięki któremu kontrolujemy sytuację. W zasadzie, gdyby nie było telewizora, to jest teściowa, która ma chyba jakieś wtyki w telekomunikacji, ponieważ ZAWSZE w Sylwestra dzwoni o północy, kiedy stukamy się lampkami.

W sumie nie wiem czemu, być może dlatego, że tuż przed imprezą przeczytałam sobie minimalistyczny i wstrzemięźliwy wpis kolegi na temat zgubnych skutków alkoholu i suto zakrapianych imprez, poczułam nieodpartą chęć urżnąć się w cztery dupy :-) Było to o tyle ułatwione, że na stole stanęła półtoralitrowa butla domowego gronowego wina, tym razem nie tuskulańskiego, ale mającego pewne tuskulańskie wpływy. A że Halynka trunkowa nie jest, a druga jej połowa coś niedomagała (życzymy zdrówka!), ze wstydem muszę stwierdzić, że wtrąbiliśmy tę butlę na spółę z Chłopem! Ale żeby nie było, uznałam owo urżnięcie się za test konsumencki, który w zasadzie powinien znaleźć się na blogu Korzystne Zakupy. Jednak z uwagi na fakt, że blog weźmie udział w poważnym konkursie organizowanym przez mennicę wrocławską, muszę być tam poprawna politycznie :-)

Degustacja zatem wypadła następująco:
Okoliczności przyrody: osób 4 sztuki i kilka psów, plus telewizor transmitujący zabawę sylwestrową na wrocławskim Rynku.
Przedmiot testowany: gronowo-jabłkowe domowe wino bez dodatków żadnej chemii, w ilości półtora litra.

Po drugim kieliszku, kiedy to w normalnych warunkach i w dzień powszedni walę się pod płot, (co opisałam tutaj), zaczął podobać mi się Tomasz Kamel :-) Dowodzi to, że powiedzenie „nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak” działa również w drugą stronę. Nie dotyczy Oliwiera Janiaka, który wszedł mi w ekran TV po zakończeniu imprezy i niezliczonej ilości trunku :-)

Po trzecim kieliszku zaczęłam śpiewać razem z chłopakami z Lady Punk, bo wyraźnie kiepsko im szło „zamki na piasku, gdy pełno w szkle”. Halynka, jak wróci do domu, zaśpiewa na pewno dziś część drugą: „poranna witaj zmiano, to życie me”. Specjalne pozdrowienia dla Halynki i życzenia miłego dnia na jutrzejszej porannej zmianie.
Do życzeń dla Halynki załączam specjalną muzyczną dedykację :-)



Po Jerzym Połomskim i Krzysztofie Krawczyku przestałam liczyć kieliszki i przeszłam w nastrój sentymentalny. Kiedy goście poszli już spać, a Chłop zabrał na spacer psy, popłakałam się rzewnymi łzami podczas interpretacji piosenki „Dziwny jest ten świat” wykonanej przez  Michała Szpaka :-) Podejrzewam, że nawet na trzeźwo bym się popłakała.  Sami zobaczcie:
http://www.youtube.com/watch?v=90gldqTQBsQ

Dopiero wtedy, wzruszona do granic możliwości, uwaliłam się pod płotem.
Skutków ubocznych w postaci kaca nie było. Oto jest zasadniczy walor win domowych :-)

Na imprezie jak zwykle nabardziej fotogeniczne były psy :-)

Domownik Jaskier

Gościówa Goldie

Bardzo dziękujemy naszym gościom za mile spędzony czas :-)
A wszystkim moim czytelnikom życzę spełnienia marzeń w Nowym Roku :-)

niedziela, 23 grudnia 2012

Już czas...

Stroiki porobione...





Pierniki ozdobione...


Sernik upieczony...


Pierogi i uszka ulepione...


Zatem już czas, aby trzeci już rok z rzędu  na blogu złożyć Wam wszystkim świąteczne życzenia...


czwartek, 20 grudnia 2012

Frywolna, czy zdolna?


Jeśli na blogu nic się nie dzieje oznacza to, że dużo dzieje się w realu...

