O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 2 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

środa, 9 października 2013

Lans na dachu

Po napisaniu ostatniego postu zebrałam się w sobie i wreszcie zamieściłam ogłoszenie o sprzedaży domu w Zapuście. Zainteresowani mogą sobie podejrzeć je tutaj. Powiem szczerze, że ulżyło mi i kamień spadł mi z serca. Póki jedynie o tym rozmawialiśmy, czułam niepokój, że chyba nie potrafię rozstać się z tym domem, tymczasem okazało się, że jak już klamka zapadła i ogłoszenie poszło w eter, myśli się uspokoiły. Widocznie tak miało być i już. 

Wiele osób przez ostanie 12 lat mówiło mi, że to niezwykła odwaga, żeby pozostawić za sobą wygodnie życie w mieście, gdzie się wychowaliśmy i które nas ukształtowało takimi, jakimi jesteśmy. Mówię Wam, że to nic w porównaniu z decyzją, którą musieliśmy podjąć teraz. W mieście nie widzieliśmy żadnych perspektyw. Denerwował nas hałas, smród, stres, tłumy ludzi i wielki pośpiech. W Zapuście znaleźliśmy wymarzony zakątek, który dawał nam to wszystko, czego miasto dać nie mogło: święty spokój, źródło utrzymania, wspaniałe kontakty z ludźmi, którzy przyjeżdżali i wciąż przyjeżdżają do nas na wypoczynek. Wyprowadzka z miejsca, którego nie lubiliśmy do wymarzonego raju na ziemi nie była żadnym aktem odwagi. Była to rzecz naturalna, a my podejmując tę decyzję kierowaliśmy się zarówno głosem rozsądku, jak i instynktem samozachowawczym. Nie żałowałam ani jednego dnia tej decyzji, mimo, że czasem było ciężko. Nowym czytelnikom i tym, którzy przeoczyli, polecam wpis o tym, jakim wyzwaniem i przygodą była nasza pierwsza zima.


Zupełnie inną sytuację mieliśmy teraz. Początkowo pojawił się bunt i absolutny sprzeciw w obliczu zostawienia naszego domu i przeprowadzki w obce miejsce. Sprzeciw był spowodowany tym, że ludzie instynktownie dążą do stabilizacji i potrzebują poczucia bezpieczeństwa. W Zapuście zbudowaliśmy sobie to poczucie bezpieczeństwa i wydawało nam się, że nic więcej do szczęścia nie potrzebujemy. Tymczasem okazuje się, że potrzebujemy nowych wyzwań. 

Obiecałam sobie kiedyś w życiu, że nigdy więcej nie będę się odwracać od tego, co daje mi los, by nie zaprzepaścić żadnej szansy. To była trudna decyzja, a nawet bardzo trudna, ponieważ z chwilą wypuszczenia w świat ogłoszenia o sprzedaży domu, zdecydowaliśmy się porzucić nasz azyl, w którym czuliśmy się dobrze i bezpiecznie i pójść inną drogą, której końca nie znamy. Ludzie, którzy dzwonią do nas w sprawie domu, a którzy nie wiedzą o dworze, szukają w naszym ogłoszeniu drugiego dna.

- A co, agroturystyka już nie jest dobrym biznesem?- zapytał jeden z zainteresowanych ofertą.

-Nie, wręcz przeciwnie- odpowiadam- agroturystyka hula i ma się dobrze. To my postanowiliśmy właśnie zająć się tylko i wyłącznie turystyką, bo do tej pory mieliśmy kilka źródeł utrzymania. Gdyby na naszej drodze nie pojawił się dwór, przeorganizowalibyśmy dom w Zapuście, aby móc przyjmować gości nie jedynie na 2 pokoje, ale na więcej.

-A co, znudziło wam się?- zapytał następny zainteresowany.

-Nie, wręcz przeciwnie, zamierzamy zająć się agroturystyką w dużo większym zakresie.

Muszę powiedzieć, że inni potencjalni zainteresowani, zanim zadzwonili, dotarli do bloga i doczytali o dworze. Z takimi łatwiej się rozmawia, bo nie szukają haczyków, ani naszych rzekomo ukrytych intencji w sprzedaży tak ładnego i ciekawego miejsca.


