O mnie

Moje zdjęcie
Kobieta wciąż zadziwiona otaczającym ją światem. Z wykształcenia archeolog, z wyboru Wolny Człowiek i Kustosz we własnym Muzeum. Z urodzenia Wrocławianka, z wyboru mieszkanka małej wsi. Na pytania miejskich kolegów: "co ty robisz do licha na tej wsi"??? odpowiada: "żyję!!!". Zawsze niepokorna i pozostanie taką do śmierci. Wyznaje w życiu maksymę: "Ludzie posłuszni żyją, aby spełniać oczekiwania innych. Nieposłuszni realizują swoje marzenia". Kobieta owa ma wciąż wiele pomysłów, które uparcie realizuje na powyższej zasadzie. Posiadaczka 3 psów i 1 Chłopa. Chce się dzielić z ludźmi swoim kawałkiem życia prowadząc Gospodarstwo Agroturystyczne, Muzeum Dwór Feillów oraz Hodowlę Psów Rasy Golden Retriever.

wtorek, 31 lipca 2012

Pozytywnie zakręceni.


-Ale jestem zmęczony tą wczorajszą wędrówką po Via Regia- rzekł w niedzielny poranek Chłop, przewracając się z lewego boku na prawy.
-Czym ty jesteś zmęczony?- pytam, bo nie wierzę w to, co słyszę.

To ja maszerowałam 26 kilometrów, wsiami i opłotkami, w piekielnym skwarze, potem w strugach deszczu i pomiędzy piorunami, z Lubania do Zgorzelca, podczas gdy Chłop siedział na tyłku w domu i czekał na telefon w razie, gdyby trzeba było mnie skądś zabrać. 
To ja w niedzielę bladym świtem krzątałam się po tej wędrówce przygotowując śniadanie psom, Chłopu, i sobie (tak, w tej właśnie kolejności!). I to chyba ja powinnam była mówić o zmęczeniu, nie wspominając już o mrzonkach na temat śniadania do łóżka.
W tym właśnie momencie pomyślałam sobie, że bardzo potrzebuję wakacji, ale nie takich 24 godzinnych, ani nawet nie 3 dniowych. Potrzebuję przynajmniej dwóch tygodni i po tym, co usłyszałam, nie zamierzam mieć nawet śladu wyrzutów sumienia, że zostawię Chłopa samego z gospodarstwem i stadem psów na głowie.

-A wiesz, jakie to było męczące tak siedzieć i czekać, aż zadzwonisz?- rzekł Chłop, przewracając się z boku prawego na lewy.

Czyżby Chłop nie wierzył we mnie i myślał, że zadzwonię, aby ściągnął mnie z trasy? Hm...
Wędrówka, rozpoczęta w Lubaniu około godziny 9-tej, zakończyła się piekielną burzą w Zgorzelcu około godziny 19.00- tej. Dzięki uprzejmości i z dobroci serca naszego przewodnika, udało mi się dotrzeć aż do Biedrzychowic i dopiero około 21.00 majestat Chłopa został poruszony, aby dowieźć mnie ten pozostały kawałeczek do domu. Rzeczywiście, siedzenie 12 godzin przy telefonie musiało być bardzo męczące...

Yoł- rzekł do nas po drodze krasnal

To już trzeci etap wędrówki po Via Regia. Obiecałam (i obietnicy dotrzymam) opisywać sukcesywnie trasę na blogu turystycznym, ale ostatnio tak wiele się dzieje i tak dużo jest roboty, że nastąpi to z opóźnieniem. Może to i lepiej, bo dzięki temu i po sezonie, zimą, mój blog turystyczny będzie żywy. Na razie zaczęłam opisywać Złotoryję, wkrótce nastąpi ciąg dalszy.

Ten etap wędrówki, mimo, że najdłuższy, najtrudniejszy, wspominam najlepiej. Gadając cały czas i mając tym samym zajętą uwagę czymś innym, niż tylko kilometrami, nawet się nie spostrzegłam, jak zobaczyłam na horyzoncie majaczący Zgorzelec. W dobrym towarzystwie mogłabym przejść chyba całą Europę.

Majaczący na horyzoncie Zgorzelec.
Z tych siwych chmur za chwilę rozpętało się piekło.

Nie macie chyba wątpliwości, że ludzie, którzy wybierają się w skwarze na taki szlak, nieco różnią się od przeciętnych zjadaczy chleba? Mogę śmiało przypiąć im łatkę pozytywnych wariatów, a była nas około dwudziestka takich samych świrów.