Po tej całej paranoi opisywanej w kilku poprzednich wpisach, związanej z numerkiem w Agencji, nastał czas względnego spokoju psychicznego. Emocje się wyciszyły i zapanowała sielanka. W poniedziałek  (dzień przed końcem terminu) udało się złożyć wniosek o dofinansowanie projektu i w tej chwili już od nas nic w tej kwestii nie zależy. Czekamy na decyzję z LGD. Może być trudno, bo w tym naborze było bardzo dużo wniosków.

Fakt, że miałam ostatnio na uczelni zajęcia tydzień po tygodniu spowodował dziwne zawinięcie się czasoprzestrzeni. Jak wróciłam z ostatniego zjazdu okazało się, że zostało zaledwie kilka dni do Świąt, a ja w ciągle jestem w lesie. Święta spędzamy sami, niemniej jednak bardzo lubimy tworzyć dla siebie świąteczny i miły nastrój.


Upiekłam zatem całe pudło pierniczków, które czekają jeszcze na ozdobienie lukrem. Nie wiem, czy zdążą zmięknąć do Świąt. Pożremy je niezależnie od stanu skupienia, nawet w postaci twardzieli :-)
Lepienie pierogów i uszek do barszczu wciąż jeszcze jest przede mną.

W ostatni weekend wyjechałam ledwo wydostając się spod śniegu...




 ...a jak wróciłam zastałam brzydką jesień.


Pobyt we Wrocławiu wykorzystuję na uzupełnienie swoich zasobów, przede wszystkim tych związanych z hobby. Mam taką ulubioną pasmanterię, gdzie można dostać cały asortyment kordonków Aida do frywolitki. Zrobiłam sobie zapas: 


W pasmanterii rozbawił mnie sprzedawca:
-Bo wie pani, jak kiedyś ktoś pytał się o frywolitkę, to ja myślałem, że ma na myśli frywolną kobietę...
-Ależ jedno drugiego przecież nie wyklucza!- nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła czegoś takiego :-)
-Tak... -zamyślił się sprzedawca. -Frywolna i jednocześnie zdolna...

Z tych cudnych nitek dziergam sobie to i owo. Tym razem postawiłam sobie wysoką poprzeczkę. Postanowiłam zrobić serwetę.


Jeśli uda mi się ją zrobić w całości, to naprawdę uwierzę, że wystarczy tylko chcieć, aby móc.
Na razie mam tyle:




Od Tofalarii z bloga Opowieści Tofalarii otrzymałam kilka dni temu niesamowity prezent. Jest to stara gazetka z przykładami frywolitek. Jako, że pisana jest w niemieckim gotyku, pierwszy do niej dosiadł się Chłop :-)



Na razie mam wszystkie czółenka zajęte robótkami, ale przy najbliższej okazji coś postaram się z tych wzorów wykorzystać. Gazetka na pewno będzie eksponatem w naszym muzeum, bo przecież tematycznie bardzo pasuje. Mamy też na wystawie przedwojenne czółenko do frywolitki.
Za prezent bardzo dziękujemy, sprawił nam ogromną radość :-*

Jak widzicie, u nas spokojnie i twórczo zrobiło się ostatnimi czasy. Jeśli jednak chcecie nieco dynamiki, sensacji i przygód, zapraszam na Korzystne Zakupy i moją opowieść, jak Max Factor zrobił ze mnie gwiazdę filmu.
:-)

czwartek, 6 grudnia 2012

Numerek w Agencji.


Wczoraj Chłop przyniósł  numer z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dla naszego Muzeum. Natychmiast stał się moim Bohaterem. A było to tak...

W poniedziałek postanowiliśmy uderzyć w miejsce do tej pory nie ruszane, w GUS, aby uzyskać przynajmniej REGON. Wydawało się to być najłatwiejsze. Problem polegał jedynie na tym, że GUS mamy w Jeleniej Górze- 35 km od domu, a od piątku w naszym regionie panuje prawdziwa zima.









 Z tej oto przyczyny ustaliliśmy, że do Jeleniej Góry pojedzie sam Chłop, ponieważ podróż w takich warunkach nie gwarantuje szczęśliwego powrotu do domu. Mając gospodarstwo zagubione w śniegach i zwierzęta pod opieką, trzeba nauczyć się tak działać, by zminimalizować skutki ewentualnych kłopotów.