Kiedy zawisła nad nami wizja obcych ludzi kręcących się po domu i zaglądających w każdy, nawet najbardziej intymny kąt, spojrzałam na rzeczywistość oczami potencjalnego nabywcy. Nie ma co ukrywać, ludzie kupują oczami. Czasem nawet najmniejszy drobiazg, taki jak dziura w dachówce, czy rozrzucone po kątach strychu słoiki, nie mówiąc już o brudnych gaciach w misce w łazience, w czasach, gdy ludzie mają wybór, może zniechęcić nabywcę. 
Mam doświadczenie w sprzedaży szczeniąt, co może pozornie wydawać się tematem mało ze sobą związanym, ale spróbujcie sami  sprzedać psa za dwa tysiące, podczas gdy schroniska pękają w szwach od niechcianych, porzuconych psich nieszczęść.  


Wychodzę z założenia, że podobnie, jak nie można ze sobą porównać rasowego wypieszczonego psa, którego charakter i wygląd kształtowany jest intencjonalnie od 30 pokoleń, do przeciętnego, nawet najbardziej kochanego kundelka,  tak nie można domu przysłupowego, który również jest już marką z każdym rokiem nabierającą większego znaczenia, wrzucić do jednego worka z przeciętną wiejską chałupą, jakich w kraju jest wiele. Wiedzą o tym wszyscy dumni i świadomi właściciele domów przysłupowych, co wyraża się między innymi cenami nieruchomości na rynku. Nie dosyć, że domów przysłupowych na sprzedaż jest trzy na krzyż, to jeszcze ich ceny niejednokrotnie powalają na łopatki. Znalazłam jedną ofertę porównywalną do naszej (z podobną ilością ziemi), która jest wyceniona na 1.200 tys. (słownie: milion dwieście!) i drugi nowy projekt stylizowany na dom przysłupowy, za blisko dwa miliony (!!!). Starałam się podejść do tego wszystkiego rozsądnie i stąd nasza cena 580 tys. Oczywiście do jakiejś negocjacji lub dorzucenia jeszcze blisko 2 ha ziemi, jeśli ktoś potrzebuje.  Tak samo, jak poszukujących rasowych psów jest zaledwie garstka w morzu właścicieli wszystkich czworonogów, potencjalnych nabywców domu przysłupowego jest promil pośród szukających nieruchomości na wsi. Ważne, żeby do nich dotrzeć.

Tymczasem, świadomi tego, że szczegóły czasem decydują o całym życiu, przystąpiliśmy do nadrabiania rzeczy zaległych, mniej lub bardziej pilnych. Korzystając z faktu, że gmina postawiła nam na 1 dzień kontener na śmieci wielkogabarytowe, rzuciliśmy się do sprzątania strychu i licznych pomieszczeń oraz zakamarków. Pragnę nadmienić, że sprzątamy jeszcze śmieci zostawione nam 12 lat temu przez poprzedniego właściciela. Nie jest to fajne, dlatego postanowiliśmy nie pozostawiać po sobie, ani po naszych poprzednikach,  żadnych brudów. Przy okazji sprzątania, przeglądamy rzeczy z tzw. lamusa, których żal wyrzucać, a które nie są używane na bieżąco. Przy okazji tej akcji wielu takich rupieci się pozbyliśmy, resztę zapakowaliśmy do pudeł, by była gotowa do wywiezienia w razie przeprowadzki.

Najpilniejszą potrzebą okazała się naprawa komina jeszcze przed zimą. Wiadomo, komin to kłopotliwa rzecz. Głupio na dzień dobry zostawiać nowym nabywcom taki problem. Przestrzeń pomiędzy dachówkami, a bryłą komina miejscami się rozszczelniła. Przy większym deszczu, po kominie leciały strużki wody, które zrobiły zacieki. Czas najwyższy było coś z tym zrobić, nie tylko pod ewentualnego nabywcę, ale dla nas samych. Ale jak to zrobić? Chodzenie po dachu wykluczyliśmy. Raz, że nie przeżyłabym widoku Chłopa balansującego po dachówkach, a dwa, że i Chłop za bardzo nie upierał się przy tym pomyśle. Postanowiliśmy zatem sprawę załatwić od wewnętrznej strony. To, że piszę o naszych robotach w liczbie mnogiej oznacza, że Chłop robił, a ja się bałam, bo mimo wszystko balansował na kilkunastu metrach i wychodził po tej drabinie ponad dach. 




