O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

środa, 21 sierpnia 2013

Tylko usiąść i płakać.

Remont naszego muzeum robiony jest na raty, dlatego trwa to tak długo. Z resztą, inaczej to przeprowadzić byłoby niemożliwe, ponieważ na dużym gospodarstwie skupienie się na jednej tylko sprawie jest nierealne. Odczuwamy skutki intensywnej pracy, która trwa od wiosny. W tym sezonie nie mamy nawet kiedy pochodzić sobie po naszych pięknych Izerach. Blog turystyczny z tego powodu chwilowo leży i kwiczy :-(

Po wizycie telewizji jeleniogórskiej, która robiła reportaż o naszym muzeum i na którą to okazję, w połowicznie gotowej, sali naprędce ułożyliśmy ekspozycję, trzeba było zrobić kolejny raz rozpierduszkę. Tym razem czekało mnie malowanie pomieszczenia farbą kolorową (podkładowa farba biała była już położona), a Chłopa instalacja oświetlenia. Wydawało się, że wszystko poszło gładko. Chłop z pomocą sąsiada założył wszystkie puszki, kontakty i lampy, ja pierdyknęłam na ścianę Dulux o słodkiej nazwie „błękitna chmurka”. Zrobiło się na kilka dni cudnie, przytulnie, elegancko nawet. 


I wtedy właśnie ta pieprzona chmurka zaczęła się marszczyć! Aaaaa...



Zrobiło mi się słabo. Przyczyny łuszczenia się farby do końca nie poznałam. Mam kilka podejrzeń. Po pierwsze, tynk mógł być jeszcze nie dosuszony. Położyliśmy bardzo grubą warstwę (ze 2 tony na całe pomieszczenie), ponieważ ściany były dziurawe i krzywe. Po drugie, farba podkładowa- najtańsza akrylowa emulsja, mogła być podłej jakości i być niekompatybilna z farbą Dulux. Po trzecie, farba Dulux mogła być zleżała. Farbę zakupiłam w okolicznym markecie budowlanym tańszą o ok 20% niż w innych sklepach. Są to farby drogie, zatem okazja była niebywała. Nie jestem jakaś głupia, zatem przed zakupem starannie sprawdziłam zarówno rok produkcji (2010), jak i datę ważności (2014). Nic nie wzbudziło moich podejrzeń, po otwarciu farba prezentowała się normalnie, pięknie rozsmarowywała się po ścianie, zatem co za cholera?

Miałam dwa wyjścia, usiąść i zapłakać nad straconym czasem, pracą i pieniędzmi wyrzuconymi w błoto lub odłożyć rozwiązanie problemu na czas późniejszy i zająć się czymś przyjemnym i pożytecznym. Wybrałam opcję drugą. Podczas gdy Chłop w pocie czoła usilnie pracował i pracuje nad półkami do ekspozycji, ja maluję makietę domu przysłupowego, która będzie istotnym elementem dekoracji wnętrza.





Nie odpuszczam detalom :-)

Aby uprzyjemnić sobie ostatnie dni remontu (do końca sierpnia ma to być pi razy oko gotowe, a do końca września przygotowane do kontroli, czyli gotowe na cacy) powróciłam do mojej ulubionej (obok frywolitki) rękodzielniczej aktywności- pirografii. 



Nabyłam gotowe drewniane podstawki pod kubeczki o wymiarach 10x10 w dwóch kształtach, okrągłym i kwadratowym z zaokrąglonymi rogami. Malowanie ogniem, które koi moje nerwy, pozwala mi psychicznie się przygotować do ponownego przemalowania całej sali. Żeby kłopotów z tą farbą było mało, okazało się, że barwa „błękitna chmurka” nie jest już produkowana i będę musiała wybrać podobny odcień z nowej palety (bezkresny ocean, czy coś w tym stylu). Wątpię, czy to będą identyczne tony barw, zatem nie czeka mnie jedynie retusz i położenie ponownie farby w miejsce złuszczonej, ale przemalowanie na nowo całego wnętrza. To, że nie lecą tu wyrazy ogólnie uznane za obelżywe zawdzięczam swojej terapii ogniem :-)