Podczas wędrówki usłyszałam opowieść o niejakim Romanie, który ma świetne pomysły na promocję regionu, ale z jakichś względów nie jest w stanie przebić się przez ciasne umysły włodarzy swojej gminy. Jeden z pomysłów, jakie gildia przewodników sudeckich postanowiła pomóc mu zrealizować, polega na odtworzeniu tradycji starego szlaku, tzw. Drogi Dzwonkowej. Była to trasa, którą podążali do świątyni trędowaci. Z racji społecznego ostracyzmu i zakaźnej w końcu choroby, trędowaci musieli podróżować poza głównymi drogami i znaczyć swoje nadejście dźwiękiem dzwonków. Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w tej rekonstrukcji historycznej i pomysł bardzo mi się spodobał.
Mało tego, po powrocie do domu zastałam maila od nieznanego mi jeszcze osobiście Romana:

Jeśli uważacie że to rzecz godna Waszego wsparcia, zapodajcie dalej swoim znajomym, znajomym znajomych i ich znajomym...
Zaznaczam, że impreza wbrew wszelkiej władzy, na prośby o pomoc rzeczową i duchową, żadnych odpowiedzi.
W imprezie weźmie udział Gildia Przewodników Sudeckich w kostiumach z instrumentami, będzie fajnie.
I nie jest to zabawa, jest to sen starego durnia o turystyce na Ziemi Niczyjej - u zbiegu trzech powiatów; brak komunikacji pomiędzy, brak wodociągów i kanalizacji, sklepów i czegokolwiek.  A, że trędowaci, wynalazłem ich, bo byli.  To nasza polska historia, bo czym tu emanować jak tu tylko jedna góra (i ją też będę propagował-Pokłon Słońcu na Świętej Górze Ostrzycy).
Jeśli władze nie chcą, To chociaż Wy wspomóżcie.  Działam sam i pomocy mi trzeba!

Jednym słowem: pomożecie? Pomożemy!!! Korzystając z okazji i ja w imieniu zakręconego pozytywnie Romana, zapraszam na tę wędrówkę. Zaraz idę strugać kostur, umieszczę na nim muzealny dzwonek i blaszany kubek. 
Tym Pokłonem Słońcu na Świętej Górze Ostrzycy zostałam "kupiona" :-)
Ciekawe, czy ksiądz proboszcz wpuści współczesnych trędowatych, w tym przynajmniej jedną pogankę, do kościoła we Lwówku?

Tymczasem podczas wędrówki odwiedziliśmy pałac w Gronowie, którego obecną właścicielką jest jeszcze jedna cudnie zakręcona osoba, pani Wanda. Pani Wanda jest żywym świadectwem obecności magii w życiu każdego z nas. Będąc na życiowym rozdrożu, podążyła na pielgrzymkę do Santiago de Compostela, by prosić św.Jakuba o pomoc i wsparcie. Kiedy zakupiła jakiś czas później pałacyk w Gronowie, okazało się, że osiedliła się tuż przy jakubowym szlaku. 
Pani Wanda emanuje ciepłem, życzliwością, uczciwością i wdzięcznością, słowem, dobrą, pozytywną energią. Pani Wanda, podobnie jak szereg osiedleńców, zmaga się z kłopotami finasowymi na remonty, renowacje, czasem na życie codzienne. Zrozumie to tylko ten, kto zdecydował się żyć w starym domu i uczynił z niego świątynię swojej osobowości.











Pani Wanda i jej mąż mają fajnego psa- dog niemiecki.

-Ja bym nie mogła tak żyć- szepnęła mi na ucho jedna z uczestniczek rajdu- Ten dom wygląda jak muzeum. Jak można żyć normalnie w takim muzeum?
Uśmiechnęłam się tylko z życzliwością. Jakoś nie czułam potrzeby opowiadania osiemnastolatce, że ja całe życie marzyłam o mieszkaniu w muzeum i właśnie teraz marzenie swoje realizuję.

W ową minioną niedzielę, kiedy Chłop wreszcie ruszył się z wyrka, postanowiłam podjechać do Wolimierza i rzucić okiem na Festiwal Słońca.