W tych warunkach Chłop zdjął jedynie zapadniętą płytę nad kominem i luźne cegły. A pierwotnie marzył nam się jakiś bajerancki daszek. Kiedy machnęliśmy ręką na daszek i drapaliśmy się po głowie, jak uszczelnić miejsce pomiędzy dachówkami, a kominem, by nie biegać po dachu, napatoczył się sąsiad S. Nie zdążyłam mrugnąć okiem, S. już wbiegł po drabinie na dach i oglądał od zewnątrz stan komina.

-Ja wam to zaraz zrobię- rzekł- A nam opadły szczęki.
-A może by tak wrócić do pomysłu z daszkiem?- zasugerowałam.

Ku mojemu zdumieniu S. zapalił się do pomysłu, natomiast Chłop nie za bardzo. Cóż, to na nim miał spocząć projekt i wykonanie, na sąsiedzie S. zaś osadzenie daszku na kominie. Obiecałam też przyłożyć się do całości i pomalować daszek. Nie ukrywam, że razem z S. zagadaliśmy Chłopa, któremu nie pozostało nic innego, jak wziąć się do roboty.



My bierzemy się do roboty



I sąsiad S. bierze się do roboty


-No to teraz będzie we wsi lans- rzekłam patrząc na końcowy efekt.

Na co sąsiad odparł:
-E tam, gdyby na tym dachu był jeszcze metalowy kogut, wtedy to dopiero byłoby elegancko...

???!!! :-D

P.S. Pragnę zwrócić uwagę ewentualnym nabywcom domu, że sąsiada S. człowieka od spraw beznadziejnych, dorzucamy za darmo :-)


niedziela, 22 września 2013

Dwójka głupich misjonarzy.

Póki wreszcie nie zamieścimy ogłoszenia o sprzedaży naszego gospodarstwa w Zapuście, póty będziemy zawieszeni pomiędzy jednym domem, a drugim. Właśnie wróciliśmy spod Krakowa, gdzie spędziliśmy kolejne 10 dni we dworze. 


Tylna strona

niewielki park z tyłu dworu

widok na stronę północną

kapliczka


Choć przestałam już patrzeć na tamtejszą rzeczywistość przez różowe okulary, co miało miejsce podczas naszego ostatniego pobytu w czerwcu, kiedy wszystko mi się podobało, to mimo kilku wad i niedogodności, podjęliśmy ostateczną decyzję o zmianie miejsca zamieszkania. Boję się już wprawdzie pisać o rzeczach ostatecznych, wszak jeszcze 3 miesiące temu byłam pewna, że w Zapuście dożyjemy spokojnej starości, zatem jeśli nie przeszkodzą nam czynniki obiektywne, czy ekonomiczne, my jesteśmy już pewni tego, czym chcemy się w życiu zająć. Teoretycznie wprawdzie nie zamknęliśmy się jeszcze na ewentualne propozycje dzierżawy dworu, ale w praktyce, kiedy doszły mnie słuchy, że obiektem interesuje się lokalny hotelarz, szczerze mówiąć zrobiło mi się słabo i przykro. Nie bardzo podoba nam się pomysł, aby to jedyne w swoim rodzaju, urocze miejsce stało się jeszcze jednym bezdusznym hotelem, niczym nie wyróżniającym się spośród innych licznych hoteli i knajp w okolicy Gdowa.