Telefoniczna rozmowa ze znudzoną urzędniczką w GUS-ie dawała  wiele nadziei na sukces:
-Uaaaa... słucham?- rozległo się w słuchawce najpierw głębokie ziewnięcie, a potem pojawił się jakby przebłysk zainteresowania- A to powstało, jakieś nowe muzeummmm...?

Na miejscu nie było już tak łatwo. Pani urzędniczka upierała się bowiem, aby nas zarejestrować jako spółkę cywilną, bo oczywiście nigdy nie spotkała się z takim przypadkiem, jak prywatne muzeum.

I tutaj chciałam serdecznie podziękować właścicielowi prywatnego Muzeum Oręża i Techniki Użytkowej w Kobyłce za spontaniczną i bezinteresowną pomoc polegającą na przesłaniu nam wszystkich swoich dokumentów związanych z prywatnym muzeum. Dzięki temu, że Chłop podstawił pod nos pani urzędniczce zaświadczenie o numerze identyfikacyjnym REGON dla wyżej wymienionego muzeum, nagle okazało się, że wystarczy wpisać odpowiedni numerek w odpowiednie miejsce i zostaliśmy zarejestrowani we właściwy sposób.

Nawet mi się nie chce tego roztrząsać, na kim spoczywa obowiązek orientowania się, w którą rubryczkę należy wpisać jaki numerek, bo najważniejsze że sprawa została załatwiona. Dalej poszło już z górki. Regon Chłop Mój Bohater :-) otrzymał na miejscu i można było spokojnie przedyskutować sprawę NIP-u w skarbówce.

Urzędniczka w skarbówce mając REGON i odpowiednie numerki w odpowiednich rubryczkach łatwiej zorientowała się w sytuacji. NIP Chłop Mój Bohater :-) odebrał we wtorek, upewniwszy się wcześniej, że obowiązują nas najbardziej, jak tylko to możliwe, uproszczone księgi rachunkowe. Za późno było by jechać do terenowego oddziału ARiMR po wymarzony i najpotrzebniejszy numerek, zatem Mój Bohater odłożył sobie sprawę numerka z Panienką z Agencji  na środę.

-To nie jest żadna Agencja! Agencja, to jest w mieście. Tutaj, na tym zadupiu, to jest najzwyklejszy, ordynarny burdel! – rzekł Chłop Mój Bohater, kiedy oznajmiłam, że dzwoniła do niego w sprawie numerka Panienka z Agencji akurat w czasie, gdy załatwiał w skarbówce NIP.- A czego chciała?
-Nie wiem, nie chciała ze mną rozmawiać. Ciekawe, dlaczego...? :-)

Na miejscu w ARiMR, w obecności naczelnika, okazało się, że ŻADEN numer konta nie jest potrzebny do rejestracji (na tydzień przed planowaną wypłatą środków należy go podać), a potrzebny jest jedynie REGON. Gdybym tam była, na pewno by mnie trafił szlag na miejscu.
Panienka z Agencji usiłowała wprawdzie jeszcze wyegzekwować od Chłopa pełnomocnictwo w sprawie reprezentowania Muzeum i w jej blond głowie nie mogło się pomieścić, iż musiałby sobie Chłop sam to pełnomocnictwo wystawić. 
Panienka z Agencji, mimo, że namieszała w sposób niewyobrażalny i spowodowała totalny chaos w naszym życiu przez blisko tydzień, była wciąż: nieuprzejma, obrażona i burkliwa. Naprawdę, powinna zmienić rodzaj Agencji, w której pracuje, bo wyraźnie ta praca nie daje jej satysfakcji :-)
Ale w Agencji mamy już wreszcie swój numer i to jest najważniejsze.


Co nas nie zabije, to nas wzmocni!
Przy okazji dowiedzieliśmy się z przepisów, że muzea mogą prowadzić każdą działalność przeznaczając środki na cele statutowe. Dochody są zwolnione od podatku, właścicieli nie obejmuje obowiązek innego niż do tej pory ubezpieczenia. Mogę zatem spokojnie bez obaw o to, że zawinie mnie skarbówka, czy ZUS, sprzedawać rękodzieło, organizować warsztaty i przeznaczać dochody na renowację zabytków, ponieważ robi to muzeum, jako instytucja, a nie ja, jako osoba fizyczna.
Wracamy zatem wkrótce na jarmarki.
Dziękuję wszystkim tym, którzy trzymali za nas kciuki i którzy nie uwierzyli, że się poddam! :-)

Dziś Mikołajki. Być może niektórzy pamiętają, że do tego dnia czekał na mnie prezent przesłany przez czytelnika.