Być może niektórzy z Was są ciekawi warsztatu pracy z pirografem i zechcą poznać techniczną stronę tego co sobie tworzę. Na te osoby czeka niespodzianka na moim blogu Slow Travel.
Zatem, jeśli chcesz:
-dowiedzieć się, dlaczego nigdy więcej nie umieszczę reklam na moich blogach
-poznać moje kłopoty z pirografem
-zrozumieć wyższość PRL-u nad czasami współczesnymi
-wziąć udział w losowaniu kompletu podstawek

Serdecznie zapraszam na wpis:




środa, 7 sierpnia 2013

Spektakl dźwiękowy na starą rurę.

Burrrr… szurrr….brumbrumbrum…jeb, jeb, jeb, brummmm…. Nie wiem, jakimi słowy opisać dźwięk, który nagle rozległ się z dupy strony naszego wiekowego, kochanego staruszka, dwudziestoletniego seata. Owe jeb, jeb jeb było wbrew pozorom dźwiękiem optymistycznym, ponieważ świadczyło o tym, że rura wydechowa się jedynie urwała, ale nie odpadła i nie została gdzieś w krzakach na pięknej ziemi dobczyckiej. Póki słyszałam jeb, miałam nadzieję na niezbyt kosztowne rozwiązanie tego problemu.

-Jezu Chryste- jęknęłam kuląc się w fotelu- Czy nas ktoś przeklął?

Wracając z wycieczki po zamku w Dobczycach zażyczyłam sobie powrotu do domu trasą turystyczną, która biegnie od południa jeziora. Mimo urwanej rury, warto było zobaczyć ten krajobraz. Rura urwałaby się tak czy siak gdzieś w trasie, ponieważ mocno oberwała podczas awarii zawieszenia i trzymała się zapewne na jednym włosku, a widoki były bezcenne. Chwilami miałam wątpliwości, czy jestem w Prowansji, czy w Polsce. To jezioro pośród pagórków przywołało wspomnienie wiosennej wycieczki. Nie zrobiłam fotek, bo nie bardzo było się gdzie zatrzymać na tych serpentynkach, ale na pewno będę miała jeszcze niejedną okazję, aby dzielić się z czytelnikami walorami tego regionu, jak przez ostatnie 3 lata dzieliłam się krajobrazami z Pogórza Izerskiego.

Wracając do domu (jakże szybko zaczęłam myśleć o tym miejscu, jak o domu, bo tam dom twój, gdzie szpic twój :-)... 

Gaja na Woli

...otoczona upojnymi dźwiękami startującej rakiety kosmicznej, radowałam się, że pieski grzecznie zaakceptowały nowe miejsce już pierwszego dnia i zostały w domu. Jaskier by tego chyba nie przetrwał. Wróć! Ja przy Jaskrze bym tego nie przetrwała, ponieważ tego typu częstotliwości sprawiają, że mój piesek, zamiast grzecznie bać się w jakimś kąciku (jak to dyskretnie czynią suczki), próbuje schować się w jakikolwiek otwór mojego ciała. Napiera wówczas na mnie 40 kilo wijącej się masy. Tu przypomina mi się zawsze wystawa na lotnisku aeroklubu w Jeleniej Górze, kiedy ringi były usytuowane tuż przy pasie startowym. Samoloty startowały 5 metrów od nas i jak szpica swojego kocham, Jaskier ani drgnął. Przywieźliśmy wtedy dwa tytuły Zwycięzcy Młodzieży (Jaskier i Fiona), między innymi za doskonałą psychikę. Widać piesek mi starość wyraźnie zgłupiał.
Trzymając się za twarz, bo od tych dźwięków zęby mnie rozbolały, odliczałam kilometry, jakie pozostały nam do celu.

Wycieczka do Dobczyc, rozpoczęta przy płocie, za którym pasły się koniki, a zakończona spektaklem dźwiękowym, była jednym z ciekawszych punktów naszego pobytu na Woli pomiędzy kolejnymi naprawami samochodu. Wybraliśmy się bowiem do zamku i do położonego nieopodal skansenu. Z wielu powodów ten ostatni bardzo nas interesował. Ale po kolei.