Jakiś czas temu w komentarzu przypadkowego czytelnika, który najwyraźniej zabłądził wędrując po Internecie, pojawiło się stwierdzenie, że jestem śmieszna z tym swoim poczuciem misji życiowej. Nie zabolało mnie to, ponieważ tego typu komentarze piszą ludzie sfrustrowani i niezadowoleni ze swojego jałowego życia, którzy patrzą jedynie na to, komu by tu przywalić i poprawić sobie tym samopoczucie. Zastanowiłam się jednak nad tym komentarzem i poczułam, że autor trafił w sedno. Nic na to nie poradzę, że istotnie czuję jakąś misję, aby nadawać dodatkową wartość rzeczom i sprawom, którymi się zajmuję. Chcę żyć „z filozofią”, gotować „z filozofią”, kupować „z filozofią”, pracować „z filozofią” i „z filozofią” zarabiać pieniądze, abym nie tylko ja czerpała z tego zadowolenie, ale również moi klienci. Dopiero wtedy czuję, że moje życie jest pełne i wartościowe. Czy jestem śmieszna z tą swoją „filozofią”? Mało mnie to obchodzi. Ważne, że ja się z tym dobrze czuję. Nic na to nie poradzę, widocznie... taka się już urodziłam :-) Ważne też, że Chłop również czuje ową misję życiową, dlatego postanowiliśmy wspólnie, dyskutując sobie wieczorami we dworze, że naszym marzeniem jest, aby dwór nie był już więcej świadkiem ordynarnych pijackich imprez, jakie miały tam miejsce za czasów rządów Politechniki Krakowskiej, ani nie stanowił pierdolnika dla „bonzów”.

-Trzeba było ci widzieć, jak ze łzami w oczach przedstawiciel Politechniki, który podpisywał protokół zdania dworu opowiadał, jakie to imprezy się tam odbywały oraz co i jak oni tam pili- dzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami Chłop. 

Siedząc sobie wieczorami we dworze, poza zasięgiem Internetu, z reprintem Izabeli Czartoryskiej na kolanach, pomiędzy jednym a drugim rozdziałem jej „Myśli różnych o sposobie zakładania ogrodów”, kształtowały się nasze wizje i marzenia dotyczące tego obiektu. Chcielibyśmy stworzyć nie kolejną w okolicy noclegownię, ale miejsce dla osób o nieco subtelniejszych i troszkę bardziej wyrafinowanych potrzebach. Ja wiem, że dla większości społeczeństwa narąbanie się alkoholem i zaliczenie chłopa czy baby, oczywiście cudzej, to wciąż podstawowe hobby. Wiem też jednak, że pośród tej degrengolady, małostkowości i płytkości są ludzie, którzy poszukują i wymagają od życia czegoś więcej. Chciałabym, aby choć cząstkę tego znaleźli u nas.

Dworska służbówka- widok sprzed dworu. 
W tej oficynie będzie przyszła siedziba naszego muzeum. 
Będziemy mieć dużo więcej miejsca na ekspozycję :-)

Dzięki naszemu muzeum chcemy tchnąć w to miejsce nieco kultury i edukacji. Chcemy wykorzystać nie tylko rodzinną historię, ale również dzieje regionu, które dla nas archeologów są niezwykle pociągające. W naszej najbliższej okolicy odnotowano stanowiska jeszcze z okresu neolitu, a małopolskie jaskinie zasiedlali ludzie nawet w paleolicie. Fajnie byłoby o tym wszystkim opowiadać turystom :-)
Nie życzymy też sobie, aby naszych przyszłych gości witała sztywna pani recepcjonistka w białym kołnierzyku, ale gospodarze tego miejsca, którzy nie boją się, ani nie wstydzą zakasać rękawy i obsłużyć swoich gości, ugotować, posprzątać, wyplewić ogródek, czy skosić trawę przed domem.

-Przecież będziemy żyć tak samo, jak w Zapuście- przekonuje mnie nieustannie Chłop.
Ja przytakuję, choć wiem, że 12 pokoi to nie 2, a gotowanie dla gości to „zabawa” na cały dzień.
Kiedy Chłop ma chwile zwątpienia, ja mawiam:

-Jakoś to będzie, razem damy sobie radę. W końcu zawsze nam wszystko wychodzi, za cokolwiek się nie zabieramy.