Jak się domyślam, jest to szablon drukarski. Będę potrzebowała jeszcze kilku informacji, aby trafił do naszej muzealnej gablotki. Czytelnikowi -Andrzejowi K- przesyłam ogromne podziękowania.

sobota, 1 grudnia 2012

Panienka z Agencji.

Obiecałam panience z naszego terenowego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, że upublicznię sposób, w jaki urząd obsługuje swoich klientów, ale zanim napiszę o wczorajszych próbach zdziałania czegokolwiek, odpowiem tutaj na Wasze uwagi w komentarzach pod poprzednim wpisem.

Nie możemy posłużyć się numerem producenta rolnego, przypisanego do gospodarstwa. Może się nim posługiwać jedynie osoba fizyczna, czyli Chłop oraz ja.  Jednostka  organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej, ale mającą zdolność prawną (jakkolwiek głupio to nie brzmi) starając się o dofinansowanie z PROW, musi mieć nadany osobny numer.

Poprzedni wniosek składaliśmy na osobę Chłopa, ale pozmieniały się przepisy. Drastycznie ograniczono zakres działania osobom fizycznym. Osoba fizyczna może się jedynie ubiegać o dofinansowanie na cele promocji i organizacji lokalnej twórczości kulturalnej, aktywnego trybu życia lub kultywowanie miejscowych tradycji, obrzędów, zwyczajów, języka, zawodów i rzemiosła.
Naszym natomiast zamiarem jest cel: promocja lokalnego dziedzictwa kulturowego i historycznego.  Wchodzi to całkowicie w zakres działania naszego Muzeum oraz łączy się z kierunkiem moich studiów.  Osoby fizyczne nie mogą się ubiegać o dotacje dotyczące tego celu, instytucje jak najbardziej. Dodam jeszcze, że gdyby dziś przyszło nam składać wniosek o remont Muzeum, również musielibyśmy zrobić to, jako instytucja.
Początkowo myślałam, że uda mi się jakoś przeredagować wniosek i dociągnąć go do tych ograniczonych celów, ale naprawdę wiele straciłby na swojej wartości i punktacji. Mijałby się też z moimi celami związanymi z pracą i publikacją spraw dotyczących naszego Muzeum.

To jest naprawdę frustrujące. Wczoraj byłam wściekła i nie chciałam pisać złośliwych emocjonalnych tekstów, dziś czuję, że chyba pierwszy raz w życiu poddam się, bo system mnie pokonał.

W czwartek wieczorem, po naszych pierwszych dwóch wizytach w oddziale ARiMR (a nawet w trzech wliczając to oddział nie nasz) nie dowiedzieliśmy się niczego, czym moglibyśmy się pokierować załatwiając ten numer. W czwartek byłam wyrozumiała, wszyscy byli mili, wszyscy radośnie i rozkosznie odpowiadali, że nie mają pojęcia, jak system to przyjmie, czy możemy nie mieć NIP i/lub REGON. Jedyną pewną sprawą, jaka się wydawała i przy której panienka z Agencji się stanowczo upierała, to była konieczność posiadania „firmowego” na Muzeum konta. Skupiliśmy się zatem na tym problemie tracąc czas i zawracając głowę sympatycznemu pracownikowi banku BZ WBK, czy możemy mieć konto „firmowe” bez NIP-u i/lub REGON-u i czy potraktują nas jako organizację „non-profit”. 
I w ten czwartek wieczorem Chłop wyszperał w jakichś głębokich czeluściach internetu instrukcję wypełniania wniosku o nadanie numeru z ARiMR. Instrukcję, którą owa panienka z Agencji powinna albo była przeczytać ze zrozumieniem, albo udostępnić nam do wypełnienia tego wniosku. W instrukcji stało jak byk, że należy podać numer konta należącego do wnioskodawcy, pełnomocnika lub reprezentanta. 
Ręce nam opadły. Chłop rzekł, że on to wszystko pierdoli i idzie spać. Ja się zagotowałam, o śnie nie było już mowy i wysmarowałam to, co przeczytaliście sobie wczoraj.