Zamek w Dobczycach, a w zasadzie jego resztki, stanowi dla mnie akceptowalną formę adaptacji ruin do celów wystawienniczych i turystycznych. Użytkownik ruin, PTTK, nie silił się bowiem na tworzenie wydumanych rekonstrukcji, jak to spotkało niejedne „odwieczne” ruiny, a które tak naprawdę są niczym innym, jak zniszczeniem zabytku. Wiem, że jest to temat kontrowersyjny i podejście do niego jest bardzo subiektywne, ale ja osobiście wolę oglądać w krajobrazie malownicze ruiny (w odpowiedni sposób zabezpieczone przed dalszym niszczeniem), niż powstałe z nich na siłę kompletnie wydumane i wzięte z sufitu „paradisneyowskie” zamki. Pisząc to mam na myśli choćby Bobolice, które dla mnie są przykładem smutnej dewastacji autentycznej materii. Choć dla wielu czytelników senator Lasecki jest bohaterem i miłośnikiem zabytków (chroń nas boże przed takimi "miłośnikami"), dla mnie to kolejny przykład władzy pieniądza i układów w tym kraju. W Polsce jest tyle ziemi do nabycia, że jeśli jakiś „kacyk” chce odstrzelić sobie pałac, może to zrobić niekoniecznie kosztem zniszczenia zabytku. W każdym razie zamek w Dobczycach, w obecnym swoim kształcie, pogodził wg mnie potrzebę ekspozycji artefaktów z zachowaniem obiektu zabytkowego we w miarę niezmienionej formie.



Podoba mi się, bo mamy taki sam
 strop w obecnej sali muzeum :-)

W dobczyckim zamku znajduje się sporo ciekawych artefaktów związanych z tym właśnie miejscem, sięgających różnych epok. Historia tego obiektu jest niezwykle ciekawa. Położony o dzień drogi konnej jazdy od Krakowa, stanowił niegdyś miejsce wypoczynku i nauki dla królewskich potomków. To właśnie tam Jan Długosz pisał część swych kronik i wychowywał królewiczów.





Polożony tuż obok zamku skansen wywołał u mnie uczucie zazdrości. Nie ma co ukrywać, z naszymi artefaktami wiejskimi im nie podskoczymy. 










Chłop widzi to inaczej i może ma rację. Siłą rzeczy przywieziemy ze sobą "niemieckie" maszyny i sprzęty w dużej mierze z Pogórza Izerskiego. Postaramy się znaleźć taką formułę dla naszego muzeum, aby turyści nie musieli wybierać czy obejrzą nasz, czy obiekt w Dobczycach. Niech oba będą równie interesujące, każdy na swój indywidualny sposób.

Muszę szczerze przyznać, że na każdym kroku zatrzymywałam się i chłonęłam polską historię. Wychowana pośród poniemieckich zgliszczy, zniszczonych kapliczek i pomników, zdewastowanych starych cmentarzy i kamienic, smakowałam, jak cukierki każdy napotkany przejaw polskości sprzed 1945 roku.



Aż zaczęłam zazdrościć mieszkańcom tej ciągłości kulturowej. Objawia się ona tym, ze w ostatnich latach przynajmniej ta część Małopolski została ogarnięta, odnowiona, wypieszczona, ponieważ ludzie mniej lub bardziej świadomie czują więź ze swoimi przodkami. Historia tych ziem jest ich własną historią. Stojąc pod jedną z wielu kapliczek sygnowanych w połowie XIX wieku polskim językiem, jako Dolnoślązaczka poczułam się uboga i odarta ze swojej tożsamości.


