„Ja strasznie lubię ludowe”!- Tymi słowami wita mnie każdej niedzieli dżingiel w Radiu Wrocław. Co tydzień bowiem, na antenie tegoż radia, prowadzona jest od 7.00 do 11.00 rano audycja „lista przebojów ludowych”. Gdy zaś w niedzielny poranek rozbrzmiewa ów dżingiel, jęczę i skrywam głowę pod poduszkę. Nie znoszę bowiem ludowych. Myślicie zapewne, że to przecież nic trudnego przełączyć się na inną stację. Otóż mylicie się. Po pierwsze następną stacją jest czeska rozgłośna katolicka i już sama nie wiem, co stanowi większy hardcore (zawsze myślałam, że Czesi to ateiści, a w najgorszym wypadku Husyci), ale po drugie i najważniejsze, dzielę przecież przestrzeń życiową z Chłopem. Nie wiem dlaczego, ale wyczuwam tu pewną perwersję, Chłop z entuzjazmem wita niedzielny poranek i energicznie kopie mnie pod kołdrą, abym rozpoczęła ten dzień, jak najszybciej. Ja zwlekam, ile tylko mogę, aż psy zaczynają nogami przebierać. Koło 9.00 wychodzę z łóżka, włączam tę nieszczęsną audycję, wysłuchuję sprośnych ludowych piosenek i patrzę na roześmiane pycho Chłopa radośnie pogwizdującego, powiedzmy, że w takt i rytm melodii. Pogwizdy owe są raczej z boku melodii, ale to i tak nie ma większego znaczenia, gdyż ludowe mają to do siebie, że tam nikt w melodii nie tkwi.
Z czym mam problem? Przecież bardzo lubię muzykę folkową. Uwielbiam kapele wywodzące swój rodowód od nurtu ludowego. Nie jestem natomiast w stanie przełknąć „źródła” owych inspirujących moich ulubieńców kapel.
Może cały problem tkwi w tym, że bozia dała mi jako taki słuch muzyczny? Chłop, mimo tylu swoich zalet, ani poczuciem rytmu, ani melodii, nie dysponuje. Radośnie więc rechocze tam, gdzie ja krzywię się, bo moje ucho nie może tego ścierpieć i niestety, czasem dołącza się on do kapeli swym „śpiewem”.
Podoba mi się bardzo otoczka, te starsze babeczki, które czerpią radość z tego, że się po prostu świetnie przy tym bawią, kolorowe stroje, ten dystans do siebie. Cieszy to, że mają radosne hobby, a nie tylko klepią różańce i modlą się o lekką śmierć.
Fajnie, niech to wszystko sobie będzie, ale dlaczego ja muszę tego słuchać?
Uwielbiam bawić się słowami, wyłuskiwać dwuznaczności, czy nawet wieloznaczności, tworzyć metafory, często te rubaszne, nie jestem jednak w stanie przyjąć bez jęków prostego, ludowego, podanego na tacy, sprośnego tekstu, śpiewanego przez bezzębnych staruszków, którzy niejednokrotnie narzekają, jaka to młodzież dziś ordynarna, niewychowana, bezczelna i wulgarna. Nie młodzi to stworzyli i nie oni tak śpiewają:
„Idzie Maryś drogą, komary ją gryzą,
urwała se lipkę, omiata se cipkę”
„Siedziała na dębie, dłubała se w zębie,
Myślały ludzie głupie, że grzebie se w dupie”.
„Srała baba srała w garnek malowany,
dupa jej furgała, jak stare organy”.
„Srała baba w garnek, aż po lesie grzmiało,
Przykryła fartuchem, żeby nie śmierdziało”.
„Na Bochurskim Dziale diabeł golił babę,
jak mi nie wierzycie kłaki leżą w życie”
„Cipka i kutasek wozili se piasek,
popatrz się kutasku jaka fura piasku”
„Jak szedłem z Dynowa najadłem się rzepy,
jaja mi stanęły jak dębowe cepy”
„Wisiały wisiały jaja u powały,
a te głupie dziwki myślały że śliwki”
„Co ja się najeździł siwymi koniami,
jeszczem tak nie użył jak między nogami”
„Żenił się nie będę, aż mi sto lat minie,
aż mi się fujarka w obwarzanek zwinie”
„Tańcowała baba z Pickiem:
Wybiła mu zęby cyckiem.
Teraz Picek zgubił zęby
Zrobiła się dupa z gęby
Wybiła mu zęby cyckiem.