W piątek rano podreptaliśmy radośnie do naszego banku założyć sobie subkonto zgodne z ustalonym przez nas i ministerstwo regulaminem. Dziś sobie przypominam, że mocno negocjowaliśmy z ministerstwem ten punkt domyślając się, że w konto imienne na Muzeum będzie trzeba inwestować. 
To nie jest tak, że ja nie wierzę w darowizny. Ja po prostu chcę, aby ktoś wpłacając na konto Muzeum jakieś kwoty miał pewność, że nie pójdą one na prowadzenie rachunku, a rzeczywiście na renowację jakiegoś zabytku. Poza tym, do licha ciężkiego, nie prowadzę działalności dochodowej i nie chciałabym jeszcze do interesu dopłacać, skoro nie muszę.
Założyliśmy bez problemu subkonto i wyruszyliśmy poprzez śniegi do naszego oddziału ARiMR. Dodam, że mamy do pokonania 15 km w jedna stronę.
-No widzisz-rzekł optymistycznie Chłop- Wszystko już teraz powoli się układa.
-Nie, moim zdaniem nic się nie układa.
-Mamy przecież instrukcję i pokażemy panience palcem ten punkt. Z dokumentami się nie dyskutuje.
-Zakręceni kontem bankowym, zapomnieliśmy sprawdzić w instrukcji, czy obowiązuje nas NIP i/lub REGON.

Kiedy panienka z agencji nas ujrzała, zrobiła marsową minę i nawet nie odpowiedziała na „dzień dobry”.
-I co, wyjaśniła się sprawa z kontem?- zapytałam „słodko”.
-Nie, a co się miało wyjaśnić? –odburknęła, a ja już wiedziałam, że awantura będzie tylko kwestią czasu.
-A bo nam się wyjaśniło- rzekłam pokazując palcem i czytając na głos punkt w instrukcji.
Pannę zatkało.
-Czy mogłaby pani wprowadzić teraz konto w system i sprawdzić, czy przyjmie nas bez NIP-u lub/i REGON-u.
-Nie, ja niczego nie będę wprowadzać.
-Ale dlaczego?- zdziwiłam się. –Wczoraj była pani gotowa to zrobić przy nas i rozchodziło się jedynie o problem konta.
-Nie, ja tego nie zrobię!
-Dlaczego?
-Rozmawiałam z naczelnikiem i on to musi zatwierdzić, ja niczego nie mogę sama zrobić. Wasze muzeum jest w organizacji i dlatego odmówiono wam nadania NIP-u, bo wy nie istniejecie.

Kurwa…

Najpierw w miarę spokojnie wytłumaczyłam panience, że nie składaliśmy jeszcze wniosku o nadanie NIP-u, ponieważ od niej próbujemy się od wczoraj dowiedzieć, czy ten NIP jest nam potrzebny do czegokolwiek związanego z numerem ARiMR lub/i składaniem wniosku o dofinansowanie projektu z PROW, bo nam do naszej działalności nie jest potrzebny. Nie będziemy go zakładać tak sobie, dla rozrywki. Uzyskanie od nich tej informacji jest dla nas absolutnie kluczowe i właśnie ten urząd jest zobowiązany do udzielenia nam tej informacji.
Potem długo i już niezbyt spokojnie, bo jestem bardzo uczulona na temat, czy my istniejemy, czy nie,  mówiłam o umiejętnościach urzędników czytania ze zrozumieniem, umiejętnościach posługiwania się przepisami oraz jej osobistej obsłudze petenta. Wtedy właśnie obiecałam jej, że sprawę upublicznię, podam do prasy, a to, czy nie pójdzie oficjalna skarga na poziom pracy oddziału  do „góry” zależeć będzie tylko i wyłącznie od naszej rozmowy z naczelnikiem. Naczelnika nie dopadłam, bo był na urlopie. Z naczelnikiem, ani z nikim innym w tym urzędzie, rozmawiać już nie będę, ponieważ musiałabym wziąć ze sobą cep. Z naczelnikiem porozmawia sobie Chłop.