Przemierzając w ostatnią sobotę szlak Via Regia wdałam się w dyskusję na podobny temat. Padały argumenty, że my, Dolnoślązacy, jesteśmy uprzywilejowani, wielkokulturowi, ponieważ mamy okazję pielęgnować nie tylko korzenie swoich rodziców, ale również zastaną po wojnie obcą kulturę. To ma nas wyróżniać pomiędzy innymi Polakami, którzy często są jednokulturowi, a tym samym może i ksenofobiczni.
Nie zgadzam się z tym poglądem, choć rozumiem, jak bardzo jest to sprawa indywidualna. Mimo opowieści zasłyszanych w domu o życiu mamy na wsi wielkopolskiej, nie identyfikuję się z tym miejscem ani na jotę. Ojciec nic nie opowiadał o swoim życiu pośród beskidzkich górali, zatem tym bardziej nie czuję z nimi żadnych więzi. Mam jednak ogromną ochotę odkryć ten kawałek swojej rodzinnej historii. Po przeprowadzce będzie ona tuż za miedzą od rodzinnych posiadłości Chłopa. Co tu ukrywać, ciągnie mnie genetyczna pamięć w góry :-)

"Nasza" kapliczka na Woli przy dworze ufundowana przez praprababkę Chłopa.
Zapomniałam zrobić zbliżenia napisów, co nadrobię niebawem :-)

Wracając do rzekomego dolnośląskiego bogactwa kulturowego, to osobiście czuję się nie tyle wielokulturowa, co bezkulturowa. Wszystko to, co robimy tutaj na Pogórzu w kwestii zachowania wiedzy na temat historii tej ziemi, robimy jako jej opiekunowie, a nie jako kontynuatorzy. Nie do końca umiemy się identyfikować z tymi artefaktami, ponieważ instynktownie czujemy, że do nas nie należą. Urodziliśmy się na Dolnym Śląsku, jest to i będzie zawsze nasza ojczyzna, za którą niejeden raz zatęsknimy, jednak nie ma tu naszej historii. Możemy jedynie oswajać cudzą i uporczywie powtarzać, że skoro nie mamy własnej, ta porzucona po 45 roku, powinna stać się naszą.
Oto cała tajemnica, dlaczego tak trudno jest zaszczepić ludziom na naszym terenie świadomość, gdzie żyją i co było przed nimi.  

A rura? Na szczęście nie odpadła, zatem Chłop, błysnąwszy parafrazą „nie ma takiej rury, której nie dałoby się zatkać” pomaszerował do sąsiada- pana Józia- dysponującego spawarką. Cóż, na Wolę przywieźliśmy ze sobą prawie wszystko- kaloryfer, telewizor, maszynę do pieczenia chleba, ale spawarka została w domu :-)


czwartek, 1 sierpnia 2013

Perła pośród zgliszczy.

Gdzie można spotkać ciekawych ludzi?
Ciekawych ludzi można spotkać w różnych miejscach: na wycieczce, w teatrze, w kawiarni, w Internecie (tu uwaga, bo w necie można też natknąć się na prawdziwych świrów udających jedynie ciekawych ludzi, aaa...!!!). 
Ja ciekawych ludzi spotkałam… w Lidlu na zakupach :-)

Jakoś tak się złożyło, że Lausie chcieli poznać nas, my chcieliśmy poznać Lausie, myśl poszła w eter i zmaterializowała się przy lodówce z homogenizowanymi serkami. Niewyjaśnione są ścieżki Opatrzności :-)

Lausie to pracownia rękodzielnicza, która ma swoją siedzibę w naszym gminnym miasteczku- Olszynie.
No właśnie… Olszyna. Duża wieś, która już za naszej tutaj bytności dostała status miasteczka, mimo że nigdy w czasach historycznych miastem nie była, jest miejscowością delikatnie mówiąc, dosyć specyficzną. Postrzegam to miejsce jedynie przez pryzmat naszego Urzędu Gminy (szumnie obecnie używającego nazwy Urząd Miasta) z którymi wiecznie mamy jakieś problemy, ponieważ załatwienie najprostszej nawet sprawy graniczy z cudem. Może kiedyś, już bliżej przeprowadzki, opiszę, jakie siupy mieliśmy z nimi w kilku sprawach. Szczytem bezczelności i niekompetencji był fakt wydania człowiekowi na papierze pozwolenia na wycinkę drzew... na naszej posesji!!! Ale o tym kiedyś indziej.

