...przepisy unijne. Ale o tym za chwilę :-)
Zima, a szczególnie mroźny styczeń i luty miał być dla mnie
czasem odpoczynku, nic nierobienia, ładowania wewnętrznych akumulatorów i
szykowania się na nowy sezon turystyczny, szczeniaczkowy, remontowo-muzealny.
Tymczasem z każdej strony jestem bombardowana zobowiązaniami i sprawami, które
sama sobie narzuciłam. Biurko niemal skończone. Stoi na swoim miejscu.
Do
zrobienia zostały szufladki i półki, ale te elementy są rozrzucone po dwóch
stodołach. Byłoby wielce niehumanitarne kazać Chłopu w te mrozy przeszukiwać
nasze składy i dorabiać zniszczone elementy.
W ramach narzuconego sobie hasła „nigdy więcej nie tracić
żadnych życiowych szans” zobowiązałam się też do regularnego pisania artykułów
dla Gazety Kolekcjonera (
TUTAJ mój kolejny artykuł o znanych już niektórym starym czytelnikom guzikach). Redakcja obiecuje bliżej nieokreślone profity w bliżej
nieokreślonym czasie. I popędza. Fajnie, tylko że czuję, że tematów mi już
brakuje, hm… A może to zwykłe przemęczenie? Do tego wszystkiego w kolejce po
jakieś słowo pisane o Muzeum stoją lokalne portale, czego nie warto lekceważyć,
ponieważ promocja na terenie powiatu to bardzo ważna sprawa.
Dzięki renowacji biurka zyskałam dodatkową przestrzeń do
pracy. Papierzyska dotyczące wniosku PROW z salonu przeniosły się do gabinetu,
a już wkrótce znikną nam z oczu. Jeszcze ostatnie poprawki, kilkukrotne
sprawdzenie wniosku pod kątem ewentualnych błędów i niech idzie w cholerę
dojrzewać w Urzędzie Marszałkowskim.
Właśnie sobie poszedł i zrobiło się czysto i milutko.
Przy okazji się pochwalę, jaką sobie zrobiłam teczkę na dokumenty Muzeum
Biurko koło biblioteczki zawłaszczyłam sobie na potrzeby
dokumentacji Muzeum, pracy z laptopem oraz zamierzam w tym roku na urodziny,
czyli w maju, kupić sobie wreszcie maszynę do szycia i tam właśnie się
rozkładać z robótkami. Próby nauczenia mnie szycia na przedwojennych
poniemieckich maszynach poskutkowały jedynie tym, że na długie lata obraziłam
się i zniechęciłam do nauki oraz popadłam w kompleksy. Uznałam, że jestem zbyt
beznadziejna, aby posiąść tę umiejętność.
Guzik prawda! Nie święci garnki
lepią, tym bardziej, że nie mam przecież dwóch lewych rączek, co udowodniłam
już nie raz prezentując swoje prace ręczne. Poproszę zatem zdolne, szyjące
dziewczyny o porady dotyczące zakupu maszyny. Na co zwracać uwagę, czego się
wystrzegać, co jest absolutnie niezbędne dla początkującej?
Osobom zadziwionym, którym ręce opadają na mój kolejny
pomysł oznajmiam, że uczyć się nowych rzeczy zamierzam do końca życia, aby nie
skończyć, jak mój ojciec, który obecnie ma już zaawansowaną postać Alzheimera.
Istnieje dosyć mocne przypuszczenie, że kiedy po zimie odwiedzę rodzinę, ojciec
mnie nie pozna. Tak samo, jak przed laty jego matka, a moja własna babcia. Może
to genetyczne?
Ale wróćmy do tematu. A jest to fragment dla ludzi o specyficznym, bliskim mojemu, poczuciu humoru :-)
Kiedy przerzucając papiery dotyczące wniosku z PROW, mieliśmy
już wszystkiego dosyć, a tabelki skakały nam przed oczami, jak wściekłe
króliki, Chłop zapytał:
-Czy widziałaś unijną instrukcję obsługi, jaka wisi na drzwiach w
kiblu w LGD?
LGD to Lokalna Grupa Działania, w której siedzibie mieliśmy
szkolenie dotyczące wypełniania wniosków.
-Nie. Jakoś nie rozglądałam się na boki- mówię zaciekawiona.
–Wydaje mi się, że potrafię korzystać z toalety.
Potem okazało się, że rzeczywiście, tylko mi się tak
wydawało.
Kiedy Chłop próbuje mi streścić, co widniało w instrukcji,
mówię:
-Jedź do nich i zrób po prostu fotkę.
Oczywiście fotka została zrobiona przy okazji, ponieważ w
trakcie wypełniania wniosku trzeba było podjechać do LGD uzupełnić pewne
kwestie.