I tego się trzymamy. Mamy misję, aby zwrócić tożsamość temu miejscu i zdjąć z niego piętno PRL-u oraz wydumanych pretensjonalnych nazw. Myślę, że prosta nazwa „Dwór Feillów” będzie najlepsza, gdyż upamiętnia nazwisko jego założycieli, właścicieli i mieszkańców.
Zależy nam, aby stworzyć miejsce z klimatem, który narzuca sam obiekt.

Aby wyjaśnić Chłopu, co mam na myśli mówiąc o miejscu z klimatem, zaproponowałam mu wizytę w pewnym magicznym domu- w Jolinkowie. 


Tak się znakomicie składa, że między Jolinkowem, a dworem jest dystans około 50 km. Biorąc pod uwagę drogę z Zapusty do dworu, czyli 430 km, odległość do Joli skojarzyła mi się z przysłowiowym rzutem beretem. Mimo to, na skutek ostatniego etapu podjazdu, do Jolinkowa dotarłam blada. Jola ma ekstremalny podjazd pod dom, ale powiem Wam szczerze, było warto. Zarówno atmosfera tego miejsca, jak i widoki oraz osoba gospodyni, warta jest tych przeżyć. I pomyśleć, że to moi goście uważają niekiedy, że mieszkamy na końcu świata i równie bladzi, jak ja w Jolinkowie, wysiadają z auta. A mamy przecież podjazd asfaltem pod samą bramę.

Joli udało się wyczarować magiczną atmosferę- wiejską, artystyczną. Wystrój ten znakomicie wpisał się w starą, niedużą wiejską chatę. Tam po prostu chce się przebywać. 















Dobrze wyczułam, znając Jolę do tej pory jedynie z bloga, że jest to osoba ciepła, otwarta i skłonna do pomocy. W nowym miejscu zależy mi na współpracy z życzliwymi ludźmi, którzy nie będą nas traktować, jak konkurencję, ale podzielą się swoimi doświadczeniami, kontaktami, udzielą mądrych rad. W obcym otoczeniu jest to wartość bezcenna.

-Chciałabym wyczarować we dworze podobną atmosferę, jaką poczuliśmy w Jolinkowie- mówię do Chłopa podczas drogi powrotnej.

Oczywiście dwór narzuca nam inny styl, ale nie o to przecież chodzi, aby od kogoś kopiować pomysły, ale zainspirować się i urządzić przestrzeń po swojemu.
Na razie to tylko marzenia, ale najważniejsze, że mamy wspólny i jasno sprecyzowany cel. Niewiele jeszcze możemy zrobić w kwestii wyposażenia, ale powolutko robimy, co się da. W pokojach, które kiedyś będą reprezentacyjne, wieszamy śliczne kinkiety i obrazy. 




Cała reszta wyposażenia jest jeszcze mocno tymczasowa.
Oswajamy przestrzeń tworząc namiastkę przytulności.


Z pieskiem przytulniej :-)

Zamieniamy niewygodny materac na solidne łoże:






W "pokoju telewizyjnym" panuje jeszcze obskurny minimalizm, ale póki co, musi nam to wystarczyć:


Szafa też jest jeszcze mało dworska :-)




Ale jest :-)

Sama nie mogę jeszcze w to uwierzyć, że znów zaczynamy wszystko od początku.

A w sprawie głupich misjonarzy? Cóż, każdy Początek i każda Droga rozpoczyna się od głupca, który porzuciwszy swoje dotychczasowe życie, idzie radośnie w świat niosąc na plecach tobołek życiowych doświadczeń.


piątek, 6 września 2013

Wpis drastyczny zoologiczny.

Czy wiecie co to jest?


To jest ogonek.
A czy wiecie, czyj to jest ogonek?
Jest to ogonek bardzo milutkiego, puchatego i śliczniutkiego zwierzątka, które w Polsce zagrożone jest wyginięciem i objęte jest ścisłą ochroną. 
No to powiedzcie to, kurna, naszemu kotku!!!