Wróćmy do Olszyny. To biedne miasteczko, nie dosyć, że ma beznadziejnych włodarzy (sami sobie wybrali, głównie pod budką z piwem, czyli „swoich”, to mają i nic mi do tego), to jeszcze w kółko nękane jest przez powodzie, które dewastują to, co mieszkańcom udało się odbudować po poprzednim kataklizmie. Ostatnia powódź przeszła przez Olszynę wieczorem w poniedziałek. Akurat byłam we Wrocławiu i wisiałam z Chłopem na telefonie, bo w Zapuście też się sporo działo, na szczęście u nas obyło się bez zniszczeń i zatopień, ale kilku sąsiadów niżej położonych niestety „popłynęło”.

Zatem to biedne miasteczko, nie dosyć, że systematycznie dewastowane przez siły przyrody, to jeszcze skrupulatnie, przez rządzących nim półgłówków, odzierane z wszystkich wartościowych zabytków (po historycznych folwarkach, zburzone zostały słynne niegdyś na cały świat Olszyńskie Fabryki Mebli) nie ma u mnie zbyt dobrych notowań. Swoich turystów nie kieruję w tamtą stronę, bo włodarze postarali się, aby nie było tam nic ciekawego do obejrzenia. Miejsca tego nie odczarowało mi nawet nasze lokalne Stowarzyszenie, z którym wiązałam jakieś nadzieje, że będzie promykiem w tym marazmie i w tej ogólnej chujni z grzybnią. Promykiem się nie stało.

I wyobraźcie sobie, że pośród tej degrengolady, z tych popowodziowych zgliszczy, niczym feniks z popiołów, wyłoniła się perła- pracownia Lausie.


Czy możecie sobie wyobrazić, jak czuje się człowiek, który stracił wszystko, któremu woda zabrała cały gromadzony niemal 40 lat majątek i pamiątki? Ja nie potrafię sobie tego wyobrazić, ponieważ animizuję przedmioty i nie zawsze potrafię się z nimi rozstać. Kiedy człowiek traci wszystko, może się załamać i nigdy już nie podnieść, ale może też potraktować to, jako oczyszczenie, by narodzić się na nowo ze zdwojoną siłą i zacząć spełniać swoje marzenia. Agnieszka, która 3 lata temu straciła wszystko, co miała i z tej „nicości” narodził się w jej głowie Pomysł, jest moją cichą prywatną bohaterką. Agnieszka, wraz z bratem i bratową szyją ręcznie torebki z filcu, ale nie są to zwyczajne torebki, jakie znajdziecie w sklepach. Ci niesamowici ludzie postanowili podjąć pracę u podstaw świadomości mieszkańców naszego regionu i torebki ozdabiają lokalnym łużyckim haftem.

ukradłam fotkę ze strony lausie.pl

Zapewne słyszeliście o haftach zakopiańskich, łowickich, czy jeszcze jakichś innych. Zapewne niewielu (a może nikt) nie słyszało o haftach łużyckich. Związane jest to z tym, że po 1945 roku nastąpiła wymiana ludności, a tym samym wymiana kulturowa na naszym terenie. Zmuszeni do opuszczenia swoich domów Łużyczanie zabrali ze sobą swoją kulturę duchową (materialną zniszczyli w ogromnym procencie nowi osiedleńcy), przybysze przywieźli zaś swoje ludowe obyczaje, które przez dzieiątki lat, z małymi wyjątkami, się zatarły. W związku z tym w dzisiejszych czasach łatwiej nam zobaczyć folklor jugosłowiański (choćby w opisywanym już Bolesławcu), niż rdzenny łużycki. Co tam folklor, znakomita większość mieszkańców, szacuję ją na 98 proc, nie ma pojęcia, że mieszka na terenie określanym mianem Łużyc.

