O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 2 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

sobota, 18 lutego 2012

Warszawa pod zaborami.

A jednak znalazłam w pudle ze strychu coś z czasów carskich :-)
Oto mapa z 1915 roku, opracowana przez prusaków dla terenu haniebnie zwanego "zachodnia Rosja".









Przy mapie znalazła się książeczka z widokówkami z czasów zaboru. Świadczą o tym pisane cyrylicą szyldy na budynkach:



W programie graficznym podciągnęłam jakość skanów, co pozwoliło zniwelować wyblakłe ze starości barwy.
Zezwalam na korzystanie z poniższych skanów do celów prywatnych i publikacji, pod warunkiem podania źródła oraz poinformowania mnie o tym fakcie.













Nie mogę oprzeć się puencie, jaka piękna była niegdyś Warszawa :-)

czwartek, 16 lutego 2012

Wnętrze starego pudła, cz.1.

Ostatnio zostawiłam Was w momencie, kiedy wybierałam się na strych ściągnąć pewne stare pudło, którego zawartość nie dawała mi spokoju. Szukałam tam też jakiejś inspiracji do artykułu dla prężnie rozwijającej się Gazety Kolekcjonera. Inspirację, nawiasem mówiąc, znalazłam gdzieś indziej, ale o tym następnym razem. Złożyliśmy też wniosek z PROW, odetchnęliśmy, że mamy to z głowy. Ze mnie zeszło powietrze, jak ze spuszczonego balonika. Miałam objawy "komputerowstrętu" oraz poczułam się intelektualnie wyeksploatowana. Kiedy wczoraj zadzwonił telefon z LGD z przeprosinami, że w pewnej kwestii zostaliśmy wprowadzeni w błąd i wniosek trzeba przeredagować i złożyć ponownie, opadły mi ręce. Ja pierdzielę! :-(

Zostawiłam wszystkie inne problemy na boku i do gabinetu wjechało "starożytne" pudło...



... i znów zrobił się burdel nie z tej ziemi. 


Czy ja nie mogłabym mieć chociaż przez pół dnia porządku?

Pudło zawierało głównie rachunki i plany firmy budowlanej, jaką prowadził w latach przedwojennych oraz w tracie wojny, brat pradziadka Chłopa. Jakim cudem te dokumenty przetrwały, oto zagadka. Brat pradziadka prowadził podczas wojny firmę we Lwowie. Według rodzinnych opowieści, papiery te zostały spakowane i wysłane po wojnie do Wrocławia już po ewakuacji rodziny ze Lwowa.

Pośród tych spisów, rachunków znalazłam kilka ciekawostek. Podzieliłam je na część artystyczną, o której dzisiaj, bo mam "rękodzielniczy nastrój" oraz część techniczną, szalenie ciekawą, być może nawet sensacyjną, z dokumentacją jeszcze z czasów austrowęgierskich. Ale o tym następnym razem, choć już dziś serdecznie zapraszam.

Ze stosu papierzysk wygrzebałam taką oto książeczkę, a przy niej maleńki notesik:


Notesik jest uboższą formą pamiętnika i zawiera wpisane ołówkiem dowody przyjaźni.




Notesik niewątpliwie należy do jakiegoś dziecka z rodziny Chłopa, ale póki co jeszcze go nie zidentyfikowaliśmy.

W osłupienie natomiast wprawiła mnie owa książeczka ze zwierzątkami. Autor, przez skromność zapewne, nie podpisał się pod tymi "częstochowskimi rymami".



Nie tylko strona artystyczna, ale również merytoryczna pozostawia wiele do życzenia:

Wydawało mi się, że lis wygląda trochę inaczej. 
Pewnie miało być ibis, a zecer, czy kto tam to składał, był na bani :-)


Pieczątka świadczy o tym, że właścicielem owej głupawej książeczki był małoletni w latach 30-tych wujek Chłopa. Mam nadzieję, że treść mu nie zaszkodziła. 


Wyobraźcie sobie, że zachowała się brylantyna, ale nie ryzykowałam otwieranie pudełka. Obawiam się, że mogłoby mi pęknąć w palcach.