Kilka dni temu, kiedy o 23.00 obsługiwałam zwierzęta i szykowałam się do snu, nasza kotka przyniosła i położyła mi pod nogi puchate nieżywe stworzonko. Przez 3 sekundy żywiłam nadzieję, że to może jakaś maskotka, którą wygrzebała w śmietniku. Ostatnio były u nas w gospodarstwie i dzieci i psy.  Naiwnie przemknęło mi przez głowę, że to może jest jakaś stara wyrzucona zabawka. Kiedy dotarł do mnie smutny fakt, że mój kochany kotek załatwił właśnie jednego z osobników gatunku zagrożonego wymarciem, zrobiło mi się słabo. Nie, nie nakrzyczałam na kotka. To atawizm przypisany jego naturze. Zaklęłam jedynie pod nosem plugawie, po czym zajęłam się tym, co robiłam, posprzątanie truchełka zostawiając na potem. Nie było żadnego "potem". Kotek stwierdził, że skoro prezentem pogardziłam, on go spożytkuje na sosób właściwy kotkom. Popielicę zatem zeżarł, pozostawiając na asfalcie za płotem jedynie puchaty ogonek. 

Mówi się, że zwierzęta zabijają tylko z głodu. W przypadku kotów nie jest to prawda, ponieważ moja kotka ma zawsze pełną miskę. Zachciało się jej po prostu dziczyzny.
Koty nie tylko zabijają, aby urozmaicić sobie dietę. Nie raz obserwowałam, jak moja kotka koszmarnie torturuje swoje ofiary. Są wśród nich zarówno myszy, jak i ryjówki. Czasem, o zgrozo, trafi się jej popielica.

źródło: wikipedia

Z popielicami pierwszy raz do czynienia mieliśmy w pierwszych dniach zasiedlenia domu w Zapuście. Okoliczności ich poznania, były równie drastyczne, jak pokazane wyżej zdjęcie samotnego ogonka. Znaleźliśmy bowiem dwa stworzonka... utopione w gospodarczym kiblu! Poprzedni właściciel nie uprzedził nas, że trzeba zamykać klapę od sedesu :-) Byliśmy w zbiorowym szoku jeszcze przez kilka kolejnych dni, ponieważ nie umieliśmy zidentyfikować martwych stworzonek. Co do licha mogło się utopić w kiblu, który miał połączenie z pomieszczeniami gospodarczymi, wiewórka, fretka, szynszyla? Wszystkie te stworzenia (prócz wiewórki oczywiście) znaliśmy jedynie z obrazków, zatem nie umieliśmy niczego wykluczyć. Zanim dotarł do nas fakt, że mieszkamy pod jednym dachem z popielicami, minęło trochę czasu.

Popielice to istotki, które nie są widoczne w naszym otoczeniu na co dzień, choć wiemy, że pomieszkują, a przynajmniej przebiegają po belkach naszego garażu. Wydają charakterystyczne dźwięki. Jesienią przychodzą w okolice naszych okien, aby konsumować winogron. Potem znikają zakopując się w ziemi i zapadają w zimowy sen.
Temu biedactwu nie było pisane doczekać w spokoju wiosny, bo mój rozpuszczony i rozpasany kotek postanowił popisać się swoimi łowieckimi umiejętnościami.