Nic na to nie poradzę, że śmieszą mnie takie tematy. Ze
zdziwieniem reaguję na ludzi, dla których temat wydalania stanowi tabu, oburzają
się i nie potrafią nazywać kupy kupą, tylko wymyślają jakieś neologizmy i
wymijające wypowiedzi, które zaciemniają obraz sytuacji i nakazują
współrozmówcy domyślać się, o co do licha chodzi? A może moja mała wrażliwość w tym temacie została ukształtowana poprzez ciągłą opiekę nad zwierzętami, podcieranie
dupeczek szczeniętom i wieczne sprzątanie psich kup z posesji? W każdym
razie to, co zobaczyłam na drzwiach toalety w LGD okropnie mnie rozśmieszyło,
choć też i lekko wstrząsnęło, ale nie zmieszało i w ramach prewencyjnego
ćwiczenia mózgu (genetyczne zagrożenie Alzheimerem) skłoniło do głębszej
analizy.
Przyjrzyjmy się zatem wspólnie wymogom (rozumiem, że unijnym, skoro wiszą w LGD) dotyczącym użytkowania toalety:
Oto jedyna dopuszczalna pozycja. Dodam jeszcze, że kibelek był
koedukacyjny. Być może w głębi były pisuary, nie szukałam. Jeśli nie, facetom
współczuję nakazu siusiania na siedząco.
Jeśli o mnie chodzi, to jest znakomita instrukcja, jak
skutecznie wymienić się bakcylami chorobotwórczymi z całym powiatem. Chłop się przyznał, że wbrew instrukcji skorzystał na stojąco i że nie było pisuaru. Ja też jakoś inaczej sobie poradziłam- bezdotykowo. Może nie trzeba było się przyznawać, żeby nam wniosku nie wycofali? Skoro wnioskodawca kręci i omija prawo już w toalecie, to może i we wniosku kłamie? :-D
Siusianie do zamkniętego kibelka? Wierzę, że może się coś takiego wydarzyć, ale chyba po osiągnięciu pewnego i to wysokiego poziomu stężenia promili we krwi :-D
Pozycja na skoczka narciarskiego tuż przed wyjściem z
progu. Trochę moim zdaniem niewygodna. Gdyby nie instrukcja, nigdy nie
przyszłoby mi do głowy w ten sposób skorzystać z toalety. Czuję się zażenowana
moją ubogą wyobraźnią :-D
Tu się zaniepokoiłam. Będę jeszcze nie raz korzystać ze
szkoleń w siedzibie LGD. Znam możliwości swojego organizmu. Kiedy tematem są finanse,
rachunki i tabelki, mój humanistyczny żołądek skręca się i zwija w bólach. Co
mam zrobić, jeśli będę musiała ulżyć sobie górą? Czy mam puścić pawia na
podłogę, czy może przez okno? Wszak właśnie w ten zakazany sposób- obejmując
czule "porcelanowego mumina"- użytkuję swój domowy kibelek, kiedy zachodzi taka
potrzeba.
Matko boska! Pozycja na pieska i to w dodatku dominującego. To się rozpoznaje po wysokości podniesionej nogi :-)
-A da się tak?-
pytam Chłopa, który równie zafascynowanym wzrokiem wpatruje się w ten obrazek,
niczym w pikantną scenę z Kamasutry.
-Nie próbowałem- mówi z żalem, a ja się
zastanawiam, czy przypadkiem nie skorzysta z pierwszej nadarzajacej się okazji.
Tego obrazka nie da się skomentować żadną znaną mi słowną
formą artystycznego wyrazu. Jest to arcydzieło ludzkiej myśli. Być może dlatego
mnie tak poruszyło, iż nie mam zamiłowań wędkarskich. Tydzień myślałam, co też
mogłoby skłonić wędkarza do moczenia wędki w kiblu i z pomocą przyszła mi
misyjna telewizja polska. W jednej z reklam prostamolu starszy pan -wędkarz- ma
wyraźne kłopoty z prostatą. Co rusz musi biegać oddawać mocz w krzaki,
porzucając wędki i tracąc okazje złapania "taaakiej ryby". Teraz wszystko
rozumiem. Dotknięci problemami prostaty wędkarze mają po prostu problem rozwiązany.
Mogą moczyć kija nie robiąc przerw na siusiu. Co można złapać na wędkę w
toalecie? We Wrocławiu na pewno szczura, a bywa, że i anakondę :-D
Ponad rok temu zelektryzowała mnie informacja w radio, że w kibelku jednego z wrocławskich mieszkań znaleziono anakondę. Spróbowałam to sobie wyobrazić. Budzę się rano, zaspana otwieram klapkę, a tu... dwa metry anakondy! Jaka jest pierwsza moja myśl? A to już zależy od sytuacji:
-Jezus Maria, za dużo chyba wczoraj wypiłam” albo:
-Jesus Maria, jakie grzybki wczoraj jadłam?
-Jesus Maria, czy to co łyknęłam przed snem, to był na pewno apap?
A co dzieje się pomiędzy odkryciem znaleziska i podaniem do publicznej wiadomości informacji o tym fakcie? Jakie do licha są procedury, gdy znajdzie się anakondę w kiblu?! Dzwoni się na policję, do zoo czy do szpitala psychiatrycznego?!?!
Zostawiam Was z tymi toaletowymi dylematami, udaję się na strych i w poszukiwaniu inspiracji dla cyklu artykułów ściągam pudło ze "skarbami", o czym pewnie niebawem i tu napiszę.