Znalazłam też kilka pudełek całkiem rześkich zszywek:


Spośród planów, map, rachunków wygrzebałam rarytasy dla babeczek:





Znajduje się tam mnóstwo wzorów na fikuśne poduszki, koronki, hafty. Wszystko zbyt trudne, abym to ogarnęła.

Niemniej jednak ostatnio odczułam zaburzenie równowagi związane ze zbyt częstym przesiadywaniem przy komputerze (wyłącznie praca, żadne rozrywki) i zaczęłam tęsknić za chwilą, kiedy ruszę z kosiarką do sadu, zacznę sprzątać pomieszczenie na muzeum lub następną część strychu. Na wiosnę jednak trzeba jeszcze chwilę poczekać, więc wynajduję sobie inne prace ręczne.


W zeszłym roku narobiłam sporo przetworów oraz wina. Słoiki i butelki ubierałam w czapeczki z miękkiej kanwy. Wraz ze zużywaniem zawartości słoiczków i butelek, pustych czapeczek przybywa, leżą po kątach i się strzępią. Postanowiłam sukcesywnie je sobie obrębić, a nawet co nieco obhaftować:



Tak właśnie wypoczywam od wysiłku intelektualnego i mi z tym dobrze :-)

Kilka dni temu spotkała mnie przemiła niespodzianka. Od Jagody z  Chaty Magoda dostałam prezencik w postaci słoiczka z dżemem marchewkowym. I w ten sposób kawałeczek Chaty Magoda stoi na moim kredensie w jadalni :-) 
Bardzo dziękuję Jagódko za Twoje wielkie, dobre serducho i pamięć o nas :-)



I na koniec z innej beczki:
Dostaliśmy zaproszenie do wzięcia udziału w 12 edycji  Dni Otwartych zabytków Domów Przysłupowych 25-27 maja 2012 roku. Jest to święto na całych Łużycach po stronie Polskiej, Czeskiej i Niemieckiej. Przyznam, że mamy ogromne wątpliwości i mocno się wahamy co do wzięcia w tym roku udziału w tej imprezie. Naszą mocną stroną i wizytówką ma stać się muzeum, które będzie organizowane dopiero w tym roku i gotowe w przyszłym sezonie. Do maja tego roku nie zdążymy. Na razie zostaliśmy zaproszeni na warsztaty, które mają nam pomóc ogarnąć temat. 
Moim celem nie jest spoczywanie na laurach po osiedleniu się na wsi, ale bezustanne rozwijanie się poprzez nawiązywanie współpracy z tego rodzaju stowarzyszeniami i ideami, które promują podobne do naszych wartości.


środa, 8 lutego 2012

Wszędzie cię dopadną...


...przepisy unijne. Ale o tym za chwilę :-)

Zima, a szczególnie mroźny styczeń i luty miał być dla mnie czasem odpoczynku, nic nierobienia, ładowania wewnętrznych akumulatorów i szykowania się na nowy sezon turystyczny, szczeniaczkowy, remontowo-muzealny. Tymczasem z każdej strony jestem bombardowana zobowiązaniami i sprawami, które sama sobie narzuciłam. Biurko niemal skończone. Stoi na swoim miejscu. 


Do zrobienia zostały szufladki i półki, ale te elementy są rozrzucone po dwóch stodołach. Byłoby wielce niehumanitarne kazać Chłopu w te mrozy przeszukiwać nasze składy i dorabiać zniszczone elementy.

W ramach narzuconego sobie hasła „nigdy więcej nie tracić żadnych życiowych szans” zobowiązałam się też do regularnego pisania artykułów dla Gazety Kolekcjonera (TUTAJ mój kolejny artykuł o znanych już niektórym starym czytelnikom guzikach). Redakcja obiecuje bliżej nieokreślone profity w bliżej nieokreślonym czasie. I popędza. Fajnie, tylko że czuję, że tematów mi już brakuje, hm… A może to zwykłe przemęczenie? Do tego wszystkiego w kolejce po jakieś słowo pisane o Muzeum stoją lokalne portale, czego nie warto lekceważyć, ponieważ promocja na terenie powiatu to bardzo ważna sprawa.