Kicia nasza kochana, która jest trzymana na półdzikim wypasie (czyli łazi gdzie chce, a u nas ma wikt i opierunek), zapałała do nas uczuciem, kiedy w czerwcu, zostawiwszy jej dostęp do wora karmy i litrów wody, wyjechaliśmy na 10 dni. Dla kota musiał to być szok. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Nasza nieustanna obecność była dla kotka czymś oczywistym. To my zawsze czekaliśmy, czy łaskawie zechce rano przyjść z całonocnej imprezki, by zaszczycić swoim wąsatym pyszczkiem miseczkę z karmą. Czasem zdarzało się, że nie przychodziła 3 dni, a ja zamartwiałam się, czy nie zeżarł jej jakiś lis. Tymczasem to my wywinęliśmy kici numer i skazaliśmy ją na samoobsługę. Obrażona była tylko 1 dzień, a ja głupia, powodowana wyrzutami sumienia, rozpieszczałam kotka od tego czasu niemiłosiernie. A to pasztecik, a to mięsko mielone, codziennie inne menu, dużo smaczniejsze, niż sama karma. Inna sprawa, że kotek po tych 10 dniach, mimo dostępu do karmy, mocno schudł. Trzeba było ją odkarmić. Widać tęskniła za nami i tym mnie rozmiękczyła. Jak tylko w miseczce pojawiło się coś więcej niż karma, kotek pokochał nas miłością kłopotliwą. Mianowicie kicia zaczęła przynosić nam prezenty. Nieżywe myszki (nie z domu, tylko gdzieś z pola) pojawiały się na wycieracze i pod drzwiami garażu, a nawet w miejscach nietypowych, chyba po to, abyśmy na pewno nie przeoczyli, jak kotek się stara i jak bardzo o nas dba. 


Cholera jasna!!!
Z dobroci kotka korzystała czasem Fiona, wiecznie głodna i również polująca na stworzenia mniejsze. Ja jestem osoba obrzydliwa i widok psa międlącego w pysku mysz po prostu mnie rozwala. Musiałam jednak nauczyć się negocjować z Fioną, która za kawał kiełbasy oddawała mi resztki truchełek starannie wyssanych z krwi. Dziwne (i pozytywne) jest to, że reszta psów nie łapie żywych stworzeń. Może świadczy to o degeneracji psów myśliwskich, z których zrobiliśmy kanapowce. Mam to w nosie, a nawet w dupie! Nie życzę sobie mordowania pod moim dachem większych od komara istot i już!

Z tej też przyczyny nigdy więcej nie zamierzam mieć kotów. To bzdura, mit i pieprzenie, że na wsi powinny być koty. Po co, do diabła? Żeby mi myszy do samochodu przynosiły? I co z tego, że kicia mordując i kładąc mi pod nogi popielicę wyraża do mnie głęboką miłość? Jestem wielce poruszona, ale na cholerę mi taka miłość?

Kocham moją kotkę, jestem do niej ogromnie przywiązana i czuję się odpowiedzialna zarówno za jej los jak i za to, że morduje stworzenia ginących gatunków. Mój kot ma u mnie do końca życia wikt i opierunek, gdziekolwiek nas los pośle. Nasz zbiorowy z Chłopem charakter nie jest jednak kompatybilny z charakterem kota (Chłop ma dodatkowo na koty alergię), dlatego oświadczam wszem i wobec, żadnych więcej kotów nie chcę mieć!

P.S.
Mogę zamilknąć na dłużej ponieważ: 
1. Wysypał mi się laptop (dziwnym trafem, tuż po wygaśnięciu gwarancji), co doporowadziło mnie do czarnej rozpaczy. Praca z blogerem na starym wolnym stacjonarnym komputerze to koszmar.

2. Jestem w trakcie składania wniosku o rozliczenie projektu remontu, co oznacza, że wyjaśniam urzędnikom wszelkie zawiłości języka polskiego. Tłumaczę na ten przykład, dlaczego na fakturze, zamiast deklarowanych we wniosku desek, widnieje pozycja „listwy strugane”. Uwierzcie mi, można popaść w obłęd:
Oto krótki fragment:

Poz. I.24 (dawniej I.25)- deski do wykonania półek, która na fakturze okazała się być listwą struganą. Jak wyjaśnił nam sprzedawca, aby nazwać produkt „deska” musi spełnić on określone parametry. Deska zatem o odpowiednich parametrach byłaby dużo droższa od zakupionej „listwy struganej”, która jest de facto deską, ale nie można jej tak formalnie nazwać. Towar potocznie zwany „deska”, a na fakturze „listwa strugana” spełnia w każdym detalu nasze wymagania do wykonania półek. Szukanie dużo droższego towaru pod nazwą handlową „deska” byłoby ekonomicznie nieuzasadnione.


I tak mam do wyjaśnienia 26 pozycji. Jeśli wyjdę z tego zdrowa na umyśle, obalę z Chłopem wódkę za stodołą!