Po wyjściu z ARiMR-u podeszliśmy do Urzędu Skarbowego zapytać o nadanie NIP-u. Oczywiście, nie ma sprawy, skarbówka zawsze jest chętna do rejestracji nowego petenta. Wprawdzie najpierw powinniśmy mieć REGON (ja pierniczę!), ale bez tego też nas zarejestrują.
Ze skarbówką nie mieliśmy nigdy do czynienia, zatem nie rozumieliśmy rubryczek. Pani mówiła coś o jakichś citach, pitach i książkach rachunkowych, nie pojmując specyfiki naszej absolutnie niedochodowej Instytucji. Zabraliśmy papierki do domu, aby zorientować się, jakie konsekwencje wiążą się z nadaniem NIP-u, czy nas ZUS nie dopadnie, o co chodzi z tymi księgami rachunkowymi?

-Wiesz, to chyba będzie trudniejsze niż prowadzenie działalności gospodarczej- rzekł wieczorem Chłop, który kilka godzin spędził w necie szukając informacji na temat rachunkowości muzeów.
-Dlaczego?
-Bo jak mamy zarządzać czymś, czego nie ma?

Na granicy zdrowego rozsądku i absurdu, pojawiają się urzędnicze abstrakcje.

Nie wiem. Po prostu nie wiem, jak prowadzić księgi rachunkowe dla instytucji, która nie ma dochodów, nie prowadzi działalności gospodarczej,  jej majątek jest całkowicie prywatnym majątkiem Założycieli i jest tylko i wyłącznie utrzymywana z ich środków?
A żeby było ciekawie, w instrukcji nadawania numeru ARiMR stoi, jak byk, że NIP jest obowiązkowy
I znowu jesteśmy w czarnej dupie…


P.S. Być może przed chwilą Chłop znalazł wyjście z sytuacji.
Art. 12, ust.1.1 Ustawy o rachunkowości mówi: Księgi rachunkowe otwiera się na dzień rozpoczęcia działalności, którym jest dzień pierwszego zdarzenia wywołującego skutki o charakterze majątkowym lub finansowym.

W razie kontroli skarbówki ksiąg rachunkowych, powiemy im, że nasze Muzeum jest dopiero w organizacji i jeszcze nie istniejemy...
:-D

piątek, 30 listopada 2012

Muzealny matrix.


Sytuację, w jakiej tkwię od wczoraj, można z czystym sumieniem nazwać „czarną dupą” systemu. Wpadliśmy w jakiś koszmarny dół i nie widzimy na razie światełka w tunelu. 

A było to tak...
Zachciało mi się złożyć kolejny wniosek na dofinansowanie pewnego projektu z PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich) związanego z naszym Muzeum. Nie będę pisała, jaki to projekt, bo po pierwsze jest innowacyjny i nie chcę, aby ktoś mi ukradł pomysł (innowacyjne projekty są wyżej punktowane), a po drugie na razie blado widzę samą możliwość złożenia wniosku. Na szczęście mam trochę jeszcze czasu i naprawdę liczę na to, że jakoś z tego wszystkiego wybrniemy. Po trzecie, nie mam oczywiście żadnej pewności, czy wniosek przejdzie, zatem póki nie zostanie pozytywnie zweryfikowany, przynajmniej przez LGD, nie zamierzam rozgłaszać swoich planów.

Przy konsultacjach w LGD okazało się, że zmieniły się przepisy i wniosek na nasz projekt nie możemy złożyć, jako osoba fizyczna, czyli Chłop, tylko jako instytucja Muzeum. To nawet lepiej, pomyślałam sobie, bo to podniesie prestiż zarówno naszego Muzeum, jak i doda powagi projektowi. Wniosek napisaliśmy, wyszła sprawa jednego drobiazgu- numeru producenta rolnego. Myśleliśmy, że skoro Muzeum jest prywatne, możemy przenieść prywatny numer na prywatną instytucję. Chłopa jednak tknęło przeczucie i zażyczył sobie pokazania palcem punktu, który o tym mówi. I tu się okazało, że nie. Muzeum musi mieć własny numer producenta rolnego, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. 
-Z tym nie ma żadnego problemu- rzekła miła dziewczyna z LGD. -Dostaniecie go od ręki.  
Jakoś w to nie uwierzyłam i miałam niestety rację. Podreptaliśmy zatem do oddziału ARiMR (Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa) zapytać o nadanie numeru producenta rolnego dla Muzeum. I się zaczęło...