Teraz Picek zgubił zęby
Zrobiła się dupa z gęby
Teroz Picek oślepiony,
Baba ściąga kalesony.
Oj, to stara ci cholera
Już do Picka się zabiera”.
Baba ściąga kalesony.
Oj, to stara ci cholera
Już do Picka się zabiera”.
Pewnego pięknego majowego dnia, wpadliśmy na pomysł wzięcia udziału w imprezie, znanej jako święto kultury południowosłowiańskiej, w Bolesławcu. W naszych okolicach bowiem mieszka sporo reemigrantów z terenów byłej Jugosławii. Kultywują oni stare obyczaje, mające swój rodowód zarówno w dawnej Polsce, jak i w Serbii, serbską kuchnię i folklor. Gwiazdą imprezy był cudnie śpiewający (o dziwo, można!) i tańczący zespół z Serbii „Lala”.
Naprawdę, doceniam profesjonalizm tego typu grup.
Niestety, nie można tego było powiedzieć o reszcie zawodzących uczestników, znanych nam właśnie z radiowej listy ludowych przebojów.
Jednym z elementów owej imprezy było przygotowanie serbskiej pity (która nic wspólnego ze znaną nam pitą z fastfoodów nie ma). Wodzirej, który z godziny na godzinę miał coraz bardziej w czubie, co rusz popijając z polskimi czy też rdzennymi Serbami, postanowił ożywić imprezę i wciągnąć na scenę jakiegoś faceta, na którym babinki mogłyby trochę sobie poużywać. Facecik miał bowiem posmakować trudu wałkowania ciasta na ową potrawę. I tu przebudził się mój Wewnętrzny Diabeł, gdyż wyczułam szansę na małą prywatną zemstę za ludowe. Jako zainteresowana nowinkami kulinarnymi, zaciągnęłam wcześniej Chłopa pod samą scenę. Teraz wystarczyło tylko lekko wymanewrować się do tyłu, dać oczami znać zawianemu, a więc podatnemu na manipulację, wodzirejowi, któregoż to facecika można sponiewierać. Tak, kochani, na scenę wszedł Chłop we własnej osobie, ku uciesze baby, która turlając się ze śmiechu cykała fotkę za fotką.
Konferansjer przedstawia Chłopa
Chłop przy pracy, cudowny widok :-)
Dumny z siebie Chłop wygląda tak, jak powyżej :-)
Chłop nie dał się sponiewierać. Wałkowanie ciasta to jedyna czynność, którą wykonuje on w kuchni. Uwielbia pierogi, a ja nie mam zdrowia, aby wyrabiać i wałkować ciasto. Do ciasta zakupiliśmy maszynę, ale jak mają być domowe pierogi, chłop musiał do perfekcji opanować sztukę wałkowania. Zamiast "bęcków" od babeczek i utrąbionego wodzireja, zyskał wielki szacun.
Po tych okropnych przeżyciach, które poraniły moje uszy, udaliśmy się na najlepszą na świecie kawę mrożoną, jaka podaje bolesławiecka Kurna Chata.
Kiedy ja delektowałam się kawą, Chłop dorwał się do cycatej baby:
Mówił potem, że była trochę drętwa.
Z naszymi "ulubieńcami" z listy przebojów ludowych mieliśmy okazję spotkać się na zamku Grodziec. Pojechaliśmy tam zwabieni obietnicą rekonstrukcji pojedynków średniowiecznych, a natknęliśmy się na "Swojaków". W albumie na facebooku napisałam najlepiej oddający moje uczucia komentarz: "niech je cholera weźmie po trzykroć!"
Kiedy już zabrzmiała czwarta piosenka, według nas taka sama jak pierwsza, nerwowo zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym zastrzelić basistę. Nie dosyć, że grał na roztrojonym basie, to w dodatku cały czas się mylił. Widząc moje dziwne zachowanie, zmierzające ani chybi do destrukcji jakiegoś elementu tej imprezy, żywego lub martwego, przechwycił nas strażnik. Po rewizji i sprawdzeniu ważności biletów wstępu, zaproponował zrobienie sobie z nim zdjęć, z czego skorzystaliśmy.
Więcej na ludowe na żywo się nie wybieramy!
Jako, że w tym temacie było wiele serbskich klimatów, zapraszam na prawdziwą, artystyczną, muzyczną serbską ucztę- Goran Bregovic- Kalashnikov.

















