Nie mam szczęścia do wolimierskich klimatów. Imprezy zazwyczaj przeoczę lub natknę się akurat na mało życzliwe osoby. Na fali sobotniej atmosfery postanowiłam odrzucić wszelkie uprzedzenia i po prostu dać sobie szansę zrozumienia. Przecież uwielbiam odjechanych ludzi, abstrakcja, groteska, jest dla mnie najpiękniejszą formą sztuki, a im bardziej klimat jest niszowy- tym lepiej. Trochę mnie zmroził pomysł pobierania biletów za samo wejście na jarmark, ale cóż...

Na samym wstępie zgubiliśmy się ze trzy razy. Ktoś bardzo nie lubi wolimierskich twórców. Ciekawe, dlaczego? Wszystkie tabliczki prowadzące na miejsce, zostały uszkodzone, połamane, drogowskazy pomazane tak, że nie można było się zorientować, w jakiej wsi się znajdujemy. Nie było nas tam kilka lat i zrobiliśmy błędne założenie, że trafimy bez mapy. Mapę zatem trzeba było rozłożyć.

Na miejscu okazało się, że ten jarmark to dwa małe stragany, przestrzeń zajęta jest instalacjami, grupka świetnie bawiących się we własnym gronie ludzi wali w bębny i poza tym nie dzieje się nic. Może akurat źle trafiliśmy z czasem, choć według programu miał być pokaz z dziedziny permakultury. Trudno jednak oczekiwać, aby wolne dusze przestrzegały programu.


Rzut oka na całość imprezy


















Mnie się nie spodobało. Wygnała mnie stamtąd niekompatybilna z moją energia, choć mnie- zakamieniałej pogance- bliżej jest do buddystów, krisznowców i innych wariatów, niż do modlących się do św.Jakuba, co tylko utwierdza mnie w poglądzie, że nie ważne, w co wierzysz, ale ważne jakim jesteś człowiekiem. Niemniej jednak zapraszam wszystkich na przyszłe festiwale, bo może Wam akurat uda się wkręcić w ten klimat.

Spotkała mnie miła niespodzianka. Zostałam poproszona o zabranie głosu, jako organ doradczy, w konkursie na blogu Racjonalne Oszczędzanie. Admin R-O miał świetny pomysł na zorganizowanie zabawy, która nie jest powszechnym candy. Serdecznie, w imieniu Admina R-O, zapraszam na konkurs, który polega na napisaniu, jak i na czym można zaoszczędzić. Nagroda jest zacna- reklama firmy, działalności lub bloga w systemie zapewniającym dużą liczbę odsłon. Na Wasze wypowiedzi Admin R-O oczekuje do soboty 4 sierpnia do godziny 20-tej.

wtorek, 17 lipca 2012

Frywolne candy w Tuskulum.


Nadszedł właściwy czas na zorganizowanie rozdawajki. Po pierwsze- mam dziś imieniny, których oczywiście nie obchodzę, bo absolutnie nie widzę w tym sensu i logiki. Świętej Anety nie ma w panteonie "katolickich bóstw", zatem o żadnym patronie nie może być mowy. Nie znajduję jednak powodu, czemu to ja nie miałabym z okazji moich imienin sprawić przyjemność jakiejś osobie.


Po drugie- 6 sierpnia miną dwa lata odkąd prowadzę bloga. Czas już najwyższy nieco przewietrzyć atmosferę i poznać nowe blogi oraz dać poznać siebie innym. Nic tak bardzo tego procesu nie ułatwia, jak zorganizowanie candy.

Zasady: 
-Proszę zostawić komentarz pod wpisem z jednoznaczną deklaracją chęci wzięcia udziału w zabawie.  
-Osoby, które posiadają blogi, proszę o informację na swojej stronie (niekoniecznie w osobnym wpisie, może to być przy okazji) o braniu udziału w moim candy wraz z linkiem, aby ich czytelnicy również mogli zerknąć, czy rozdawajka ich interesuje. 
-Proszę też o umieszczenie tej miniatury wraz z linkiem do tego wpisu z boku bloga do czasu losowania. 


Instrukcja wkładania miniatury z boku blogów:
ściągnąć powyższe zdjęcie na swój dysk (spod prawego klawisza: zapisz grafikę jako..)
Na bloggerze wejść w: Projekt
Po lewej stronie wybrać: Układ
Kliknąć: dodaj gadżet
Wybrać: Zdjęcie
Załadować poprzez: wybierz plik zdjęcie z dysku. W miejscu na link wstawić link do tego candy. Tytuł i podpis według uznania.