Dzięki renowacji biurka zyskałam dodatkową przestrzeń do pracy. Papierzyska dotyczące wniosku PROW z salonu przeniosły się do gabinetu, a już wkrótce znikną nam z oczu. Jeszcze ostatnie poprawki, kilkukrotne sprawdzenie wniosku pod kątem ewentualnych błędów i niech idzie w cholerę dojrzewać w Urzędzie Marszałkowskim.


Właśnie sobie poszedł i zrobiło się czysto i milutko.




Przy okazji się pochwalę, jaką sobie zrobiłam teczkę na dokumenty Muzeum

Biurko koło biblioteczki zawłaszczyłam sobie na potrzeby dokumentacji Muzeum, pracy z laptopem oraz zamierzam w tym roku na urodziny, czyli w maju, kupić sobie wreszcie maszynę do szycia i tam właśnie się rozkładać z robótkami. Próby nauczenia mnie szycia na przedwojennych poniemieckich maszynach poskutkowały jedynie tym, że na długie lata obraziłam się i zniechęciłam do nauki oraz popadłam w kompleksy. Uznałam, że jestem zbyt beznadziejna, aby posiąść tę umiejętność.
 Guzik prawda! Nie święci garnki lepią, tym bardziej, że nie mam przecież dwóch lewych rączek, co udowodniłam już nie raz prezentując swoje prace ręczne. Poproszę zatem zdolne, szyjące dziewczyny o porady dotyczące zakupu maszyny. Na co zwracać uwagę, czego się wystrzegać, co jest absolutnie niezbędne dla początkującej?

Osobom zadziwionym, którym ręce opadają na mój kolejny pomysł oznajmiam, że uczyć się nowych rzeczy zamierzam do końca życia, aby nie skończyć, jak mój ojciec, który obecnie ma już zaawansowaną postać Alzheimera. Istnieje dosyć mocne przypuszczenie, że kiedy po zimie odwiedzę rodzinę, ojciec mnie nie pozna. Tak samo, jak przed laty jego matka, a moja własna babcia. Może to genetyczne?

Ale wróćmy do tematu. A jest to fragment dla ludzi o specyficznym, bliskim mojemu, poczuciu humoru :-)

Kiedy przerzucając papiery dotyczące wniosku z PROW, mieliśmy już wszystkiego dosyć, a tabelki skakały nam przed oczami, jak wściekłe króliki, Chłop zapytał:
-Czy widziałaś unijną instrukcję obsługi, jaka wisi na drzwiach w kiblu w LGD?

LGD to Lokalna Grupa Działania, w której siedzibie mieliśmy szkolenie dotyczące wypełniania wniosków.

-Nie. Jakoś nie rozglądałam się na boki- mówię zaciekawiona. –Wydaje mi się, że potrafię korzystać z toalety.

Potem okazało się, że rzeczywiście, tylko mi się tak wydawało.

Kiedy Chłop próbuje mi streścić, co widniało w instrukcji, mówię:

-Jedź do nich i zrób po prostu fotkę.

Oczywiście fotka została zrobiona przy okazji, ponieważ w trakcie wypełniania wniosku trzeba było podjechać do LGD uzupełnić pewne kwestie.

Nic na to nie poradzę, że śmieszą mnie takie tematy. Ze zdziwieniem reaguję na ludzi, dla których temat wydalania stanowi tabu, oburzają się i nie potrafią nazywać kupy kupą, tylko wymyślają jakieś neologizmy i wymijające wypowiedzi, które zaciemniają obraz sytuacji i nakazują współrozmówcy domyślać się, o co do licha chodzi? A może moja mała wrażliwość w tym temacie została ukształtowana poprzez ciągłą opiekę nad zwierzętami, podcieranie dupeczek szczeniętom i wieczne sprzątanie psich kup z  posesji? W każdym razie to, co zobaczyłam na drzwiach toalety w LGD okropnie mnie rozśmieszyło, choć też i lekko wstrząsnęło, ale nie zmieszało i w ramach prewencyjnego ćwiczenia mózgu (genetyczne zagrożenie Alzheimerem) skłoniło do głębszej analizy.