Pracownia Lausie napotyka zatem na same schody, ponieważ niemal każdemu trzeba tłumaczyć wszystko, od nazwy (pochodzi od słowa Lausitz- Łużyce) poprzez fakt, że przed 45 rokiem ludzie posiadali swoją odrębną kulturę. Ten sposób postrzegania rzeczywistości mieści się w naszych własnych poglądach, które zrealizowaliśmy powołując do życia muzeum. Dane nam było urodzić się i żyć na tych „ziemiach wycyckanych” i nieskażeni traumą wojny, czy poczuciem krzywdy, czujemy się moralnymi spadkobiercami naszych poprzedników. Jesteśmy opiekunami ich dorobku zarówno materialnego, jak i duchowego i przynajmniej nie powinniśmy dać ludziom o nich zapomnieć. Nasze muzeum realizuje ten cel gromadząc przedmioty po dawnych mieszkańcach, pracownia Lausie wyszukuje i haftuje na torebkach stare łużyckie wzory i cierpliwie tłumaczy wszystkim, że nie są to hafty zakopiańskie.

Od pamiętnego spotkania w Lidlu, do wizyty w Tuskulum nie upłynęło wiele czasu, co zaowocowało sesją zdjęciową i ustawką na wspólne uczestnictwo w dwóch lokalnych festynach- Na Gali Izerskiej w Mirsku oraz na Tamie w Leśnej tydzień później (jeszcze tydzień później, czyli w ten poniedziałek, rynek w Leśnej został dotknięty powodzią (też kolejny raz).

Dziecko i pies, czyli czwarty członek projektu Lausie- Oskar i Mantra

Nasi goście zgłębiają tajemnice domu przysłupowego :-)

Mały Lausitzer i Jaskier :-)




Mantra niestrudzona modelka :-)


Prócz torebek są też haftowane podusie, jedną taką dostałam w prezencie :-)

Ach, jakie męczące było to pozowanie :-)



 A na Gali Izerskiej w Mirsku było tak:

Moja frywolna biżuteria.

I produkty Lausie

Widok na nasze połaczone stoiska


Stoisko na Tamie w Leśnej.
Morderczy upał tam panował, stąd w tle straż pożarna polewa plac wodą.

Ale nie przeszkodziło mi to miło spędzić czas. 
Agnieszka- twórca projektu Lausie i ja.

Pamiętacie wpis o tym, że nie jestem zwierzęciem medialnym?
Od tamtej pory mam uraz do kamer i mikrofonów, a jeszcze większy do głupich pytań zadawanych przez dziennikarzy :-) Jednym z organizatorów Gali Izerskiej było jeleniogórskie muzyczne radio. Nikt z wystawców nie wymigał się od trudnych spontanicznych pytań. Wzięłam to na klatę, bo wyjścia nie miałam. 

ups... Chłop lokuje produkt :-)

Na panią Anię z radia patrzę się, jakbym 
spodziewała się jakiegoś ataku głupim pytaniem :-)

Z tym wywiadem poszło w miarę gładko, bo starałam się nie myśleć, że idzie to na żywo w muzycznym radiu.
Gorzej było z telewizją, bo jednak przed kamerą głupieję. Tu stanęły mi przed oczami sceny z Lubania i się zaciełam, trzeba było powtarzać, a i tak mam wrażenie, że gadałam głupoty.

Zmagania z "pchełką"- to taki mikrofonik :-)







To nie był koniec z telewizją. Tę samą ekipę- telewizję jeleniogórską, miałam umówioną na dzień następny w sprawie małego reportażu dotyczącego muzeum. Mimo obaw co do moich możliwości składnego wysławiania się, było naprawdę bardzo dobrze. Tak byłam zakręcona i przejęta, że udało mi się cyknąć tylko jedno zdjęcie ekipy w Tuskulum.


Wizyta telewizji była związana z projektem reklamowania zasobów materialnych i duchowych Pogórza Izerskiego. My z frywolitką oraz z projektem muzeum zostaliśmy zaliczeni do grona Artyści Pogórza Izerskiego :-)



dziergam...

a to rezultat

I na koniec jeszcze kilka fotek z lipcowego tuskulańskiego ogrodu, ponieważ jeśli nie zdarzy się u nas nic ciekawego, czy bulwersującego, to wrócę w następnym wpisie do wspomnień z Woli.








Pzdrawiamy Was serdecznie w ten przepiękny letni i słoneczny dzień.

To my! Tuskulaki! :-)