Jeśli ktoś sobie z tym nie poradzi, a chce wziąć udział, to i tak zapraszam :-)

Osoby nie mające blogów lub mające problem z komentowaniem, mogą zgłosić się drogą e-mailową (widoczny w profilu). Moje candy nie zna granic, zatem osoby mieszkające poza krajem również mogą brać w nim udział.
Nie wymagam, aby nowi goście włączali się, jako obserwatorzy, niemniej jednak będzie mi niezmiernie miło :-)


Rozdaję frywolitkowe rękodzieło, w paczuszce znajdzie się coś dla ciała i coś dla ducha. Zaczniemy od ducha. Frywolitowa zakładka.


Dla ciała mam dla wylosowanej osoby frywolitkowy komplet biżuterii w stylu gothic. Dla odważnych do noszenia na co dzień, dla preferujących inny styl- na specjalne okazje.

Kolczyki:



Bransoletka:

 z uwagi na łańcuszek ma regulowany rozmiar. Pięknie wygląda zarówno na nadgarstku, jak i na przedramieniu.


 A już naprawdę ekscytująco prezentuje się na powabnej, gładkiej nóżce, muśniętej letnim słońcem :-)




Zgłoszenia przyjmuję do 5 sierpnia. 6 sierpnia, czyli równo dwa lata od pierwszego wpisu na blogu, losowanie.

Serdecznie zapraszam do zabawy :-)

Tymczasem sama biorę udział w zabawie u Daimyo:
http://daimyoblog.blogspot.com/2012/07/candy-wygraj-ekskluzywne-perfumy-warte.html

wtorek, 10 lipca 2012

Dni ostateczne...

W niedzielę o siódmej rano obudził mnie ryk jakiejś ciężkiej maszyny przetaczającej się pod naszym domem chyba z prędkością metr na minutę. Ryk nie ustawał, a ja nie zamierzałam ruszyć ani ręką, ani nogą, żeby sprawdzić, co to takiego, ponieważ dzień wcześniej przemierzyliśmy z Chłopem kolejny etap  wędrówki po Via Regia, ponad 20 km.
-Wiesz- mówi Chłop, który nie wytrzymał i zerknął przez okno- W jednym zgadzam się z Jehowymi.
-W czym?
-Nadchodzą dni ostateczne...

Naprawdę, trudno nie dojść do tego wniosku, kiedy wokół dotykają ludzi prawdziwe kataklizmy.
5 lipca, dokładnie jak dwa lata temu (bez jednego miesiąca i jednego dnia), to biedne, pechowe miasteczko -Olszynę Lubańską- dopadła powódź. Możecie zobaczyć to choćby na tych filmikach:

http://www.youtube.com/watch?v=Z-PqLXUFTaM&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=5e3qvIRz99o&feature=related

Nie dosyć, że Olszyna ma burmistrza, który chce obłożyć miasteczko ze wszystkich stron farmą wiatrową, to jeszcze zalała ich rzeczka Olszówka wielkości parkowego rowu. Klątwa jakaś?

-Na pewno coś znowu się stało- powiedział Chłop- TO nie powinno przejeżdżać pod naszym domem.

Czym było "to" nawet nie chciało mi się sprawdzać. Ryczało i huczało, a ja zaniepokoiłam się inną rzeczą.

-Boli cię coś?- zapytałam Chłopa.
-Nie.
-Mnie też nie boli, ale to nie jest dobrze.
Przypominam, że w sobotę na własnych nóżkach przeszliśmy ze Lwówka Śląskiego do Lubania.
-Czemu nie jest dobrze???
-Bo to znaczy, że nie żyjemy.

Kiedy wstałam z łóżka, okazało się jednak, że żyję. Bolały mnie stopy od spodu, ale jakoś szybko się rozruszałam i przeszło. Uznałam, że dam radę pokonać wszystkie zaplanowane etapy wędrówki po sięgającej czasów średniowiecza autostradzie, zwanej dziś Via Regia i dojdę do samego Konigsbruck. Szybciutko zatem dokonałam rezerwacji u organizatora projektu "Via Regia: Poznać Europę od historii do przyszłości". Do przejścia mamy 7 etapów (dwa już za nami), każdy po około 25 km. Razem dają niezły wynik, ale staram się tego nie sumować, żeby nie upaść na duchu. Wędrówki w odcinkach zacznę za jakiś czas relacjonować na blogu turystycznym, co rozciągnie się mocno w czasie, ponieważ wiele się tam dzieje.