Muzeum nasze jest jednostką organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, ale mającą zdolność prawną i procesową. Jest to sformułowanie, nad którym łamią sobie głowy „ojcowie prawa”. Naszą zdolność procesową wykazaliśmy już dwukrotnie. Raz wygrywając sprawę w Sądzie Administracyjnym o nałożenie na dolnośląski urząd WKZ (Wojewódzki Konserwator Zabytków) grzywnę za olewanie naszego wniosku, drugi raz (i jest to informacja świeżutka, jak poranne bułeczki) również wygrywając w tym samym Sądzie sprawę o wydanie nam przez dolnośląski urząd WKZ dokumentacji związanej z zabytkami archeologicznymi z terenu Pogórza Izerskiego. Wyrok został wydany w tę środę -28 listopada. Przynajmniej teraz nikt już nie będzie miał wątpliwości, czy nasze Muzeum istnieje, czy nie. Skoro instytucja wygrywa sprawy w sądzie, to chyba istnieje, chociaż po dzisiejszym dniu (a raczej wczorajszym, sądząc po porze) niczego już nie jestem pewna.

Pani w oddziale terenowym ARiMR, jednym i drugim, bo po drodze nam było do nie naszego, oczywiście pierwszy raz spotkała się z takim tworem, w dodatku z Muzeum. Dowiedziawszy się, że nie posiadamy ani NIP-u, ani REGON-u, bo na kij nam to, skoro nie prowadzimy działalności gospodarczej i nie pobieramy żadnych opłat za wstępy, słusznie zauważyła, że musimy mieć wyodrębnione konto, aby ten numer dla Muzeum uzyskać. Tak, mamy ten wymóg w regulaminie i powinniśmy byli już to wreszcie załatwić. Podreptaliśmy zatem do swojego oddziału banku BGŻ, żeby nam założyli subkonto na Muzeum. W banku sympatyczny pan i sympatyczna pani powiedzieli nam, że subkonta na Muzeum nam nie założą, subkonto może być jedynie na osobę prywatną, posiadacza konta. Fajnie, tylko w jaki sposób odróżnić oba konta od siebie? Jaką w takim razie będzie miał pewność ktoś, kto wpłaca datek na Muzeum, a wypisuje przelew na osobę prywatną, że kwota zostanie rzeczywiście przeznaczona na renowację zabytków? Pani zaproponowała nam konto firmowe, czyli z pełną opłatą za jego prowadzenie, ale i tak nam nie chciała go założyć, bo nie mamy NIP-u lub/i REGON-u. Poprosiła o kopie regulaminów (ministerialnego i wewnętrznego), obiecała, że się jeszcze popyta, zorientuje, bo nigdy nie mieli takiego przypadku. 
Ja pierdzielę! No dobrze, skoro tak...

Rankiem dzisiejszego dnia znaleźliśmy się w Lubaniu w Urzędzie Skarbowym mieszczącym się w pięknym  zabytkowym budynku „Dom Pod Okrętem”. O zabytkach będę opowiadać kiedy indziej, w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody. Kiedy w okienku przedstawiliśmy naszą sprawę, zrobił się mały popłoch i gdzieś z dalszych czeluści została wezwana kolejna miła pani. Zapoznawszy się z tematem rzekła, że nigdy nie miała do czynienia z taką sprawą, zadzwoniła gdzieś „wyżej”.  Jaką uzyskała poradę, nie wiadomo. Rzekła, że nie potrzebujemy NIP-u, skoro nie będziemy występować o REGON. „Ale nam nie chcą zarejestrować konta w banku bez NIP-u!”. „Bzdura”- rzekła miła pani, zrobiła kopię regulaminu podpisanego przez Ministra i jakoś tak się złożyło, że pełni wątpliwości wyszliśmy ze Skarbówki nie wiedząc, czy NIP jest nam potrzebny, czy nie.

Kolejnym urzędem był nasz terenowy oddział ARiMR, gdzie już nieco zrozpaczeni udaliśmy się w celu nadania dla Muzeum numeru producenta rolnego. Sympatyczna pani, po zreferowaniu sprawy, oczywiście rzekła, że nigdy się z takim przypadkiem nie spotkała i musi porozumieć się z organem nadrzędnym we Wrocławiu. Zrobiła kopię regulaminu, odmówiła nadania numeru bez posiadania konta bankowego na instytucję. Jak rzekła, system jej nie przyjmie konta imiennego, musimy mieć konto z nazwą Muzeum. Właśnie w tym momencie wyczułam, że znaleźliśmy się w owej „czarnej dupie” systemu.