Przyjrzyjmy się zatem wspólnie wymogom (rozumiem, że unijnym, skoro wiszą w LGD) dotyczącym użytkowania toalety:


Oto jedyna dopuszczalna pozycja. Dodam jeszcze, że kibelek był koedukacyjny. Być może w głębi były pisuary, nie szukałam. Jeśli nie, facetom współczuję nakazu siusiania na siedząco.
Jeśli o mnie chodzi, to jest znakomita instrukcja, jak skutecznie wymienić się bakcylami chorobotwórczymi z całym powiatem. Chłop się przyznał, że wbrew instrukcji skorzystał na stojąco i że nie było pisuaru. Ja też jakoś inaczej sobie poradziłam- bezdotykowo. Może nie trzeba było się przyznawać, żeby nam wniosku nie wycofali? Skoro wnioskodawca kręci i omija prawo już w toalecie, to może i we wniosku kłamie? :-D


Siusianie do zamkniętego kibelka? Wierzę, że może się coś takiego wydarzyć, ale chyba po osiągnięciu pewnego i to wysokiego poziomu stężenia promili we krwi :-D



Pozycja na skoczka narciarskiego tuż przed wyjściem z progu. Trochę moim zdaniem niewygodna. Gdyby nie instrukcja, nigdy nie przyszłoby mi do głowy w ten sposób skorzystać z toalety. Czuję się zażenowana moją ubogą wyobraźnią :-D


Tu się zaniepokoiłam. Będę jeszcze nie raz korzystać ze szkoleń w siedzibie LGD. Znam możliwości swojego organizmu. Kiedy tematem są finanse, rachunki i tabelki, mój humanistyczny żołądek skręca się i zwija w bólach. Co mam zrobić, jeśli będę musiała ulżyć sobie górą? Czy mam puścić pawia na podłogę, czy może przez okno? Wszak właśnie w ten zakazany sposób- obejmując czule "porcelanowego mumina"- użytkuję swój domowy kibelek, kiedy zachodzi taka potrzeba.


Matko boska! Pozycja na pieska i to w dodatku dominującego. To się rozpoznaje po wysokości podniesionej nogi :-)
-A da się tak?- pytam Chłopa, który równie zafascynowanym wzrokiem wpatruje się w ten obrazek, niczym w pikantną scenę z Kamasutry. 
-Nie próbowałem- mówi z żalem, a ja się zastanawiam, czy przypadkiem nie skorzysta z pierwszej nadarzajacej się okazji.


Tego obrazka nie da się skomentować żadną znaną mi słowną formą artystycznego wyrazu. Jest to arcydzieło ludzkiej myśli. Być może dlatego mnie tak poruszyło, iż nie mam zamiłowań wędkarskich. Tydzień myślałam, co też mogłoby skłonić wędkarza do moczenia wędki w kiblu i z pomocą przyszła mi misyjna telewizja polska. W jednej z reklam prostamolu starszy pan -wędkarz- ma wyraźne kłopoty z prostatą. Co rusz musi biegać oddawać mocz w krzaki, porzucając wędki i tracąc okazje złapania "taaakiej ryby". Teraz wszystko rozumiem. Dotknięci problemami prostaty wędkarze mają po prostu problem rozwiązany. Mogą moczyć kija nie robiąc przerw na siusiu. Co można złapać na wędkę w toalecie? We Wrocławiu na pewno szczura, a bywa, że i anakondę :-D

Ponad rok temu zelektryzowała mnie informacja w radio, że w kibelku jednego z wrocławskich mieszkań znaleziono anakondę. Spróbowałam to sobie wyobrazić. Budzę się rano, zaspana otwieram klapkę, a tu... dwa metry anakondy! Jaka jest pierwsza moja myśl? A to już zależy od sytuacji:

-Jezus Maria, za dużo chyba wczoraj wypiłam” albo:
-Jesus Maria, jakie grzybki wczoraj jadłam?
-Jesus Maria, czy to co łyknęłam przed snem, to był na pewno apap?

A co dzieje się pomiędzy odkryciem znaleziska i podaniem do publicznej wiadomości informacji o tym fakcie? Jakie do licha są procedury, gdy znajdzie się anakondę w kiblu?! Dzwoni się na policję, do zoo czy do szpitala psychiatrycznego?!?!

Zostawiam Was z tymi toaletowymi dylematami, udaję się na strych i w poszukiwaniu inspiracji dla cyklu artykułów ściągam pudło ze "skarbami", o czym pewnie niebawem i tu napiszę.