W każdym razie, wracając już samochodem z Lubania do domu, natknęliśmy się objazd na krajowej 30-ce. Na szosę, po burzy, runęło drzewo, którego usuwanie, jak dowiedziałam się z radia już w domu, trwało wiele godzin.

Ryk dziwnego pojazdu, którego nawet Chłop nie zidentyfikował,w niedzielny poranek słusznie obudził naszą czujność. Okazało się, że płoną hale magazynowe największego w Lubaniu pracodawcy, fabryki nasączanych chusteczek:
http://www.youtube.com/watch?v=T7tqDrXqwy4&feature=related

Nie uważacie, że to odrobinę za dużo kataklizmów, jak na jeden malutki region?
Nas bezpośrednio kataklizm nie dopadł, choć połamało się kilka drzew w sadzie i mamy w związku z tym sporo sprzątania.


Tymczasem u nas wiele się dzieje. Z uwagi na przetaczające się burze, które uniemożliwiają korzystanie z komputera oraz to, że po kilku tygodniach siedzenia przy szczeniętach po prostu mnie nosi, nieco osłabiło moją aktywność wirtualną. Porwało mnie tak zwane życie. Ogarnianie wybujałej roślinności, wycieczki, akcje, przetwory (ciekawe, jak będzie zimą smakował dżem z czerwonej porzeczki? ;-) wybiły się na pierwszy plan. Czas zatem nieco nadrobić zaległości.

Dzięki staraniom lokalnego olszyńskiego stowarzyszenia Pro Parva Patria dostaliśmy przed dom tablicę informacyjną. Jak w ogóle do tego doszło? Otóż miasto Lubań wymieniało swoje tablice i pozbywało się starych. Nasze stowarzyszenie postanowiło zaopiekować się niepotrzebnymi tablicami i stworzyć na nich opisy zabytków olszyńskich. Niestety, z bliżej niepoznanych powodów, burmistrz nie zgodził się na tę inicjatywę, zatem tablice dostały tylko te obiekty, o których nie ma on prawa decydować. W Olszynie tablice stanęły przy dwóch kościołach, a w Biedrzychowicach przy kościele św. Antoniego oraz przy pałacu. No i u nas.

Nieoczekiwanie pewnego dnia odebrałam telefon, abym zadecydowała o treści tablicy, która mogłaby stanąć przy naszym domu. Nie chcąc robić prywaty i pisać o muzeum, postanowiłam opracować temat związany z domami przysłupowymi, gdyż akurat przygotowywaliśmy się do Dnia Otwartych Domów Przysłupowych. Powstał taki oto mój tekst:


Do pomocy przy rozwożeniu tablic na miejsce swojego przeznaczenia zgłosiliśmy się na ochotnika.
Chłop pomagał operatorowi ciężkiego sprzętu "jeżdżąco-unoszącego", a ja zajęłam się dokumentacją fotograficzną.

Tablice przed załadunkiem

Nasza tablica, tekst został przetłumaczony również na język niemiecki.

Dla pałacu w Biedrzychowicach

 Dla kościoła w Biedrzychowicach

Załadunek



Ustawianie tablicy przed pałacem

I manewry koło kościoła


Tablica pod kościelnym murem pieczołowicie ustawiana przez Chłopa

Stalowa wielka tablica z betonową podstawą nie do końca komponuje się z charakterem naszego domu, ale cóż, darowanemu... ;-)



Intensywnie myślę, jak tu oswoić ten przedmiot z otoczeniem, aby wtopił się w nie i nie kąsał estetyki.

Tymczasem w lokalnej prasie ukazał się o nas artykuł:
http://www.zl.xn--luba24-leb.pl/1,3875,1,item.html

To miało miejsce wtedy, kiedy buszowałam w gaciach we Wrocławiu, a Chłop fotografował się z panią Elą Lech- Gotthardt i burmistrzem Gryfowa Śl.- Olgierdem Poniżnikiem, szefami Stowarzyszenia Dom Kołodzieja.

-Nie sądzisz, że na moim blogu jest za dużo o Chłopie?- pytam pewnego dnia Chłopa- To do licha mój blog! O MOICH pasjach!!!
-Nie sądzę!- rzecze mi na to Chłop- Ponieważ to Chłop powinien być twoją największą pasją.


:-DDD