Udaliśmy się zatem do banku WBK. Bardzo lubię ten bank i ten oddział w Lubaniu. Długi czas mieliśmy tam konta, póki Chłop nie uparł się, że BGŻ ma na miejscu i jest mu wygodniej z niego korzystać. Sympatyczny pan oczywiście rzekł, że nigdy nie spotkał się z takim przypadkiem, ale był gotów założyć nam konto firmowe bez żadnego NIP-u czy REGON-u, jedynie na podstawie regulaminu uzgodnionego z Ministrem. Jednak nie bardzo chcieliśmy opłacać konto, które przecież będzie puste, bo nie wierzę w żadne darowizny. Sympatyczny człowiek zrobił sobie kopię regulaminu w celu konsultacji z radcą prawnym, czy może nas podciągnąć pod organizację non-profit, co i tak nas nie urządzało, bo puste konto będzie i tak pełnopłatne. Zwrócił nam słusznie uwagę, że w regulaminie naszym stoi, iż nie musimy mieć konta z nazwą Muzeum, a jedynie ma być to wyodrębnione konto Założycieli, czyli jak najbardziej subkonto wchodzi w rachubę. 
Ja pierdzielę... No dobrze, założymy sobie subkonto i spełnimy wymogi określone regulaminem, ale jak przeskoczyć fakt, że w celu nadania numeru w ARiMR wymagane jest konto z nazwą Muzeum?

Z obłędem w oczach, w strugach deszczu wróciliśmy do oddziału ARiMR z prośbą, aby miła pani przy konsultacji z „górą” wzięła pod uwagę ten konkretnie punkt regulaminu, który nie zobowiązuje nas do posiadania wyodrębnionego na Muzeum konta.

Do domu wróciliśmy ze wszystkimi oznakami kołowacizny, nic nie załatwiwszy. Ja w dodatku poczułam narastający ból migrenowy, który nie opuścił mnie do końca dnia. O naszym zagubieniu świadczyło zadane przez Chłopa przy kawie pytanie:
-Ale co my w takim razie potrzebujemy? 
Na szczęście kontrolowałam sytuację.
 -Numer! Potrzebujemy numer z ARiMR, który jest nam niezbędny do wniosku oraz na przyszłość. Pilnie potrzebujemy też konta.

Podczas dnia spływały do nas informacje z odwiedzanych urzędów i instytucji, które miały skontaktować się w naszej sprawie „z górą”. Wszystkie „góry” dotknęła dziwna absencja. Radcy prawnego nie ma do poniedziałku, ten pan, co to niby wie, z wrocławskiego ARiMR-u akurat dziś jest nieobecny... Guzik prawda. Góra pewnie też nie wie, co z tym fantem zrobić, bo sprawa jest nietypowa, a twór dziwny.

Reasumując: Znaleźliśmy się w stanie nieważkości, zaplątani jakimś węzłem gordyjskim- nikt nic nie wie! Jedyną pozytywną rzeczą było to, że wszyscy byli bardzo mili i naprawdę starali się nam pomóc. Jestem z tego powodu wdzięczna, bo przynajmniej do domu dotarłam jedynie skołowaciała i z bólem głowy, ale nie byłam wściekła. Po powiecie, a może i po całym województwie, albo i dalej, bo pewnie „góra” kontaktuje się ze swoją „górą”, krążą teraz kopie naszego regulaminu.

Wychodzi tutaj cała słabość systemu. Ustawodawca umożliwia powstawanie instytucji, które nie są uwzględnione w urzędniczych systemach. I wszyscy się rozkraczają. A ja nawet urżnąć w czarnoziem się nie mogę, bo naćpałam się po uszy apapu na ból głowy.
Jutro, a raczej dzisiaj, czeka nas załatwianie wszystkiego od nowa. Słabo mi się robi, jak o tym myślę i jak widać, cierpię na bezsenność.

Z tego wszystkiego zaczęłam robić dziś frywolitkowy naszyjnik, taki w nieco gotyckim stylu.
Nie wiem jeszcze, co mi z niego ostatecznie wyjdzie...